09.12.2010 - Tajlandia, Bangkok

0

Dziś mogę sobie zaśpiewać: „To już ostatni dzień na kolonii, szybko minęły te trzy tygodnie”. Bardzo szybko, dopiero siedziałam w samolocie do Kijowa, dopiero lądowałam w Hanoi… Wszystko było przede mną. Teraz wszystko jest już za mną, nie lubię tego stanu.

Dziś ostatni dzień w Bangkoku. Ponieważ odnalazłam pieniądze z zeszłego roku (!) postanawiamy wybrać się do Oceanarium – największe w południowej Azji, a przynajmniej tak się reklamuje. Miałam zaliczyć Oceanarium w zeszłym roku ale żal mi było pieniędzy, w tym roku znalazły się pieniądze z zeszłego :) Łapiemy taksówkę i po 30 minutach jesteśmy na miejscu. Wybieramy bilet z atrakcjami i wchodzimy w podwodny świat. Ryb i podwodnych stworzeń jest mnóstwo. Bardzo podoba mi się część pt. „How to survive?” – ryby jak kamienie, ryby jadowite, ryby hemafrodyty, skorupiaki, ryby przeźroczyste, ryby co gryzą… W trakcie zaliczamy zwiedzanie Oceanarium od zaplecza (widzę, największa płaszczke w swoim życiu), oglądamy rekiny i pływamy łodzią ze szklanym dnem (nic ciekawego). Później idziemy do lasu tropikalnego, kolejne ryby, dostajemy colę i popcorn i zasiadamy przed akwarium z pingwinami. Pingwiny są małe, może z 50 cm, skaczą do wody, pływają i są urocze :) Długo zabawiamy z pingwinami… Potem udajemy się w stronę „Happy fish, happy feet” – czyli na peeling stóp rybkami morskimi. Wsadzam nogi do okrągłego „jacuzzi”, w środku pływają małe rybki, które ścierają, zjadają martwy naskórek, generalnie uczucie jakby ktoś mnie łaskotał piórkiem po nodze. Super! W tle wielkie akwarium z rekinami i ławicami – baaaardzo przyjemny moment. Przed nami jeszcze podwodny tunel z rekinami – na szczęście rekiny przypływają dosyć często do szyby i udaje się zrobić zdjęcie. Ostatnią atrakcją jest kino 4D, zasiadamy na metalowych fotelach i zastanawiamy się co ciekawego będzie… Zaczyna się film (o dwóch takich, co chcieli ukraść skarb z muzeum), jeden z głównych bohaterów wskakuje do wentylacji… a my za nim! Fotele się ruszają! Z każdej strony dmucha powietrzem, po nogach łaskoczą rurki, od przodu leci para, a tyłek łaskocze :) Wrażenie niesamowite, super! Niestety to juz ostatnia atrakcja w Oceanarium. Generalnie warto było pójść, choć byłam już w większym.

Popołudnie spędzamy na zakupach, sattayach, włócząc się po Khao San Rd. Jeszcze tylko ostatnie pakowanie, ostatni prysznic, krótki sen i w drogę.

08.12.2010 - Tajlandia, Bangkok

0

Ranne, szybkie śniadanie i podróż na lotnisko w Ho Chi Minh City. Potem krótki lot do Bangkoku, urząd imigracyjny kontrola wiz i znowu jesteśmy w przyjaznym królestwie Tajlandii – krainie uśmiechu. Idziemy bezpośrednio do schuttle busa lecz gdy widzimy brak autobusu i brak oczekujących dociera do nas, że autobus musiał właśnie odjechać. Nauczeni doświadczeniem nie wierzymy że następny będzie w przeciągu pół godziny - jak zapewnia nas sprzedawca biletów. Pół azjatyckiej godziny może znaczyć od 30 do 100minut – nie damy się skusić.

Postanawiamy sprawdzić nowość w Bangkoku czyli City RailLink… połączenie otwarte bodajże 23 września tego roku - czyli szybką kolejkę łączącą lotnisko z centrum. Koszt biletów 30Baht na dwie osoby (ok. 3 złotych) czas podróży 30 minut. To tylko pokazuje, że nawet w dalekiej Azji można zbudować wygodne połączenie z centrum. U nas mimo lotniska w centrum miasta nie ma nic, nie licząc złodziejskiej linii 175. Dlatego turyści używają taksówek. Ostatnio jeden z zagranicznych gości przyjeżdżający robić biznes w Polsce, po przyjeździe do siedziby firmy w centrum zapytał „ To ile wy macie tych dużych rzek Warszawie?”

Bangkok i cała Banghalamphoo stoi gdzie stała… niepowtarzalny klimat Khao San Road nadal utrzymuje powiew dzikości i wolności w sercach najdziwniejszych oryginałów z całego świata. Chyba zaczynamy rozumieć dlaczego Bangkok uważany jest za mekkę backapackersów.. . Choć ze smutkiem musimy przyznać że Piwo podrożało. Na szczęście Pad Thai na ulicy smakuje tak samo - najlepiej na świecie . Fil uwielbia curry i co trochę ma curry time i wszędzie gdzie może zamawia curry (by potem oczywiście krytykować). Dzisiaj już na lotnisku mruczał sobie wesoło że czeka go znowu GreenCurry w GreenHousie i nie zawiódł się. Dostał takie jak lubi, gorące, ostre curry, które tym różni się od curry spotykanych w Polsce, że oprócz ostrości usta ma jeszcze smak słodki, kokosowy, mięsny, warzywny… Istna magia smaków. Azjatyckie dania w kupowane w Polsce są tylko ostre. Natomiast dania kupowane w Azji są ostre i mają fajerwerki smaków.(Pad Thai jest oferowany w Polse nawet w Sheratonie ale nie ma w nim ani jednej nutki tajlandzkiego smaku z Kaho San Rd)

Musimy się pochwalić że staliśmy się częścią tego miasta. Nasze zdjęcie w garniturach szytych na miarę dumnie prezentuje sprzedawca i zachęca do czytania przylepionego na ścianie naszego peanu pochwalnego po Polsku nt. jego pracy. Ileż było śmiechu i radości gdy nas poznał i pokazywał nam kolejne zdobycze oraz pytał czy tym razem też u niego coś zamówimy i gdyby tylko czas pozwolił to znów coś byśmy uszyli…

Aha i widzieliśmy dziś jeszcze Wielką Huśtawkę oraz buszowaliśmy po chińskim targu. Na targu uliczki są szerokości jednego człowieka, a każdej strony wybucha fontanna towaru od materiałów, koszulek, majtek, spinek, kokardek, notesów, butów, klipsów, pereł po truskawki :)

Kocham Bangkok.

07.12.2010 Wietnam, HCMC - MEKONG DELTA

1

pisane w zastępstwie

dzisiaj udaliśmy się na zwiedzanie delty rzeki MEKONG ... najważniejszej rzeki w tej części Świata
Rzeka Mekong ma ~4300 km z czego tylko troche ponad 200 w Wietnamie, a wcześniej w swoim biegu płynie przez Chiny, Birme, Laos, Tajlandie oraz Kambodże i wpada do Pacyfiku w Wietnamie tworząc ogromną delte i ta delta nazywana jest spichlerzem Azji, jest ogromnym producentem ryżu oraz owoców i warzyw...

będąc w delcie mieliśmy okazje spróbować oryginalną Mekong Whisky czyli żywą kobrę zalaną spirytusem z ziołami

widzieć walki kogutów

oraz spływać typowymi łódkami wieśniaczymi po kanałach delty

06.12.2010 Wietnam, Ho Chi Minh City (Saigon)

0

pisane w zastępstwie.

dojechaliśmy wieczorem i cały dzień zwiedzaliśmy miasto, chcieliśmy poczuć je i troszkę poznać
Ho Chi Minh City dawniej oraz nadal nieoficjalnie nazywane Saigonem to miasto w którym można sie nauczyć ciężaru powietrza... powietrze jest tak gorące i wilgotne że obciąża skóre oraz przytłacza drogi oddechowe
ulice są typowo azjatyckie pełne street fooda oraz tak zwanej własnej inicjatywy biznesowej, pełne wszelkiego rodzaju "markowych" produktów zaczynając od najdroższych zegarków PATEK PHILIPE i ROLEX'ów, mniej popularnych jak IWC czy CONSTANTIN BOUCHERON poprzez tańsze OMEGI i TAG HAUERY do całkiem popularnych CASIO'ów i podobnie rzecz ma się z ubraniami, perfumami oraz wszystkim o czym można pomyśleć... niestety prawdą jest też wszędzie powtarzane tutaj zdanie "you will get what you paid for" - jakość zależy od ceny i tak te tańsze podróbki rozpadają się już podczas oglądania te droższe są na tyle drogie że nie zawsze atrakcyjne...

w każdym razie zgodnie ustaliliśmy, że lubimy Saigon i wspólnie podziwiamy Wietnamskich elektryków



wieczorem byliśmy świadkami niezywkłego wydarzenia.
w ciągu dnia zwiedzaliśmy targ - typowy dla tej części świata targ - zadaszony budynek pełny maleńkich sklepików z sklepikarkami namawiającymi do zakupu wszystkiego co oferują po "wyjątkowo korzystnych cenach"
wyczytaliśmy że wieczorem jest tam też "night market" i ok 17 wyszlismy zobaczyć wersje night...
ku naszemu osłupieniu budynek był zamykany. O 17:30 zamknięto okoliczne ulice i z każdej bramy, z każdej dziury, zewsząd pojawiły się tłumy objuczonych Wietnamczyków i każdy z nich coś dźwigął i każdy z nich coś taszczył i każdy miał swoją role w wspólnym dziele budowy bo to co widzieliśmy to "powstawanie miasteczka" targowego na ulicy, w przeciągu 30 minut 5 okolicznych ulic zostało zabudowanych namiotami, budkami i obłożone szczelnie towarem który oczywiście powinniśmy po "super okazyjnych cenach" kupić.
Jednak obraz budowy, gdzie każdy miał swoją role, każdy uwijał się jak mróweczka wykonując swoje zadania powinien być obowiązkowym kursem dla wszystkich nas "zaawansowanych technologicznie i organizacyjne" europejczyków jak szybko i wydajnie można pracować, jak razem powstaje wspólne dzieło, jak wszystko jest zaplanowane, nie ma miejsca na przypadek i działanie samodzielne...
Oni budowali wspólnie ich indywidualne sklepiki, ale jako że ściany były wspólne oraz konstrukcja mocno przenośna wymagało to wspólnego trudu i procesu budowy

coś niesamowitego

05.12.2010 - Wietnam, Mui Ne

0

Mui Ne - Sajgon

Dziś obudził nasz deszcz. Dochodzi 7 rano, powoli przestaje padać, pewnie znów będzie gorąco. Popołudniu wyruszamy w drogę do Sajgonu (250 km).

Teraz czas na obfite śniadanie...

Z plażowania w ulewę nici, wyjątkowo leje. Pakujemy się i oglądamy film "Sweet November" taka sobie komedyjka romantyczna, w połowie filmu przestaje padać, płacimy za pokój i idziemy na ostatni spacer. Autobus ma przyjechać o 13 więc mamy dwie godziny. Idziemy na ostatnie zimne piwo i krewetki do Lam Tonga... O 13 jesteśmy w miejscu odjazdu autobusu z nami grupka backpackersów, pytamy o której będzie autobus, będzie za 10 minut... Kiedy każą nam czekać w restauracji jest już jasne, że to będzie azjatyckie 10 minut. 15, 20, 30, 1h, 1h 20 min... Jeeeest pojawia się autobus ale zanim odjedziemy, Ci co są już autobusie muszą zjeść lunch, więc czekamy kolejne 20 minut. Tak się robi biznes w Azji - autobus się nie śpieszy więc restauracja się kręci.

W autobusach typu soft sleeper kluczowe jest miejsce. Najważniejsze to nie leżeć na dostawce w przejściu. Dostawki (pomijając fakt, że nie są bezpieczne - przy hamowaniu leci się do przodu jak worek ziemniaków) są strasznie ciasne i generalnie śpi się z kimś "ciało do ciała, usta do ust". Jak tylko zaczynają wpuszczać do środka, zajmuje dwa miejsca blisko przodu, na 2 piętrze. Na pierwszym miejscu kokosi się Angielka ale jej szczęście nie trwa długo, wpada Wietnamczyk i mówi, że z pierwszych miejsc wynocha na dostawki, bo pierwsze są już zarezerwowane. Fil leży na pierwszym środkowym ale jest dwa razy większy od Wietnamczyka więc zerka tylko na niego i mówi, że to jest jego miejsce i tu będzie leżał. Wietnamczyk przegania Angielkę. Ruszamy...

Po chwili jazdy zwalniamy i Wietnamczyki zaczynają coś kombinować. Fil zerka do kierowcy i widzi, że na na desce rozdzielczej pali się mnóstwo czerwonych lampek. Generalnie wszystko co możliwe pali się na czerwono. Przyspieszamy, zwalniamy, przyspieszamy, zwalniamy i trochę lampek gaśnie. Prędkościomierz oczywiście nie działa. Jedziemy. Kierowca ma fantazje, to się czuje od pierwszego momentu. Wyprzedza na pierwszym zakręcie i... rzuca nas wszystkich do przodu. Chyba zdaje sobie sprawę, że przegiął. Fil zapina pas, mój niestety nie działa. Nie ma mowy o spaniu. Dalej jest już spokojnie. Przed Sajgonem pomykamy na długiej, prostej. Ile jedziemy nie wiem bo przecież prędkościomierz nie działa ;) A tu nagle...

"Jechał sobie powiem szczerze, Wietnamczyk w bus sleeperze
Mijał lasy, czarne chmury, jechał szybko było z góry
Za zakrętem stali, autobus mu zabrali
Chłopcy już się cieszą, backpackersi idą pieszo"

Tak, tak w Wietnamie też jest policja. Zatrzymują, robią przegląd tzn. przegląd ogranicza się do sprawdzenia czy działa klakson (to najważniejsze w Wietnamie) i wlepiają mandat za przekroczenie prędkości. Wietnamczyki klną, a przynajmniej tak mi się wydaje. Zwalniamy tempo jazdy, zresztą zaczyna się Sajgon.

Wysiadamy - uwaga - dokładnie w tym miejscu w którym chcieliśmy! Pierwszy raz w Azji, wiemy dokładnie gdzie wysiadamy :) Jest 19, plecaki na plecy i idziemy szukać noclegu. Sajgon pod tym względem jest jeszcze lepszy nić BKK, ma swoją dzielnicę backpackerską :) Drzwi w drzwi pokoje do wynajęcia, pierwszy nawet niezły ale ciut drogi, drugi, trzeci, czwarty też, kolejny śmierdzi grzybem ale tani, idziemy dalej, w końcu jest pokój za 10 dolarów ale recepcja wygląda tak, że nie zostawiłabym tam kota na przechowanie. Kolejne dwa pełne, w końcu znajdujemy miłą dziuplę w "Chi Cafe". Jest ciepła woda i łazienka, pościel wygląda na świeżą, nie śmierdzi, jest wiatrak i nawet klima, bierzemy.

Biorę gorący prysznic. Fil w tym czasie odkrywa, że w naszym pokoju są dwie dziury w ścianie - tak jakby ktoś zapomniał zamontować wiatraka. Przez dziury wlatują moskity. Idzie więc na recepcję wytłumaczyć pani, że trzeba czymś owe dziury zalepić. Podobno nie było łatwo ale w końcu przyprowadza dziewczynę na górę. Szczęśliwy wraca w taśmą, dwoma kartkami i krzesłem :)

Idziemy coś zjeść. Już widać, że Sajgon to szalone miasto w którym można się zakochać od pierwszego spojrzenia. Jestem zmęczona po całym dniu drogi, a tu na każdym kroku ktoś mnie zaczepia - visit my shop, see menu, just look, come to my shop please, best menu, just visit us, cheap cheap, just see... Do tego muzyka łomocząca z każdego zakamarka - reagge, rock, wietnamski pop... I jeszcze klaksony - pi, pi, pi, pi!!!! Wszystko to robi mieszankę wybuchową. Po godzinie byliśmy w naszej cichej dziupli.

Na dobranoc postanowiłam dokończyć film "Sweet november" w końcu to lekka komedia romantyczna dobra na zakończenie dnia. Skończyliśmy rano oglądać komedię, a druga połowa to był dramat. On ja kocha, ona umiera, on rzuca dla niej wszystko, ona prosi żeby odszedł, żeby zachował tylko wspomnienia. I co? I oczywiście przepłakałam ostatnie 30 minut filmu. Taka to romantyczna komedia była.

04.12.2010 - Wietnam, Mui Ne

0

Plażowanie. Jemy europejskie śniadanie i wyruszamy na plażę. Z nieba leje się żar, leżymy na leżakach, patrzymy na wodę. Prowadzimy rozmowę:
Ja: Jaka wielka fala, widziałeś?
Fil: Yhy…
Po dwóch minutach.
Fil: Idzie kolejna duża…
Ja: No…

Poza tym zastanawiamy się czy to już czas na zimne piwo, czy jeszcze nie. Okazuje się, że już. Do piwa jemy krewetki w czosnku i imbirze. Dzień leniwie mija. Po piwie kładziemy się n piasku i robimy nic, a dokładnie zajmujemy się komentowaniem rzeczywistości:
Patrz facet cały w tatuażach!
O, a widzisz tego śmiesznego psa?
Naprawdę duże fale…
Tych ludzi już gdzieś widzieliśmy?
Patrz jaki fajny surfer! (to już moje słowa ;)
Widzisz jak wysoko leci na kite'cie?

Tak upłynęły kolejne 4 godziny, po niech czas na szybki prysznic i wieczorną porcje krewetek. Wietnam to kraj w którym krewetki są tańsza od kurczaka więc korzystamy. Kolację jemy obok stolika pt. „Ostatnia Wieczerza”, zasiada tam 12 osób. Nad wszystkim czuwa Talib (chudy facet w dłuuugą brodą), obok siedzi kobieta Jaskiniowiec (z długim dredami i kościami w uszach), jest jeszcze Maryja, John Lennon, kobieta Wampir, Muzyk, japoński Surfer… i wszyscy jakoś się dogadują.

Łosiu, jak wrócimy to zaśpiewamy z Tobą, Twoja ulubiona piosenkę:
Już nie ma dzikich plaż,
Na których zbierałam bursztyny,
Gdy z psem do ciebie szłam
A mewy ósemki kreśliły, kreśliły
Już nie ma dzikich plaż
I gwarnej kafejki przy molo
Nie jedna znikła twarz
I wielu przegrało swą młodość, swą młodość





03.12.2010 - Wietnam, Mui Ne

0

Plażujemy. To naprawdę dziwne uczucie siedzieć pod palmą, popijać zimne piwo, patrzeć na fale i słuchać Santa Claus Is Coming To Town :) Tak Wietnam przygotowuje święta dla europejskich turystów.

Wieczorem Fil zaspokoił swoja potrzebę zjedzenia ogromnego homara.

ps. Backpackerski tip na dziś: Zanim ubierzesz majtki, sprawdź czy nie śpi w nich wąż.

02.12.2010 – Wietnam, Mui Ne

0

22 godziny jazdy, padamy ze zmęczenia. Wysiadamy w Mui Ne i zaczynamy szukać noclegu, sytuacja nie wygląda tak różowo, fajne hotele, bungalow’y są bardzo drogie, a tańsze guesthousy zajęte. Wleczemy się głodni przez cale Mui Ne, jeden pokój przy barze (co zwiastuje głośną noc), kolejny co wygląda jak sala szpitalna (brrr), lokujemy się dopiero w trzecim. Jest przez ulicę z ładną plażą, ma ciepła wodę i okno – bierzemy. Po szybkim jedzeniu, bierzemy prysznic i udajemy się na plażę. Nasza część jest śliczna, czysty piasek, zero śmieci… Ale wystarczy pójść pół kilometra dalej aby zobaczyć, że Wietnamczycy potrafią sami zepsuć, to co maja najcenniejszego – wyrzucają na plażę miliony śmieci, śmieci, śmieci…

Znajdujemy street food z czystym kawałkiem plaży, nie będę popierała śmiecenia, nawet za niższą cenę jedzenia. Wybieramy 3 ogromne krewetki z grilla, pychotka! Później znajdujemy fajny bar na plaży blisko naszego miejsca zamieszkania, bierzemy butelkę wina krewetki i smażoną ośmiornice z pieczywem czosnkowym całość 7,5 US dolara. Leniwie sączymy wino i podjadamy smakołyki.

Jutro czas na plażowanie...






01.12.2010 – Wietnam, Hoi An

1

Dzień zaczynamy późno, śniadaniem w Cargo Cafe. Później trochę szwędania po mieście, wylogowanie się z pokoju i znowu szwędanie. Zaczęło kropić, wchodzimy do pierwszej knajpki – Green Mango, rozkładam się na wielkim łóżku i wyglądam przez okno, Fil studiuje kartę, ja leniwie przeglądam drinki. Po chwili wychodzimy, knajpa nie jest w naszym przedziale cenowym, jaki żal opuścić wielki wygodne łoże… Przychodzimy dwa domki dalej i trafiamy do słynnej 96 Cafe, nie ma nikogo rozkładamy się wygodnie, przy środkowym stoliku i zamawiamy White Rose oraz Cao Lai, cokolwiek to znaczy i będzie. Okazuje się całkiem niezłe. Sączymy leniwie piwo, przestaje padać, robi się gorąco, wyruszamy na targ warzywny.

Na targu warzywnym, jak sama nazwa wskazuje, idę do kosmetyczki, jeszcze nikt, nigdy w życiu nie wyrównywał mi brwi nitką dentystyczną (!), niezapomniane uczucie, do tego boski masaż stóp… Masaż małymi, wietnamskimi rączkami i tiger balmem, czuję, że mogę latać. Szkoda, że nie mogę tak codziennie.

Robimy zakupy i idziemy na lunch. Fil zjada grilowaną rybę w liściach banana, ja ryż z krewetkami, do tego chłodny Tiger Beer świat nabiera innych kolorów. Zbieramy się pakować, przed nami długa droga do Mui Ne.

Czekamy na naszego bus soft sleepera, jak zwykle wsiadamy na końcu, w związku z czym najlepsze miejscówki są już zajęte. Trafiamy na wieloosobowe łoże na końcu autobusu, razem z nami zasiada Amerykanin (jak na Amerykanina słusznych rozmiarów) oraz Anglik, w nocy wciśnie się jeszcze Wietamczyk. Fil prowadzi z Amerykaninem bardzo ciekawą dyskusję – Amerykanin z Chicago z polskimi korzeniami dwa pokolenia wstecz był na wystawie poświęconej polskiej husarii, Fil tłumaczy nowemu znajomemu co to husaria i dlaczego zwyciężyliśmy, Amerykanin natomiast przedstawia nową teorie dlaczego byliśmy niepokonani w XVII w… Otóż Mongołowie używali lasso, a skrzydła husarii powodowały, że lasso nie dało się zaczepić i zrzucić jeźdźca z siodła i dlatego wygrywaliśmy. Fil tłumaczy, że lasso to wynalazek amerykański, raczej nie miał zastosowania przy husarii, ale Amerykanin jest nieugięty. Wierzy w potęgę lasso. Ciekawe są rozmowy przed snem w nocnym autobusie… Naprawdę ciekawe.



Śniadanie w Cargo Cafe

96 Cafe

Dla Wietnamczyków 25 stopni to prawdziwa zima, poniżej pies w wersji zimowej :)

Salon kosmetyczny i masażu w jednym :)

30.11.2010 - Wietnam, Hoi An

0

Leniwy dzień... Przepyszne śniadanie w Cargo Cafe, przepyszne i przewielkie. Po śniadaniu wypożyczamy rowery i jedziemy na plażę. Spotykamy polskiego surfera i łapiemy pierwszą, brązową opaleniznę :) Szwędamy się po plaży, a wieczorem po mieście. Trafiamy do Now and Before Cafe, zamawiamy drinki, leci Metallica, a później The Doors "Come on baby light my fire". Chwilo trwaj wiecznie.

Jutro w nocy jedziemy do Mui Ne, ponad 800 km od miejsca w którym jesteśmy obecnie. Mui Ne leży niżej niż BKK więc powinno być gorąco i mocno słonecznie.







29.11.2010 – Wietnam, Hoi An

0

Hue – Hoi An,

Schodzimy na śniadanie o 8, o 8:30 mamy autobus do Hoi An, ale o której będzie nie wiadomo, w końcu jesteśmy w Azji. Zasiadamy i zamawiamy set śniadaniowy, dzień leniwie zaczyna płynąć, o 8:15 pojawia się Wietnamka z naszymi smażonymi jajkami i ciepłą bagietkę, wcinamy ze smakiem, czekamy jeszcze na placki z ananasem i czekoladą… Powoli pijemy sok i herbatę. Cudnie rozpoczęty dzień psuje wyskakujący jak królik z kapelusza Wietnamczyk z tekstem „Hoi An, Caramel?”, mówię „Yes, Hoi An”, „Bus waiting, bus waiting!”. Biorę ostatni łyk herbaty, Fil biegnie do kuchni zapłacić za śniadanie, urocza Wietnamka ściąga placki z patelni i wsadza do woreczka, polewa wszystko czekoladą… Wyrwani z poranka biegniemy do autobusu, pakujemy plecaki i bierzemy oddech. Dopiero teraz możemy zjeść spokojnie nasze placki…

Drogi w Wietnamie są podobne do naszych, wąskie, dziurawe (choć mniej niż u nas), zatłoczone. W autobusie nie działa kilka rzeczy np. prędkościomierz, licznik kilometrów, światła… Na mój gust brakuje jeszcze kilku dość istotnych rzeczy ale najważniejsze, że jedziemy (i to przed czasem). Kierowca cały czas trąbi, wierci się i zagląda to w prawo to w lewo, na pewno szuka lewego dochodu w postaci wszędobylskich Wietnamczyków ale ma pecha. Nie znajduje nikogo kto chciałby jechać do Hoi An. Przebijamy się prze miasto do autostrady, myślę sobie – hurra pojedziemy szybciej i wreszcie przestanie trąbić. Nic z tego, autostrada nie różni się niczym od zwykłej drogi, pełno dzieci, pełno skuterów, rowerów, sprzedawców bananów i batatów… Po dłużej chwili wjeżdżamy w góry, nie jakieś wysokie, takie nasze Pieniny czy Bieszczady, droga robi się naprawdę wąska, naszemu kierowcy nie przeszkadza to jednak wyprzedzać na trzeciego na zakręcie, zerkam w dół, niezłych kilkanaście metrów… Ciężarówka z naprzeciwka też nie stanowi problemu, wystarczy tylko długo i intensywnie trąbić – i tyle. Ruch drogowy w Wietnamie zadziwia mnie każdego dnia.

Docieramy do Hoi An. Wysadzają nas przed hotelem Sunflower (!!!), w tempie expressowym zwiewamy przed siebie. Nigdy więcej Sunflower, ta nazwa jest już dla nas spalona. Dobytek na plecy i wyruszamy przez Hoi An. Jedna ulica, druga ulica i nic. Nie ma hosteli albo bardzo drogie, do niektórych nawet nie decydujemy się wejść i zapytać o cenę ;) Idziemy dalej i dalej… Zaczynam opadać z sił, plecak wbija się w ramiona, pot płynie po plecach i tyłku. Zachowuje dobry humor, grunt to znaleźć odpowiednie porównanie, mówię sobie na głos, że mogłabym iść z tym plecakiem przez Połoninę Caryńska w Bieszczadach – byłoby zimno, lał by deszcz i jeszcze pod górę… Poza tym Mama zawsze w górach powtarzała „Helikopter po Ciebie nie przyleci”, więc zasuwam do przodu. Kolejne skrzyżowanie i dochodzimy do miejsca polecanego przez Lonely Planet, fajny hotel ale trochę drogo, jest też drugi, a do trzeciego zaprowadza nas Wietnamczyk. Na skrzyżowaniu spotykamy Hansa, przybijamy piątkę – jak dobrze zobaczyć znajomą twarz! Wybieramy nocleg i zaczynam walkę o ciepłą wodę, pokój kosztuje 10 dolarów więc ciepła woda należy się jak psu buda. Obsługa po chwili konsternacji wsadza wykałaczkę do termy i… ciepła woda pojawia się w kranie. Oby wykałaczka wytrzymała kolejne dwa dni.

Wychodzimy na miast, jemy lunch i negocjujemy zakupy u krawca. Zamawiamy 5 koszul szytych na miarę, nieśmiało powiem, że wynegocjowałam całościową cenę 70 dolarów. Ni Nu nie była zadowolona ale albo szyje, albo idziemy do innej Ni Nu (a jest ich tu miliony).

Postanawiamy chwile odpocząć w pokoju, Filowi udaje się uruchomić jednocześnie lodówkę i telewizor – to naprawdę wielkie osiągnięcie. Możemy oglądać Discovery i chłodzić drinki! Hurra! Wieczorem wychodzimy na miasto podobno wszędzie palą się lampiony i jest bardzo romantycznie…





28.11.2010 - Wietnam, Hue

0

Docieramy do Hue. Jak zwykle wysiadamy z autobusu i nie wiemy gdzie jesteśmy, nikt nie kwapi się aby pokazać na mapie gdzie aktualnie stoimy. Jeden Wietnamczyk pokazuje, że nas podwiezie do swojego hotelu za friko, a jak nam się nie spodoba to możemy spadać. Ok, przynajmniej będziemy wiedzieli gdzie jesteśmy. Podstawowa backpackerska zasada brzmi: nigdy nie akceptuj pierwszej oferty. Oczywiście rezygnujemy, zaznaczamy na mapie gdzie jesteśmy i ruszamy szukać noclegu. Zaczyna padać, w Hue jest chyba 30 stopni, bardzo duża wilgotność więc deszcz nie robi różnicy.

Po kilkunastu minutach chodzenia mamy nareszcie hotel, pokój 8 dolarów. Bierzemy pierwszy od dwóch dni prysznic. Szybko jemy śniadanie i dogadujemy się z Wietnamczykiem na motorową wycieczkę po okolicy. Mój Wietnamczyk jeździ bardzo ostrożnie, omija dziury, nie wjeżdża w kałuże, choć czasem jedzie pod prąd, wyprzedza na skrzyżowaniu czy zawraca na rondzie. Pierwszy przystanek to grobowiec Kha Dinh. Sceptycznie podchodziłam do grobowców. Pewnie kopiec z wieżą, kadzidła i kwiaty. Nic z tego, grobowiec znajduje się na ogromnym terenie, mnóstwo budowli, zanim wdrapiemy się do właściwego miejsca zejdzie pół godziny. Grobowce były budowane przez zwolenników króla, miały służyć upamiętnianiu i zbieraniu pamiątek (coś jak Graceland). Zaczyna padać, najpierw mży, potem leje. Siedzimy w grobowcu, razem z japońska wycieczką i czekamy aż przestanie. Nagle w drzwiach pojawia się nasz Wietnamczyk z pelerynami i zachęca do dalszej jazdy. Zakładam worek foliowy i siadam na motorek. Jedziemy kilka minut i przestaje padać, wszystko schnie błyskawicznie.

Dojeżdżamy do kolejnego grobowca Tu Duc. Jest jeszcze większy niż poprzedni. Pełno ogromnych magnolii, tysiące krzaków magnolii, musi być pięknie na wiosnę. Łazimy i łazimy, a końca nie widać. Dochodzimy do wniosku, że strażnik w grobowcu ma pasjonująca pracę – śpi, słucha radia lub wychodzi na spacer. Generalnie w Wietnamie jest bardzo niskie bezrobocie – ok. 2 %, tutaj naprawdę trzeba się mocno starać aby nie mieć pracy. Przykład: wjazd na autostradę, jedna osoba zabiera pieniądzeb, druga daje bilet, trzecia otwiera wjazd… Wejście do muzeum, jedna osoba odbiera pieniądze, druga wydaje bilet, trzecia sprawdza bilet… i tak na każdym kroku.

Po grobowcach udajemy się do Pagody Thien Mu. Z góry rozciąga się piękny widok na okolice: wzniesienia, lasy, Perfumowa Rzeka, miasto. W 1963 roku z tej pagody wyruszył samochodem do Sajgonu mnich Thich Quang Duc aby dokonać samospalenia w proteście przeciwko amerykańskiej ingerencji w Wietnamie. W pagodzie do dnia dzisiejszego jest prowadzony klasztor, można również zobaczyć niebieski samochód Thich. Jedziemy jeszcze zobaczyć cytadelę i powiewającą nad nią wielką, czerwoną flagę z żółtą gwiazdą.

Wieczór spędzamy w słynnej knajpce DMZ (Demilitarised Zone), wszystkie ściany są pokryte podpisany backpackersów, wolne od podpisów są tylko płytki w łazience, które jak głosi napis są „codziennie sprzątane”. Zamawiamy zimne piwo i jedzenie… Chwilo trwaj! Z głośników leci na maxa Darkness - I Believe In A Thing Called Love.











27.11.2011 – Wietnam, Hanoi

0

"Śpiewamy bluesa bo czwarta nad ranem
Tak cicho by nie zbudzić sąsiadów
Czajnik z gwizdkiem świruje na gazie
Myślał by kto że rodem z Manhattanu
(...)
Już piąta"

4 rano w Hanoi. Idziemy przez puste miasto, nie ma nikogo na ulicach, nie ma rosołu PHO w wielkich garach, nie ma małych krzesełek… Są za to głodne psy, dwa biegną w naszym kierunku (nie wiem czy się bawią, czy przygotowują do ataku), Fil bierze zamach i chce trafić w skaczącego psa, ale mu nie wychodzi i trafia we mnie. Za dwa dni na moim ramieniu pojawi się fioletowa śliwka. Psy biegną sobie dalej wesoło szczekając…

4 rano w Hanoi. Idziemy dalej przez puste miasto, dochodzimy do jeziora, zwijam się w kłębek na betonowej ławce i próbuję zasnąć. Latarnie dają po oczach, kręgosłup buntuje się bo zimno i twardo, a od wody wieje chłodem… Mimo wszystko cieszę, się że pociąg już za nami, teraz cały dzień w Hanoi, a noc w autobusie do Hue. Robi się jasno, ktoś nas zaczepia i pyta czy my z pociągu Sapa? Tak, my z pociągu Sapa. Do parku na jeziorem zaczynają się schodzi ludzie, biegają w kółko, naciągają mięśnie, robią brzuszki. Rozpoczyna się lekcja tai-chi, starsze panie z magnetofonem instalują się koło naszej ławki i zaczynają wymachiwać rękami. Super, z chęcią bym dołączyła gdybym tylko miała silę wstać. Za nami rozciąga mięśnie staruszek – patrząc na jego kondycję myślę, że to nauczyciel Karate Kid’a, pozazdrościć.

Dochodzi 7, idziemy szukać kafejki ze śniadaniem. Jemy i ustalamy plan, najpierw ruszamy do Mauzoleum Ho Chi Ming, potem zobaczymy gdzie nas poniesie… Do mauzoleum jedziemy rikszą, przed nami długa kolejka. W kolejce dochodzę do wniosku, że mogą mnie nie wpuścić, bo mam brudne spodnie, wielki kołtun na głowie i sandały na nogach. Na szczęście przechodzę weryfikację, na bramie musimy zostawić aparaty, banany, mandarynki, wodę, latarkę i nóż (!). Po czym odpowiednie służby kierują nas do kolejnej kolejki. Co 10 metrów stoi uzbrojony żołnierz, wszędzie pełno ochrony i kierujących ruchem. Mówimy, że chcemy w prawo, ale kierują nas do kolejki w lewo. Wszyscy śmiertelnie poważni, więc grzecznie czekamy. Po chwili strażnik formuje z nasz pary i w równych odstępach maszerujemy przez plac defilad, co chwile ktoś jest upominamy za śmichy-chichy i rozmowy. Im bliżej wejścia tym większa powaga. Orientujemy się, że idziemy prosto do mauzoleum. Czyżby zwłoki wujka Ho wróciły z odświeżania w Rosji? Po zagęszczeniu wojska czuję, że dostąpimy zaszczytu pokłonienia się Wielkiemu Socjaliście. Wchodzimy do środka, zero rozmów, wszyscy karnie i równiutko, podążają jak na wojskowej paradzie, Fil zostaje upomniany bo trzyma ręce z tyłu (a ręce maja być wzdłuż szwów na spodniach), szybko się poprawia. Widzimy zabalsamowanego Ho, leży spokojnie, podświetlony na pomarańczowo w czarnym garniturze. Ostatnią wolą Ho było aby po śmierci jego ciało skremować, a prochy rozsypać nad ukochanym krajem…

Wychodzimy z mauzoleum i zwiedzamy dom letni Ho, garaż Ho, park Ho. Nieziemskie tłumy, ludzie z całego Wietnamu i okolic, wszyscy się pchają i pstrykają fotki. Po zaliczeniu większości atrakcji związanych z Ho, zmykamy zobaczyć Pagodę na jednej kolumnie, a później udajemy się do Świątyni Literatury. Jest tu pełno młodych Wietnamek, które ukończyły właśnie szkołę i robią sobie zdjęcia w odświętnych strojach, Fil zamiast oglądać świątynie zerka na młode panny…

Lunch, łażenie po mieście. Rano kupiliśmy open ticket z Hanoi do Sajgonu, więc grzecznie czekamy na przyjazd autobusu, który zawiezie nas do Hue. W ramach ukulturalniania idziemy popołudniu do sławnego teatru lalek na wodzie. Biletów oczywiście nie ma, ale udaje nam się dogadać z Wietnamczykiem, który przyszedł jakieś oddać. Scena, muzyka, wszystko po wietnamsku, jest ciepło i przytulnie, odpływam na chwilę… Budzie mnie chrapania siedzącej obok Japonki.

Wychodzimy na miasto. Jestem potwornie zmęczona, mam wypieki na twarzy, kręci mi się w głowie, mam ochotę zabić każdego Wietnamczyka, który używa klaksonu i zachęca mnie do czegoś (kupowanie, oglądanie, wejście, zobaczenie). Padam.

Autobus nocny w wersji soft sleeper, bardzo mnie rozczarowuje, moja (wywalczona) miejscówka jest cholernie twarda i mała. Nie wiem jak się ułożyć. Po chwili jednak wszystko przestaje być ważne bo nadchodzi upragniony sen. Gdyby tylko za 40 minut nie obudził mnie wrzask „Pho, meal…”. Tak będzie jeszcze kilka razy w nocy, oprócz tego w przejściach na podłodze położą się tubylcy. W środku nocy dochodzę również do wniosku, że moja hmońska torba (która do tej pory mi śmierdziała) ma najwspanialszy zapach na świecie. Do Hue docieramy po 9 rano.

PS. Zmęczenie fizyczne pozwala mi zresetować psychikę.










Wielosmakowe smary do silnika



25-26.11.2011 – Wietnam, Sapa

0

Sapa - Lao Cai - Hanoi

Jesteśmy w Lao Cai o 4:50, zimno, ciemno i leje. Jak tu znaleźć autobus do Sapa? Zanim zaczęłam się martwić, do kabiny wsadził głowę Wietnamczyk „Sapa, Sapa?”. Problem transportu z głowy. Wietnamczyk daje mi parasolkę i znika w tłumie, niedospana, ledwo za nim nadążam. W tym samym busie siedzą Yiuan i Huan, czyli nie trafiliśmy źle. Podróż do Sapa trwa godzinę, nie widać nic i leje.

Docieramy do miasta, dochodzi 6 rano. Pierwszy hotel do kitu, drugi hotel do kitu, trzeciego nawet nie sprawdzamy, skoro Yian i Huan nie chcą w nim zostać to my tym bardziej. Wietnamczyk zgadza się podrzucić nas za friko do centrum. „Centrum” okazuje się na szczycie góry, hotel rekomendowany przez travelfish’a, oglądamy pokoje i negocjujemy cenę. Po nocach w hotelu Sunflower 2, na dżonce i w pociągu - wybieramy sekcję VIP. Od razu widać, że ta część jest lepsza, naszą połowę korytarza przykrywa dywan ! Pokój jest naprawdę ładny, jest gorąca woda ! Niestety z powodu mgły nie widać pięknych pól ryżowych, generalnie widoczność kończy się na barierce balkonu. Czas na godzinną drzemkę.

Wychodzimy na miasto, trzeba zorientować się w terenie. Bardzo blisko nas znajduje się kafejka „Bagietka i czekolada”, jest to miejsce gdzie młodzi ludzie z lekkim upośledzeniem obsługują turystów zdobywając zawód kelnera, kucharza… Jedzenie jest naprawdę pyszne, a obsługa przemiła, przyjdziemy tam jeszcze kilka razy. Na śniadanie zjadam wielką bagietkę zapiekaną z bekonem, ziemniakami, cebula i białym sosem. PYCHA! Fil zjada kanapkę.

Miasto Sapa jest rzeczywiście małe, można przejść tam i powrotem na piechotę. Pełno małych kafejek, sklepików z podrabianą górska odzieżą, dziewczyn z plemion, targów… Zaczepiają nas dziewczyny z plemienia H’mongów, są jak pchełki, skaczą i namawiają do zakupów… To co łączy wszystkie kobiety na świecie to właśnie zakupu. Fil kupuje coś dziwnego, nawet nie wiem jak to nazwać. Ja od kolejnej dziewczyny kupię torbę, ale to osobna historia…

Zaczepia nasz dziewczyna z plemienia H’mong, leje, wieje, ja w plastikowej pelerynie prawie nic nie widzę, ale ona usilnie namawia do zakupów. Widzę, że na plecach niesie koszyk z malutkim dzieckiem, nie oferuje nic ciekawego, ale… ma bardzo fajną torbę w której trzyma swoje rzeczy. Pytam czy na sprzedaż, choć z góry wiem, że odpowiedź będzie pozytywna. Dziewczyna przepakowuje swoje rzeczy i dalej się targujemy, ustalam cenę na 35 000 dongów (czyli około 5 złotych), niestety nie mamy drobnych. Dajemy 40 000 dongów i nie chcę już reszty, Możliwe, że małe dziecko to tylko chwyt marketingowy, ale nie miałam już sumienia wołać o resztę… Tak nabyłam swoją pierwszą w życiu hmońską, używaną torbę. „Pachnie” intensywnie… Może da się to wyprać w domu? Od dziś ja noszę w niej swój dobytek (profilaktycznie niektóre rzeczy w woreczkach foliowych).

Z widoków nici, jemy street fooda, potem siedzimy w małej knajpce. Wieczorem przychodzimy do hotelu, zjadam kurczaka w sosie pomarańczowym (który rano był chrupiący, potem w panierce kokosowej, a wieczorem skończył w sosie). Schodzę na recepcję i usiłuje się połączyć z internetem, na recepcji obsługa i ich znajomi oglądają wietnamska telenowelę, śmiechu, a śmiechu… Niestety mnie to nie śmieszy, wieje prze otwarte drzwi, a jeden Wietnamczyk rozkłada sobie na łóżku kolo mojego fotela, grzaną matę… Sprawdza czy ciepła i wygodnie się kokosi. Stopy mi zamarzają, mam ochotę zwinąć matę do pokoju. Wracam do łóżka, nici z netu, w TV leci Sędzia Dred po wietnamsku… Zasypiam.

Rano (w piątek 26.11.2010) budzi mnie ból pleców. Czy w całym Wietnamie nie ma wygodnego, miękkiego łóżka? Przydałby się masażysta. Szybki prysznic, śniadanie w „Bagietce i czekoladzie” i… postanawiamy pożyczyć motor (3 dolary). Nie zachwyca mnie ten pomysł ale opcja zobaczenia pól ryżowych zwycięża. Wierzymy, że jak zjedziemy poniżej Sapa, nie będzie chmur i mgły. Fil jest zachwycony opcją podróżowania motorem, wybiera manualną skrzynię biegów i po chwili mam przepiękny kask na głowie i zaczynamy podróż. ( o obowiązkowych kaskach to Fil zapewne napisałby całą encyklikę tak jest nimi zafascynowany – w sumie eleganckie panie mają naprawdę twarzowe kaski)

Cel: wioska Ta Phin zamieszkała jednocześnie przez plemiona H’Mong i Red Dzao (po dwóch róznych stronach góry). Jedziemy przez miasto, tankujemy, nawet nieźle idzie. Zaczyna mżyć, myślę sobie - to dobrze działa na cerę. Mży i mży, nie musze nawilżać soczewek, po twarzy spływają krople, potem większe i większe… Widoki kiepskie, ślisko, błocko… Skręcamy na trasę do wioski, jedziemy w górę i w dół, w górę i dół, zjeżdżamy poniżej linii chmur i hurrraaaa widać pola ryżowe! Robimy zdjęcia. Kałuże i dziury punktowane są najwyżej więc zaliczamy większość po drodze. Dojeżdżamy wioski, pełno śmieci. Wrażenie robi na mnie sklep z mięsem, mięso sobie leży na brudnych stołach i panie swoimi brudnymi rękami odcinają kawałek i podają do kolejnej brudnej ręki. W sumie jak się upiecze to się zdezynfekuje. Zaczyna lać. Postanawiamy wracać do domu, mam mokre spodnie, buty, skarpetki z błotem, mokre włosy, twarz, ręce… najgorsze jest to, że nie czuje kolan. Zamarzły. Od pasa w dół przemokłam. Jedziemy, jedziemy nagle przestaje padać! Pasą się dzikie, wietnamskie prosiaki, widać pięknie pola ryżowe. Cud! Robimy zdjęcia i wracamy do Sapa. W mieście spotykamy naszych znajomych Kanadyjczyków! Za dwa dni jada do Hue, może znowu ich spotkamy?

Wieczorem pakujemy się do busa i jedziemy do Lao Cai, o 7:30 mamy nocny pociąg do Hanoi. W Hanoi będziemy o 4 rano. Ciekawe co można robić w Hanoi o 4 rano? Już jutro się dowiem.

Dziś w celi śpimy z Izraelką po służbie wojskowej ale jeszcze przed studiami i Wietnamczykiem. Izraelka to bardzo fajna dziewczyna, mówi dobrze po angielsku pracuje jako nauczycielka hebrajskiego i miło się z nią rozmawia. Gdyby tylko nie pytała co tak dziwnie pachnie... Bardzo możliwe, że to moja hmońska torba. Profilaktycznie wsadzam ją pod łóżko.

***

Relacja na bieżąco z pociągowej celi, Wietnamczyk - nazwijmy go Yen kupuje 2 piwa i chce się napić z Filem. Fil się opiera (jakby nie było dla zdrowia pijemy colę zabajoną wódką) ale za bardzo nie ma jak się wymówić (Yen śpi nade mną i usilnie zabiega o uwagę Fila). Yen po angielsku potrafi powiedzieć - ok, are you from?, yes, no, baby i chyba na tym kończy się jego zasób angielskich słów. Zanim Fil dowie się ile Yen ma lat mija dobrych kilka minut, potem dochodzi do rodziny… Yen jest bardzo nastawiony na rozmowę, pokazuje nam swoje dzieci, potem pokazuje fałszywe dongi. Ciekawe o co mu chodzi? Fil się zastanawia, czy nie poczęstować nowego kolego kabanosem (jak Fil zachomikował kabanosy do dziś?). Yen się opiera i wybiera banana, pewnie nigdy w życiu nie jadł kabanosa. Fil jest również nastawiony na rozmowę, rysuje Yenowi stadion X-lecia, tłumaczy, że jest tam wielu Wietnamczyków - „many, many Vietnam people” wymachuje przy tym rękami i ładnie artykułuje każde słowo. Po kolejnych minutach rozmowy okazuje się, że Yen ma na imię Han. Póki co na tym się kończy… Byle do rana.







25.11.2011 - Wietnam, Sapa

1

Sapa i moje piękne, niewidoczne pola ryżowe...




Hotel widmo, nasz pokój znajduje się na końcu. Mamy panoramiczny widok na pola ryżowe :) Jak na załączonych zdjęciach.











Dziewczyny z plemienia H'mongów, udało nam się dojść do porozumienia w kwestii zakupów. Dziewczyny są wszędzie, obskakują każdego kto może coś od nich kupić, ksywa bojowa "Pchełki".





Obiad... Do tego obowiązkowo piwo Tiger.





24.11.2010 – Wietnam, Hanoi

0

Halong Bay - Hanoi – Lao Cai - Sapa

Leżę w pociągu do Lao Cai. Nad Filem leży Yian, 22-letnia świeża mężatka, nad mną leży jej świeży mąż Huan, są w podróży poślubnej. Razem spędzimy najbliższe 10 godzin, zapowiada się ciekawie… Może nauczę się coś po wietnamsku ;-) W Lao Cai będziemy o 5 rano, potem czeka nas poszukiwanie busa i droga do Sapa. Uwielbiam jeździć lokalnymi środkami transportu! Pociąg nocny to najlepsza opcja podróżowania po Azji, śpisz i jednocześnie jedziesz, coś co backpackersi lubią najbardziej.
Wracając do dzisiejszego dnia, zaczął się przed 6 rano waleniem w drzwi kajuty i wrzaskiem „Do you kayaking?”, odmruknęłam „No” naciągając koc na głowę… „Do you kayaking?” ponowny wrzask nabrał mocy, krzyknęłam „No!” – jednocześnie budząc Fila, który wyskoczył z łóżka i z radością oznajmił „Yes, kayaking”. Kajakowanie o 6 rano nie sprawia mi radości, Fil popłynął z Hansem, a ja wzięłam zimny prysznic nucąc pod nosem - zimnaaaa woda zdrowia doda!

Cale przedpołudnie pływaliśmy dżonką po Halong Bay, cudnie, cudnie, cudnie. Odwiedziliśmy pływającą wioskę, wybraliśmy się na mała przejażdżkę łodzią, generalnie odpoczywaliśmy. Francuzi z którymi trzymaliśmy sztamę okazali się Kanadyjczykami z francuskojęzycznej części Kanady, razem z Chilijczykami o mało nie rozkręciliśmy passport party, a z Hansem można było pogadać, bo mimo 55 lat był naprawdę młody duchem.

Jeszcze tylko lunch i droga powrotna do Hanoi. W Hanoi było mi trochę żal, że każde z nas idzie w swoją stronę. Prawie wszyscy, których do tej pory poznałam mieli przerwę w karierze, bardzo żałuję, że nie zrobiłam sobie rocznej przerwy po studiach. Po kilku miesiącach podróży byłabym na pewno mądrzejsza i inaczej spoglądała na świat.

Na kolacje grzeszymy. Grzech rozpusty w pełnym wydaniu, kurczak, bagietka z czosnkiem i masłem, kaczka, ryż, frytki, sos pomidorowy, sajgonki i mus czekoladowy z zieloną wisienką, do tego pół litra piwa i ledwo wstaję. Idziemy z plecakami przez Hanoi, w przydrożnym sklepie widzę Żubrówkę , wszędzie pełno małych krzesełek i ludzi zajadających PHO, palą dziwne fajki, unosi się zapach gotowanych warzyw, wymieszany ze smażona rybą, wszędzie pełno skuterów i motorków, każdy trąbi i zachwala swoje produkty… Wietnamski zawrót głowy. Docieramy na stację, szukamy peronu nr 9, wsiadamy do pociągu i cieszymy się ciszą oraz faktem, że łóżka są wygodne. Za chwilę nad nas wdrapią się Yian i Huan…

Dochodzi 21. Dziś prawie nie spałam bo sprężyny z lóżka na statku wbijały mi się w plecy, za to jutro udaje się na obowiązkowy masaż. Koniec atrakcji na dziś.
Dobranoc.















23.11.2010 – Wietnam, Halong Bay, Cat Ba

1

To jest dzień w którym opuszczamy hotel Sunflower 2 (od północy nie mogła doczekać się tego wydarzenia), w planie trekking, bujanie po zatoce i noc na łódce. Dzień zaczyna się tak jak zwykle, czekamy na autobus do parku. Przed czekaniem następuje śniadanie mistrza Małysza, na które składa się bułka z bananem. W trakcie czekania następuje międzynarodowa integracja, trzymamy się z Chilijczykami, Francuzami i Hansem. Wspólnie tworzymy front na rzecz oddania naszych paszportów, póki co bezskutecznie. Przyjeżdża w końcu autobus, który po chwili zmieniamy na drugi, docieramy do Cat Ba National Park.

Hans pomyka w sandałach, w plecaku niesie buty do trekkingu, w końcu żaden Wietnamczyk nie powiedział jakie buty ubrać. Profilaktycznie ubieram pomarańczowe adidasy (cale i widać z daleka). Zaczyna się betonowa droga, śmiejemy się, że wszystko przygotowane pod turystów. Po chwili przestaje być już tak śmiesznie, zaczynają się schody. Duże, kamienne schody, brakuje tchu, a serce chce wyskoczyć na zewnątrz. Jeszcze tylko 20, jeszcze tylko 10… Widać koniec schodów i spokojną ścieżkę. Oddychamy z ulgą, że to koniec męczarni. Po 5 minut i szybko orientuję się czym w praktyce różnią się słowa trekking a climbing. Hans wyciąga profesjonalne buty chroniące kostkę, a ja zaczynam się wspinać na czworaka (tyłek wyżej niż głowa, ręce na skały…). Fil mówi, że do climbingu potrzebne są raki, czekan, uprząż i karabinek, ja zostaje przy swoim. Wdrapałam się na górę i… widok powalił mnie z nóg. Jeden z piękniejszych widoków jakie widziałam w swoim życiu, warto było się męczyć. W drodze na dół mijamy dziewczynę w japonkach, zastanawiamy się jak wejdzie na górę?

Góra nie była taka wysoka 225 m., ale podejście mordercze. Na dole znów rozpoczyna się czekanie. Na początku nie wiemy na co czekamy, potem idziemy kawałek i okazuje się, że nie ma naszego autobusu więc tradycyjnie rozpoczynamy kolejne czekanie… Docieramy do Sunflower 2, jemy lunch i uciekamy na miasto (zimne piwo Tiger i naleśnik z bananem to jest to), po 2 godzinach wracamy i pakujemy się do kolejnego autobusu – jedziemy przez całą wyspę do portu i wsiadamy na dżonkę. Słońce zaczyna zachodzić. Bujamy się między wyspami i skałami, powoli robi się ciemno, jest cudnie…
W kabinie na łodzi mieści się tyko duże łóżko i mikroskopijna łazienka (z cyklu siedzisz na kiblu, myjesz żeby w umywalce, a od góry leci na plecy woda z prysznica). Generalnie nie ma na co narzekać, jest ciepło, sucho i zamykają się drzwi. Gdyby tylko ktoś wyłączyć generator prądu na sąsiedniej łodzi…

Jemy kolację razem z Hansem i Kalifornijczykami, którzy odwiedzili 17 krajów europejskich w 1 miesiąc. Plany na jutro? Kto wstanie przed 6 ma szansę popływać kajakiem po zatoce. Chyba sobie daruję, wole się wyspać, jutro wracamy do Hanoi i całą noc jedziemy pociągiem do Sapa.

Przemyślenia na dziś:

Każdy backpackers ma swoje zasady których się trzyma. Robi coś specjalnie, albo czegoś specjalnie nie robi. Ja mam jedna główna zasadę: jest ciepła woda, należy się szybko umyć.
Dobranoc!