Spis azjatyckich kantów i oszustw

0

Podróżując po Azji zebraliśmy pokaźną kolekcję kantów i oszustw, których dopuszczają się tubylcy na backpackersach (i ogólnie przyjezdnych). Od bardzo niewinnych, polegających na wyłudzeniu dolara po te, na których możemy stracić ich kilkadziesiąt lub więcej… Podczas naszych podróży mieliśmy dużo szczęścia (ale też często mój instynkt podpowiadał lub krzyczał – NIE) jednak nie ustrzegliśmy się zupełnie przed zdobywaniem doświadczenia w sposób empiryczny!
Wszystkie oszustwa podzieliłam na konkretne kategorie, tak aby łatwiej było zorientować się, co  czyha na danym etapie podróży.

Kategoria: transport


- bilet / czas przejazdu / koszt – zanim cokolwiek kupimy upewnijmy się: ile trwa podróż, czy będą po drodze przesiadki, gdzie znajduje się stacja końcowa (ew. gdzie wysiądziemy), czy będzie po drodze lunch (ew. czy będzie przerwa na lunch/jedzenie). Oczywiście odpowiedzi, które uzyskamy mogą nie mieć nic wspólnego z prawdą (i tak najczęściej bywa przy biletach na autobus lub bus)

- potwierdzenie / bilet – musimy je otrzymać jeśli decydujemy się na zakup podróży w agencji lub u przewoźnika

- czas podróży z punktu A do punktu B jest zwykle bliżej nieokreślony – będziemy rano, dojeżdża koło południa, ok. 4-6 godzin, to zależy od … (tutaj pada długa lista) etc. Dobrze mieć ze sobą mapę i samemu spróbować oszacować czy podana informacja jest w zgodzie z ogólnie przyjętą wiedza geograficzną :) np. przekonywano nas, że powrót do BKK z Sihanoukville, nocną porą przez przejście graniczne w PoiPet, będzie pół dnia krótsze niż trasa przez przejście w Trat, pomijam fakt, że przejście w PoiPet jest zamknięte w nocy (a przynajmniej było, może teraz coś się zmieniło :)

- przesiadki – ich liczba na trasie jest wielka niewiadomą, szczególnie jeśli podróżujemy busem. Zdarza się, że grupa kilka razy się rozdziela, trafiasz na różne miejsca, raz przy kierowcy (chłodna klima), raz za bagażami (skwar), czekasz na drodze godzinę, by po przejechaniu kilku kilometrów dopchnęli cię szybko do innego pojazdu – i tak kilkanaście razy podczas jednej trasy. Nigdy nie wiesz ile takich przesiadek będzie oraz ile czasu przez to zmarnujesz

- przystanek końcowy w nocy na stacji pod miastem, jedyna opcją dostania się do miasta/hotelu jest… wzięcie lokalnej taksówki, która akurat stoi na poboczu, oczywiście po „niezbyt atrakcyjnej cenie”

- zatrzymywanie się co godzinę na stacjach / zatrzymywanie się co dwie godziny „na przegląd autobusu” – zawsze w miejscu gdzie jest kilka sklepików i niezbyt przyjazne ceny, aby zrobić siku też trzeba zwykle zapłacić – albo cos kupić ;)

- podrzucanie znajomych do wiosek, które znajdują się w bliższym lub dalszym zasięgu trasy / podrzucanie jedzenia rodzinie, oczywiście również poza trasą / przewożenie kur i innych zwierząt (ja się panicznie boję tych co mają skrzydła!) – co może się wiązać z zabrudzeniem naszych rzeczy ;)  W Nepalu dzieliły nas minuty od spóźnienia na samolot ponieważ kierowca busa podrzucał tacki z jedzeniem, torty i inne smakołyki na wesele rodziny… Razem z jedzeniem podróżowali również zaproszenie goście.

- przekraczanie granicy – zwykle przed przejściem znajduje się kilka fałszywych punktów, które chcą pobrać opłatę / wyrobić dodatkową wizę / zrobić „obowiązkowe” badania – wszystkie punkty ignorujemy

- riksza / tuk-tuk / taksówka / łódka
* cenę za przejazdu ZAWSZE ustalamy na początku, należy bezwzględnie dopytać czy cena dotyczy jedne osoby / grupy /  czy też np. całej łódki
* warto zorientować się w cenach – podpytać w hotelu / znajomych
warto z góry powiedzieć, że nie interesują nas dodatkowe sklepy / promocje inaczej możemy utknąć na kilka godzin w „best shop in town”
* w taksówkach prosimy o włączenie licznika („taxi meter” w Tajlandii), jeśli taksówkarz się nie zgadza albo proponuje inną cenę - rezygnujem
* kierowcy często wydłużają trasę bazując na naszej nieznajomości miasta niestety nie ma skutecznej metody na uchronienie się przed tego rodzaju oszustwem, możemy mieć jedynie mapkę przed oczami i starać nadążyć za drogą…
* w taksówkach w Tajlandii nie istnieje coś takiego jak „service charge” w określonej kwocie, płatny gotówkę na koniec trasy, jeśli kierowca na koniec wyciąga kartonik z nabazgraną kwotą to nie dajmy się na to złapać, wszystko zależy od naszej asertywności
* jeśli czujemy, że coś jest nie tak, najlepiej wysiąść i poszukać innego transportu

- bagaż – zdarza się, że ktoś chce wyłudzić pieniądze za przewóz plecaka, mówi, że nie ma miejsca / że to dodatkowo kosztuje etc. Swojego bagażu zawsze należy pilnować, zdarza się, że gdy wysiadamy w nocy, do bagażnika rzucają się taksówkarze, rikszarze, tuktukowcy (zwał jak zwał) i zabierają plecak zanim zdążymy po niego sięgnąć. Oczywiście nasz plecak po minucie jest już schowany w taksówce / rikszy / tuk-tuku, a kierowca gotowy do odjazdu w dalszą drogę. Kurs będzie nas słono kosztował, zwykle stoimy na przegranej pozycji jeśli przyjdzie nam ochota na targowanie się. Co zrobić? Stanowczo zabrać plecak i pewnym krokiem udać się kierunku miasta (nawet jeśli to 8 km). Podąży za nami kilku upartych przewoźników, ich liczba będzie topniała razem z przebytymi metrami. Na końcu zostanie najwytrwalszy i najtańszy.

Kategoria: jedzenie


- brak cen w menu – oznacza, że przepłacimy (i to mocno)

- zmiany zamówienia – jeśli wybieramy danie z menu ale… zmieniamy składniki należy dopytać ile to będzie kosztowało

- napój duży czy mały? – należy dopytać co to oznacza i ile kosztują poszczególne wersje, jeśli nie pytają o wielkość to raczej dostaniemy większy i droższy

- orzeszki / cukierki / mokre chusteczki – wszystko co dostajemy do stolika przed zamówienie jest na 99% płatne, warto się zastanowić czy potrzebujemy gumy do żucia za 2 dolary, jeśli w plecaku mamy całą paczkę

- promocje – warto upewnić się czy są poprawnie uwzględnione w rachunku np. dwa drinki w cenie jednego, drugie danie 50% gratis etc.

- podatek + napiwek – zdarza się, że kwota końcowa rachunku składa się z: naszych zamówień, określonego z góry napiwku i podatku, który oczywiście naliczany jest z dwóch poprzednich pozycji (a nie tylko pierwszej ;), bardzo często % podatku jest różny w różnych miejscach; częsty kancik w Nepalu

- kupując na targu lepiej samemu wybrać owoce, w przeciwnym wypadku na dnie reklamówki możemy znaleźć te niezbyt świeże; patrzymy na proces ważenia owoców; jeśli nie ma ceny obowiązkowo ustalamy to wcześniej; owoce najlepiej kupować na dużych tarach - tańsze, przy zabytkach - kilka razy droższe

- alkohol – tanie drinki, które są przygotowywane na ulicy nie są robione z oryginalnych alkoholi, mimo oryginalnych butelek

- rurki do napojów – w Indiach warto mieć swoje :)

Kategoria: zwiedzanie


- pod zabytkiem zaczepia nas nieznajomy i mówi, że: "dziś jest zamknięte / jesteś nieodpowiednio ubrana / dziś już nie wpuszczają ale… znam inną świątynię, do której mogę cię powieźć i tam wszystko zobaczysz" (a po drodze pójdziesz do 8 sklepów). Klasyczne azjatyckie oszustwo.

- popilnuję Twoich butów za … – nigdy nie zginęły nam buty, zawsze zostawiamy je na otwartych półkach lub przy wejściu 

- musisz wypożyczyć / kupić chustę aby się przykryć – jeśli nie mamy dekoltu, ramiona i kolana są zasłonięte, bluzka nie jest obcisła – nic nie musimy kupować ani wypożyczać. Jeśli miejsce jest naprawdę ortodoksyjne ochrona lub sprzedawca biletów zwróci nam uwagę

- natrętni sprzedawcy kadzideł, biżuterii, dzieci z kwiatami etc. – ignorować i z uśmiechem odpowiadać „no, thank you”

- samozwańczy przewodnicy – „no, thank you”

- dodatkowe, często fikcyjne opłaty związane ze wstępem, zwykle do miejsc, które zwiedza się bezpłatnie

- inna cena biletu dla turystów, kilkakrotnie wyższa (bardzo często praktyka w Indiach, Chinach), nie ma na to metody, jeśli chcemy wejść musimy zapłacić

- fikcyjne datki i dotacje na zabytki

- brak listy rzeczy, których nie można wnosić do zabytków – np. o tym, że nie wolno wnosić tripodów do Taj Mahal’u dowiedzieliśmy się po odstaniu kolejki, oczywiście musieliśmy zapłacić za szafkę i odstać drugi raz w kolejce

- jeśli na ulicy zaczepia cię nieznajomy „where are you going?” raczej jest to próba pokazania czegoś „niezwykle interesującego i drogiego”, ja nie wdaje się w takie rozmowy

- robienie zdjęć – jeśli robimy zdjęcie osobie lub z osobą ZAWSZE należy zapytać czy ta osoba sobie tego życzy i czy nie trzeba przypadkiem zapłacić (dotyczy zwłaszcza osób w strojach ludowych); jeśli coś kupujemy zdjęcie zwykle jest gratis :)

Na szczęście większość oszustw z którym się spotkamy będzie dotyczyło niskich kwot, które nie wpłyną zbytnio na wakacyjny budżet. Jeśli już zorientujemy się, że ktoś nas oszukał lepiej to przełknijmy i nie dajmy się ponownie zaskoczyć :) Grunt to asertywność, podstawowa wiedza o rejonie i uśmiech – który rozładowuje każdą nieprzyjemna sytuację :)

22 marca 2014 - Rzym - krętymi uliczkami i zakamarkami

0

Kontynuujemy spacer po Rzymie... Jedziemy z samego rana na Piazza del Popolo, po czym udajemy się do parku w którym znajduje się Galeria Borghese. Jutro w Rzymie maraton więc park oblegany jest przez biegaczy. Niestety nie udaje nam się wejść do galerii, bilety wyprzedane na kilka dni w przód. Szkoda, bo w środku czekają Rafael, Rubens, Tycjan, Botticelli, Carravagio...

Nasza ścieżka wiedzie dalej przez Schody Hiszpańskie, Piazza Navona, Campo de Fiori, Ponte Sisto, do dzielnicy żydowskiej. Tutaj czekają na nas wąskie uliczki, małe trattorie  i koszerne jedzenie :) My decydujemy się jednak na tradycyjne potrawy w formie bistecci i spaghetti carbonara, szkoda, że omija mnie włoskie wino. Przy stoliku obok, dziewczyna zamawia fiorentinę, która przychodzi razem z szefem restauracji i specjalną oprawą muzyczną "tara ta ta ta dam, fiorentina!", w życiu nie widziałam tak wielkiego steka... Co więcej, dziewczyna mojej postury całkiem dobrze sobie z nim radzi :) Wygląda pysznie, może przy następnym pobycie w Rzymie zafunduje sobie taką kolację.

Po lunchu wstąpiły w nas nowe siły i włóczymy się bez celu po gettcie. Docieramy do kościoła Santa Maria in Trastevere, w kościele jest ciemno i trochę jestem rozczarowana bo ołtarz wygląda na pokryty złotem. Podchodzę bliżej i okazuje się, że przed ołtarzem znajduje się mała skrzyneczka na datki, otóż oświetlenie ołtarza można sobie kupić ;) Za kilka euro ołtarz lśni na całego!

Dalej nasza droga wiedzie przez wyspę na Tybrze, via Marcello, Foro Traiano, via Nazionale... do hotelu :) Na dziś już wystarczy! Jutro niestety ostatni dzień...

Piazza del Popolo - kiedyś miejsce publicznych egzekucji

 Schody Hiszpańskie


 Taverna del Moro - mniam, mniam...




21 marca 2014 - Rzym - Watykan

0

Watykan - najmniejsze państwo świata.

Muzeum Watykańskie - jedno z top 3 muzeów na świecie (w moim prywatnym rankingu znajduje się tam jeszcze Luwr i Muzeum Brytyjskie), zwiedzanie zajmuje nam cały dzień, choć z powodzeniem mogłabym tam siedzieć kilka dni i... nie nudziłabym się!

Przed wejściem do muzeum jest długa kolejka, można ją ominąć kupując bilet online (droższy) lub będąc w ciąży :) O tej drugiej opcji dowiadujemy się stojąc dobrych kilka minut w kolejce, na szczęście mogę wszystkich ominąć i zameldować się jako pierwsza przy kasie. Kasy otwierają za 15 minut więc mam czas posiedzieć na wygodnej ławce, poczytać i rozkoszować się klimatyzacją :)

Muzeum Watykańskie jest łatwiejsze do zwiedzania niż np. Luwr, oczywiście można się zgubić i coś przeoczyć ale generalnie jest dość dużo strzałek, wyjaśnień, mapek i opisów. Warto zainwestować również w audioguide'a (nie ma po polsku), jeśli nas coś zainteresuje klikając odpowiedni numerek dowiemy się czegoś więcej. Należy ubrać wygodne buty bo długość korytarzy to blisko 8 km.

Bazylika św. Piotra w Watykanie - do wejścia również obowiązuje kolejka, sprawdzają plecaki i torby, ciężarne wchodzą bez kolejki :) Kilka słów o bazylice za Wikipedią: "To drugi co do wielkości kościół na świecie i jedno z najważniejszych świętych miejsc katolicyzmu. Wedle tradycji bazylika stoi na miejscu ukrzyżowania i pochówku św. Piotra, uznawanego przez katolików za pierwszego papieża – jego grób leży pod głównym ołtarzem. W bazylice i w jej podziemiach znajdują się także groby innych papieży. W kaplicy Św. Sebastiana znajduje się grób świętego Jana Pawła II."

Z Watykanu udajemy się na spacer, krętymi uliczkami Rzymu poprzez Plac Wszystkich Ludzi (Piazza del Popol), Schody Hiszpańskie, lody w małej, włoskiej lodziarni, Plac Wenecki (Piazza Venecia)... do łóżka :)

Muzeum Watykańskie






Po drodze do Kaplicy Sykstyńskiej mijamy kilka zaułków, do których mało kto zagląda - wszystkim śpieszno dalej... A dopiero w tych zaułkach czają się cudeńka: Chagal, Dali, van Gogh...


Złożenie do grobu - Caravaggio






Bazylika św. Piotra




 Maria Sobieska, nasza kobieta w Watykanie :)


Panteon


20 marca 2014 - Rzym - Koloseum, Forum Romanum, Palatyn, Lateran, Fontanna di Trevi

0

Koloseum jakie jest, każdy widzi :) Tłum przed wejściem to tylko wycieczki oczekujące na swoich przewodników, klienci indywidualnie kupują bilety w środku - na szczęście nie ma kolejek. Ciekawe co tu się dzieje w sezonie...

Czemu właściwie służyła tak wielka arena? Oczywiście walkom gladiatorów, igrzyskom, polowaniom na dzikie zwierzęta, zawodom drużynowym oraz mordowaniu chrześcijan (to jednak trochę kontrowersyjny fakt, bo tak naprawdę nad chrześcijanami znęcano się w Cyrku Nerona). To ostatnie wydarzenie upamiętniono krzyżem wewnątrz budowli, a całość Koloseum jest otoczone opieką jako miejsce męczeństwa pierwszych chrześcijan.

Z Koloseum przechodzimy do Forum Romanum, gdyby nie to, że mam dość ciekawy przewodnik spacer byłby raczej nudny, kupka kamieni na prawo, kupka kamieni na lewo. W czasach starożytnych był to jednak główny polityczny, religijny i towarzyski punkt miasta. Tutaj miały miejsce najważniejsze uroczystości starożytnego Rzymu.

Historycy twierdzą, że był to teren podmokły, który po osuszeniu stał się miejscem publicznych zgromadzeń. Zbudowano tu potem takie obiekty jak kuria, mównica, świątynia Westy i dom westalek, świątynie Saturna, Dioskurów, Zgody, a także budynek Regii – siedzibę najwyższego kapłana oraz archiwum. Trzeba mocno uruchomić wyobraźnię aby zobaczyć np. dom westalek, ale jak już się to uda to widoki są piękne :)

Palatyn - to miejsce dobre na spacer i wylegiwanie się na kocu z książką...

Lunch jemy sobie tutaj L'INVINCIBILE RISTORANTE E BAR. Przemili właściciele, pyszne jedzenie (idealna pizza z jajkiem i karczochem), widok na Koloseum, nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Popołudniu idziemy obejrzeć bazylikę św. Jana na Lateranie. Zawsze wydawało mi się, że to bazylika św. Piotra jest tą najważniejszą, nie jest to jednak prawdą. To właśnie bazylika św. Jana na Lateranie jest kościołem katedralnym papieża.

Wieczorem spacerujemy do fontanny di Trevi, zanim jednak tam dojdziemy wstępujemy do kościoła Santa Maria della Vittoria obejrzeć słynną Ekstazę św. Teresy. Rozglądamy się po budynkach aby trafić do dobrego wejścia, kiedy spostrzegamy w oknie naprzeciwko nagą dziewczynę, rytmicznie poruszającą biodrami ;) Pierwsza ekstaza za nami ;)

...a fontanna na żywo jest jeszcze piękniejsza. To moja ulubiona fontanna w Rzymie, siedzimy, jemy lody i czekamy aż się ściemni - wtedy wygląda najpiękniej :)

Koloseum


























19 marca 2014 - Rzym - kościół Santa Maria Maggiore

0

Rzym to jedno z tych europejskich miast, które odłożyłam sobie "na emeryturę". Leci się blisko, dużo sakralnych zabytków i bardzo drogo czyli idealne miejsce dla starszego, zamożnego małżeństwa. W życiu jednak nic nie wiadomo i do Rzymu trafiłam wcześniej niż na zaplanowanej i od dawna wyczekiwanej emeryturze.

Po pierwsze Fil wygrał konkurs w którym nagrodą był voucher na dowolną podróż (oczywiście w ramach danego budżetu;), po drugie ze względu na mój stan nie mogliśmy już pojechać nigdzie dalej na wakacje i tak trafiliśmy do Rzymu. Za voucher udało nam się opłacić przelot i noclegi - to była największa część wydatków.

Zdecydowaliśmy się na nocleg w Madison Hotel, bardzo blisko stacji Termini, śniadanie wliczone w cenę (a śniadanie obejmowało znacznie więcej niż cappuccino i croissant ;) Co prawda hotelowe korytarze wyglądają jak labirynty i zanim dotrze się do pokoju trzeba przemierzyć kilkaset metrów, a internet działał tylko na korytarzu, to mimo wszystko jest to całkiem niezła miejscówka. Nie wiem jak z klimatyzacją w szczycie sezonu, warto to wcześniej sprawdzić.

Popołudniu udaliśmy się na spacer do kościoła Santa Maria Maggiore. Jak głosi legenda w sierpniu 352 roku papieżowi Liberiuszowi ukazała się Matka Boska, która nakazała, aby w miejscu, w którym spadnie jutro śnieg zbudować kościół. Śnieg znaleziono na jednym z siedmiu wzgórz rzymskich - Wzgórzu Eskwilin. Podobno plan kościoła został dokładnie wyznaczony przez zasięg śniegu. Każdego roku w sierpniu, w kościele Santa Maria Maggiore odbywa się uroczystość, której celem jest odtworzenie owego cudu. Podczas nabożeństwa, na zgromadzonych w kościele wiernych rozsypywane są z góry płatki białych róż.

Kościół ma piękny, kasetonowy sufit pokryty złotem z Nowego Świata, które oferowała królowa Izabela Katolicka V. Po bokach znajdują się konfesjonały z informacją, w jakim języku spowiada dany ksiądz. Zastanawiamy się, czy aby dobrze rozumieją grzechy jeśli mówią w kilku ;)

Wieczorem idziemy na pizze do Al Forno della Soffitta. Bardzo przyjemne miejsce, choć podawana pizza jest lekko puszysta, a ja byłam nastawiona na pizzę na kruchym, chrupiącym cieście czyli prawdziwą pizze neapolitańską.







Birma - informacje praktyczne

0

Dziś notka pt. Birma - informacje praktyczne, które pozwolą pewniej poczuć się w nowym kraju!  Jadąc do Birmy musimy zwrócić uwagę na:

- wizę – można wyrobić w każdej ambasadzie Birmy na świecie, można w BKK, my przesłaliśmy dokumenty do ambasady w Anglii, było taniej niż do Berlina, można zadzwonić i porozmawiać z konsulem czy wszystko dotarło i kiedy spodziewać się gotowych dokumentów

- transport z /do – najłatwiej drogą lotniczą z BKK, samoloty latają codziennie, my trafiliśmy na promocję w „Nok Air” czyli najbardziej roześmiane linie lotnicze :D, loty odbywają się ze starego lotniska

- rezerwację noclegu – nie jest łatwo, Birma nie ma jeszcze przygotowanej bazy turystycznej, zdecydowanie lepiej rezerwować noclegi z wyprzedzeniem i szukać małych, domowych hosteli, w Rangunie spaliśmy w Wai Wai’s Place, bardzo przyjemne miejsce, atmosfera wręcz domowa i blisko do dobrej knajpki ;) W pozostałych miejscach trafialiśmy różnie np. w Inle Lake świetny hotel Remember Inn, a w Bagan raczej kiepskie warunki w May Kha Lar Guest House… Często niestety nie ma wyboru bo napływ turystów sprawił, że miejsca noclegowe są w większości zarezerwowane. Kiepsko wypada również porównanie ceny do jakości, za 25$ w Kambodży będziemy mieszkać w luksusowych warunkach, tutaj możemy liczyć na mały, ciemny pokoik i średnio czystą łazienkę. Ze znajomością angielskiego też różnie.

- Internet – jest a jakoby go nie było, przypomniały nam się początki Internetu w Polsce, kiedy najszybciej można było coś ściągnąć późną nocą - jak większość ludzi kładła się spać. W Birmie obowiązuje ta sama zasada, najlepiej pisać maile między 2 a 4 nad ranem…

- roaming – nie działa :) naprawdę!

- latarkę czołówkę – w Birmie dość częste są przerwy w dostawie prądu, jedna czołówka na jedną osobę, wieczorami nosimy ją przy sobie, jakość birmańskich dróg i chodników (o ile w ogóle są) pozostawia wiele do życzenia

- jakość banknotów / wymiana – myślę, że czasy, kiedy Birmańczycy obsesyjnie sprawdzali każdy banknot pod kątem zagięć, plamek etc. już dawno minęły, nie mniej jednak zawsze możemy trafić na nadgorliwego urzędnika. Z wymianą pieniędzy nie ma problemu, zrobimy to w każdym banku, bankomatów obsługujących zagraniczne karty jest również dużo (są nawet w Shwedagon Paya ;)

- cmokanie – Birmańczycy jeśli chcą zwrócić na coś uwagę cmokają (zwijają usta w Dziubek i robią cmok, cmok :) a teraz przykład, stoję w kolejce do łazienki na pseudo stacji, podchodzi do mnie dziewczyna i cmoka w moim kierunku, nie rozumiem o co jej chodzi, stoję grzecznie w kolejce, nigdzie się nie pcham… Teraz macha na mnie ręką i znowu cmoka, w końcu idę w jej kierunku, a ona mnie prowadzi za rękę do wolnej łazienki ;) Jeszcze dwa cmoknięcia na pożegnanie i mogę skorzystać z „łazienki dla personelu”! Takich sytuacji było wiele, więc należy pamiętać, że cmoknięcie oznacza coś ważnego!

- mężczyźni w spódnicach – a dokładnie w longyi, to widok codzienny na ulicach, zawiązywane na gruby węzeł, najczęściej w kratkę

- kobiety z maseczką na twarzy – a dokładnie z thanakh’ą, która stanowi rodzaj makijażu i ochrony przed słońcem. Thanakha jest niczym innym jak sproszkowanym kawałkiem drzewa Murraya lub Limonia acidissima. Kawałek drewienka ucieramy na proszek, mieszamy z wodą i nakładamy na twarz, dość szybko zasycha i chroni naszą skórę nie tylko przed słońcem ale również przed nadmiernym przetłuszczaniem

- jedzenie – generalnie nic odkrywczego i smakowitego, typowy birmański street food nie zachęca do konsumpcji (ani wygląd ani kolor), na szczęście wszędzie można znaleźć restauracje oferujące dania kuchni azjatyckiej (tajskie, chińskie…), w dużych miastach można zjeść przyzwoitą pizzę czy kanapki. W Bagan najlepszym miejscem jest Black Bamboo – choć do najtańszych nie należy, dobra kuchnia birmańska i europejska (co nie często się zdarza w Azji).

- angielski – w świątyniach często można spotkać mnichów czy wycieczki uczniów, którzy chcą podszkolić swój język angielski, jest to dobra okazja aby porozmawiać, czasem po angielski, czasem na migi :)

Co zapakować... do Tajlandii

6

Kolejna notka z cyklu Co zapakować… tym razem pakujemy się do Krainy Uśmiechu!

Założenia: jedziemy z plecakiem, chcemy podróżować po całej Tajlandii, czas wyjazdu ok. 3 tygodnie (choć przy pakowaniu nie ma to większego znaczenia), wyjazd „low budget” samodzielny.

KATEGORIA: UBRANIE

Generalnie im mniej tym lepiej. Jeśli jedziemy w sezonie (listopad – luty) należy pamiętać, że średnia temperatura będzie oscylować w granicy 32 stopni C w trakcie dnia i około 23 stopni C w nocy, a wilgotność powietrza będzie wynosić ok. 90 %. Po wyjściu z samolotu należy się przygotować na uczucie dostania mokrą szmatą w twarz, na szczęście organizm szybko się przyzwyczaja i już po kilku pierwszych dniach możemy cieszyć się pogodą ;)

Wszystkie ubrania powinny być wykonane z naturalnych materiałów (bawełna, włókna bambusowe etc), cienkie, przewiewne, zasłaniające ciało. 

- 3 pary majtek + 2 biustonosze – stosujemy system trójgaciówki, oznacza to, że jedne majtki mamy na sobie, jedne się suszą, jedne są w zapasie. I tak w kółko… 
- 2 - 3 koszulki – zasłaniające ramiona 
- większa chusta – ma wiele zastosowań: zasłanianie ramion, zasłanianie kolan, generalnie chroni nas przed słońcem i… można na niej posiedzieć na trawie  
- koszula z długim rękawkiem – obowiązkowa, chroni przed słońcem 
- spodnie z długimi nogawkami – obowiązkowo, można kupić na miejscu alladynki
- spodnie 3/4 
- długa spódnica – genialna w tym klimacie 
- cienki soft shell / bluza + cienka czapka / chusta – w nocnych autobusach potrafi być naprawdę zimno, wręcz lodowato
- japonki/klapki - japonki bo łatwo się ściągają, a buty ściąga się przed wejściem do zabytków, sandały – dobre do podróżowania, trampki – na powrót do kraju 
- para skarpetek – poza wylotem do kraju i podróżami autobusami kompletnie nieprzydatne 
- strój kąpielowy 
- koszulka na szelkach do spania 
- czapka z daszkiem i okulary słoneczne 
- bandana podróżnicza – różne zastosowania: zasłania usta, frotka na pot, opaska
- szmaciana torba / mały plecak – ja jestem za torbą, nie pocą się plecy 
- ręcznik z mikrofibry  
- mała parasolka – taka ze sklepu wszystko po 4 zł, ochroni przed słońcem i deszczem 
- jedwabny „sleeping bag” – fajna rzecz, jeśli nie lubimy spać na średnio czystych prześcieradłach, ja się jeszcze takiego nie dorobiłam

KATEGORIA: KOSMETYKI / LEKARSTWA 

- szampon, żel pod prysznic, szczoteczka do zębów, pasta 
- antybakteryjne mydło w kostce – idealne do prania 
- antyperspirant – choć przy tych temperaturach mało co działa, dość skuteczny jest ałun (naturalny minerał) – można kupić na miejsc 
- gaziki nasączone środkiem odkażającym 
- plastry na otarcia 
- opatrunek w spray’u (np. Akutol) 
- krople do oczu 
- krem na słońce z bardzo wysokim filtrem UV - ja używam 50+, można kupić na miejscu, słońce jest ostre i bardzo łatwo o oparzenia
- spray na komary –  używamy miejscowego Sketolene
- antybakteryjny żel do rąk – można kupić na miejscu 
- tabletki przeciwbólowe – np. Ibuprom – przeciwzapalny
- tabletki do ssania na gardło 
- tabletki rozkurczowe  – np. No Spa
- nifuroksazyt – nie tylko „zatrzymuje” ale też leczy zatrucia pokarmowe 
- antybiotyk – ja mam ze soba Sumamed, lepiej zapytać lekarza
- obcinacz do paznokci, penseta
- grzebień 
- papier toaletowy 
- scyzoryk (z nożyczkami) 
- agrafki (różne rozmiary)
- igła i nitka

KATEGORIA: INNE  

- kłódka z kluczem – do zamykania pokoju w hostelu
- sznurek na pranie 
- latarka czołówka 
- Lonely Planet – przewodnik 
- telefon + ładowarka 
- laptop / smartfon – im mniejszy tym lepszy 
- apatat fotograficzny 
- kindle – nie wyobrażam sobie podróży bez mojego "kundelka"

KATEGORIA: DOKUMENTY 

- paszport z wizą – obecnie wiza nie jest wymaga 
- xero biletów i paszportu (w sensie strona z danymi + wiza) 
- ubezpieczenie 
- książeczka szczepień 
- namiar na polską ambasadę 
- portfel na sznurku – dzięki temu nigdy nikt mi nie ukradł portfela ;)

Dobrą praktyka jest też zrobienie scanu paszportu i ubezpieczenia + biletów lotniczych i wysłanie sobie na skrzynkę mailową, wtedy mamy pewność, że w razie kradzieży odzyskamy dane, które będą przydatne w ambasadzie.

Rzeczy, których my NIE ZABIERAMY:
  • lekarstwa na malarię – nie bierzemy ze względów na środku uboczne, konsultowałam to też z lekarzem
  • moskitiera – wystarczy dobrze się spryskać ;), zajmuje miejsce w plecaku i tez trochę waży
  • śpiwór, poduszka etc. – dla nas zbędne

Wskazówki odnośnie organizacji wyjazdu do Tajlandii znajdziesz tutaj: Tajlandia - informacje praktyczne a o azjatyckich przekrętach poczytasz tutaj: Spis azjatyckich kantów i oszustw