17 maja 2012 – Kathmandu, Nepal – Delhi, Indie

0

17 maja 2012 – Kathmandu, Nepal – Delhi, Indie – by F. Po porannej pobudce i leniwym śniadaniu idziemy się pożegnać z Kumari i Durbar Squarem, magicznym miejscem w Kathmandu. Spacerem opuszczamy Thamel i obserwujemy codzienne życie kupców z Durbar Sq. Siedząc u drzwi świątyni w cieniu, do Magdy przychodzą zaprzyjaźnić i wspólnie pobawić się zasmarkne siostry, których mama poniżej handluje warzywami(fotografowane wczoraj) i nie zawsze ma czas zająć się maleństwami. Jednak kobiety gdy tylko chcą to niezależnie od wieku i pochodzenia zawsze znajdą wspólny język, podszczypywania, pokazywanie bransoletek i kolczyków ot takie tam babskie …




Troche dziwi mnie to późne otwieranie sklepów ale coż miejskie Kathmandu to nie wsiowa Pokhara, tu się nie wstaje wraz ze świtem, z kogutów pianiem… Nadchodzi czas by opuścic hotel i złapać za ostatnie przygotowanie rupie taxówke na lotnisko. Wychodzimy z Thamelu tym razem na część nieturystyczną i jakoś tak cicho i spokojnie… Podchodze pewnym krokiem nauczonym od Johna Wayna do taxi aby negocjować cene i cena powala mnie z nóg, kolejny to samo i dodaje magiczne słowo klucz Bandh…- Road closed.

Obecnie Nepal jest republiką ale trwa „spór” nad konstytucją aby przekształcić go w federacje, i wynikiem tego są strajki generalne zwane BANDH… to co w Pokharze na dalekiej prowincji było tylko pół-zamknięciem sklepów to w Kathmandu – stolicy jest pełnym strajkiem z policją w kamizelkach kuloodpornych, pałowaniem na ulicach i demonstracjami na okupywanych ulicach. Na szczęście wszyscy wiedzą, że jedyną gałęzią przemysłu w tym kraju jest turystyka i jak to mówią wojna domowa wojną, ale o turystów z ich twardą walutą dbać trzeba… więc białych izolują, o białych dbają oraz starają się aby biali jak najmniej odczuli tutaj panujące niesnaski. Przykładem tego są 4 kolory tablic rejestracyjnych dla pojazdów zarejestrowanych w Nepalu.

1. czarne z białymi znakami dla standardowych taxówek, riksz (pojazdów świadczących usługi transportowe dla ludności)
2. czerwone z białymi znakami dla pojazdów prywatnych (głównie motocykli, motorowerów , bo mało którego Nepalczyka stać na Tate NANO a co dopiero coś lepszego)
3. białe z niebieskimi znakami dla pojazdów korpusu dyplomatycznego oraz
4. zielone z białymi znakami tylko dla pojazdów do przewozu turystów dodatkowo oznakowane tabliczką TOURIST ONLY

Aby nie trwożyć pozostających naszych najbliższych w kraju nie będę tutaj tłumaczył zawiłości wewnętrznej polityki nepalskiej i wracając do opisu dnia zagryzam z wściekłości zęby na moja niefrasobliwość, że zapomniałem wczoraj sprawdzić wiadomości i strajk mnie zaskoczył oraz w nadziei patrzę za samochodem z zielonymi blachami. Na horyzoncie stoi SHUTTLE BUS na zielonych blachach, więc szybko zdążam w kierunku i zaczynam negocjować cene która wynosi 400rupii za dwie osoby. Standardowa opłata za taxówke na lotnisko to 350 rupii i tak planowałem budżet ze mój portfel zawiera już tylko 370 rupii – waluty niewymienialnej poza NEPALEM. Dochodzę do dramatycznego momentu gdy musze pokazać jak bardzo boję się zamieszek na ulicach i mam już tylko 370 rupii. Kierowca ujęty moją historią każe nam wsiadać opróżnia mój portfel i rusza. Teraz czas na rozejrzenie się po autobusie, jest 4 osoby białe a reszta to z wyglądu mieszkańcy SAARC. ważne że autobus jedzie, skręca z głównej drogi w boczne i kręci takimi zaułkami asfalt to położą tam dopiero za 100 lat.



Dobrą cechą państw miast rozwijających jest to, że gdy główna droga jest zamknięta to można ją objechać na tyle sposobów ile fantazji ma kierowca, po kilku skrętach zaczynam się nudzić bo nasz prowadzący nie jest orłem ale na szczęście pilot z komórka relacjonujący zdarzenia i dający wskazówki kierowcy prowadzi nas w dobrym kierunku. A że nie ma asfaltu i jedziemy albo poprzez slumsy albo wzdłuż rzeki/ścieku szukając brodu, aby ją przekroczyć nie robi na nikim wrażenia. Na jednym z podskoków podczas wirażu do autobusu wskakuje kobieta i coś zaczyna gestykulować zdecydowanie pokazując w lewo, pilot kierowca posłusznie skręcają i jadą jakby według jej wskazówek. Dojeżdżamy do skrzyżowanie gdzie nasz dalszy kierunek będzie zdecydowanie wbrew zakazowi wjazdu ale wiem, że to nie powinno powstrzymać naszego kierowcy, jednak zatrzymuje się a pilot z kobietą oraz jeszcze jednym pasażerem wychodzą „jakby na zwiad”… po 3 minutach zaczynam się niepokoić i zaczynam dopytywać … wraca nasz pilot z załogą i kobieta wnosząc całe zestawy darów wraz z jakby zapasami pożywienia przygotowanego na jakąś impreze, zastawiają każdy wolny fragment podłogi i wychodzą znikając w zaułkach skąd przyszli, tego już za wiele zawiązuje koalicje pasażerów busu, bo okazuje się że oprócz nas jeszcze 4 osoby muszą zdążyć na ten sam samolot i zaczyna to wyglądać coraz mniej realne, przewoźnik wymagał być na lotnisku 3 godziny przed odlotem, ja planowałem być jakieś 2 a jak dalej pójdzie to nawet na czas odlotu nie dojedziemy a co z check-in i całością security… atmosfera się zagęszcza do momentu gdy wśród pasażerów ujawnia się pracownik lotniska i gdy poznaje numer naszego lotu idzie i jak Nepalczyk z Nepalczykiem rozmawia z kierowcą co skutkuje że kilka minut później odjeżdżamy z zapasami jedzenie ślubnego i darami dla bóstwa i nigdzie się już nie zatrzymujemy. Dojeżdzamy na lotnisko kilka minut poźniej na półtorej godziny przed planowanym odlotem i biegiem do kolejki do pierwszego security check.

Pomyślnie przechodzimy i zaczynamy szukać w którym okienku trwa odprawa lotu INIDIGO 6E32, bo co ciekawe na monitorach pojawia się informacja o odprawie o numerze lotu ale brak informacji w którym okienku… na pytanie w sklepiku z pamiątkami zirytowana pytaniem pani odpowiada że w tym co zawsze… w trzecim. Następnym razem będę pamiętał… Biegiem do okienka numer trzy i tam pani sprawia że jesteśmy odprawieni co teoretycznie znaczy ze samolot bez nas nie odleci.

Idziemy do kolejnej security check, potem immigration Office i kolejny security check.. i dochodzimy w końcu do „departures Gates” i czekamy na wywołanie, kątem oka dostrzegam logo INDIGO w rogu hali i idziemy do autobusu który nas wsadzi do samolotu… chciałoby się powiedzieć… niestety to jest Nepal wieć przed wejściem do autobusu czeka nas security check i po podwiezieniu do schodów do autobusu mobilne stanowisko security check.

Większość security check polega na przejściu przez bramke metaloczułą, scanowaniu bagażu oraz obmacaniu pasażera/bagażu przez oficerów, zawsze są osobne kolejki dla mężczyzn i osobne dla kobiet a o jakości kontroli i zaleceń niech świadczy fakt, że cały czas w kieszeni niose litrową butelka z resztką wody mineralnej którą szczęśliwie dowiozę do Delhi.

Jesteśmy tak security checknięci, że bez sił opadamy a w swoim miejscu i czekamy na odlot, który teoretycznie powinien być za jakieś trzydzieści pięć minut … w europie.. w Azji należy się spodziewać jak przyjdzie czas, jakież jest moje zdziwienie gdy pada komunikat o zakończeniu boardingu i samolot zaczyna kołować. To brzmi nierealnie ale samolot na międzynarodowym rejsie wystartował 30 minut przed czasem… a doleciał i wylądował całe 60minut przed rozkładem.

Brzmi tak nierealnie że nadal zastanawiam się czy to była jawa czy sen… szczególnie fajnie wyglądało to na tablicach informacyjnych w Delhi gdzie samolot z Frankfurtu Miał 9 godzin 45 minut opóźnienia a lot z Kathmandu opóźnienia –(minus)60 minut. Podczas lotu pilot dał nam szanse pożegnać się z pięknymi Himalajami, które ciekawsko wystawiły swoje ośnieżone szczyty powyżej chmur aby nas pożegnać




raportował
Filip

16 maja 2012 - Kathmandu, Nepal

0

Popołudniu idziemy jeszcze raz na stare miasto. Chodzimy między świątyniami, obserwujemy toczące się życie. Podchodzimy do domu Kumari i postanawiamy wejść jeszcze raz. W środku jest dużo ludzi, zerkam w okno i przez sekundę... widzę Kumari! Siadamy grzecznie na schodach i czekamy aż sie ponownie pojawi. Mamy szczęście, jakieś 20 minut później Kumari ponownie pojawia się w oknie, jest jakąś minutę... Niesamowite popołudnie!

Dziedziniec w domu Kumari




Targ warzywny pod jedną ze świątyń








Dzisiejszy deser jest z mocną różową pianką ;) kolejne scenki rodzajowe z nepalskich świątyń, tym razem tantra dla zaawansowanych







Dobranoc...

16 maja 2012 – Kathmandu, Nepal

0

Wyruszamy zobaczyć Durbab Sq. w Patanie. Patan był kiedyś osobnym miastem, obecnie jest prawie dzielnicą Kathmandu, oddzielonym rzeką Bagmati. Rzeka Bagmati to brzmi dumnie, wyschnięte koryto maksymalnie zaśmiecone, z foliowymi namiotami, stanowi tymczasowe schronienie dla najbiedniejszych. Wygląda to jak nasze wysypisko śmieci, z tą różnicą, że u nas nikt tam nie mieszka, śmierdzi jak nasze szambo.

Jesteśmy pod główną bramą wejściową i pierwsza rzecz jaka nas spotyka (jak zwykle) – łapanka przez strażnika „ticket, ticket, office ticket”. Jeszcze się nie zorientowaliśmy w terenie, a już trzeba było płacić... Panienka w kasie daje nam bilety i pomarańczowe naklejki, mają być w widocznym miejscu. Naklejam swoją na brzuchu ale klej nie jest rewelacyjny i czuje, że mogę ją zgubić. Fil gubi swoja nim dochodzimy na plac – pewnie dlatego co chwile nas kontrolują i każą pokazywać bilety. Irytujące.




Durabar Sq. w Patanie jest mniejszy niż ten w Kathmandu ale równie ciekawy. Zaczynamy od Bhimsen Temple - poświęcona bogom handlu i biznesu, niestety nie widać wiele bo świątynia jest poddawana renowacji (ciekawe czy ta renowacja ciągnie się od Wielkiego Trzęsienia w 1934 r.). Naprzeciwko znajduje się punkt poboru wody Mani Mandap – dość duży basen z trzema długimi rzeźbionymi głowami z których leci woda. Fil zauważa, że ludzie pobierają wodę do dużych baniaków (takich jak nasz Dar Natury), które często można spotkać w hotelach i sklepach z napisem, że woda jest czysta i filtrowana (!) Tylko czy woda lecącą z rzeźbionej głowy potwora jest NA PEWNO czysta i filtrowana? Mam pewne wątpliwości.Siadamy w Mani Madap, taki duży pawilon przy wodopoju i czytamy informacje o placu obmyślając leniwie dalszą trasę. Przed nami świątynia Vishwanath Temple poświęcona Shivie oraz widok na plac…





Najpiękniejszą świątynią na placu (wg mojego zdania) jest Krishna Mandri. Niestety do środka mogą wejść tylko Hindu people, próbuje podejść do schodów ale od razu zostaję zawrócona. Zawsze warto spróbować, czasem pisze, że nie wolno ale wpuszczają. Świątynia jest misternie zdobiona, w środku stoją figurki Vishnu i Krishny. Doczytuję, że czasem płynie ze środka muzyka, dziś nic nie słychać ale za to pojawiają się grajkowie ze skrzypkami swojej produkcji (oczywiście skrzypki na sprzedaż). Przed świątynia stoi kolumna z Garudą na szczycie.



Obok Krishna Temple znajduje się Jagannarayan Temple z dwoma lwimi posągami u wejścia, najstarsza świątynia na placu – 1565 r., poświęcona Vishnu. Obok znajdują się jeszcze dwie małe światynie: Vishnu Temple i Narsingha Temple, a na ich wprost Statua Króla Yoganarendra Malla. Za głową króla widać kobrę, a na głowie kobry siedzi mały ptaszek. Legenda głosi, że tak długo jak ptaszek jest na swoim miejscu, król może powrócić do pałacu. Dlatego okna i drzwi pałacu są otwarte, a fajka wodna czeka w gotowości… Istnieje jeszcze jeden dodatek do legendy, w chwili kiedy ptaszek odleci z głowy kobry, kamienne słonie stojące przy Vishwanath Temple, pójdą się napić wody do Manga Hiti!







Wchodzimy posiedzieć na schodach świątyni Hari Shankar, która na dachu zamiast scen erotycznych ma sceny tortur np. obcinanie łowy, wyciąganie flaczków, gotowanie w gorącej wodzie, obcinanie kończyn etc.









Obok świątyni Hari Shankar znajduje się potężny dzwon Taleju Bell w który mogli uderzać mieszkańcy aby ostrzec króla przed ich gniewem. Na końcu placu znajduje się okrągła (oktagonalna – ośmiokątna :-) Krishna Temple. Wchodzimy jeszcze na dziedziniec Pałacu Królewskiego Mul Chowk i powoli mamy dość świątyń… Została jeszcze tylko Golden Temple.







Koniec języka za przewodnika i trafiamy do Golden Temple. Rzeczywiście jest wyjątkowa, w środku znajduje się dużo figurek i złotych ornamentów. Widzę jak są składane ofiary dla Sakyamuni, dociera do mnie, że jeszcze bardzo mało rozumiem z hinduizmu. Domyślam się, że kobieta podająca do złożenia jedzenie prosi o jakieś łaski albo cuda… Duży talerz wypełniony kwiatami, ryżem i takim małym kotletem ląduje przed figurą. Do tego podpala woskowe sznurki, unosi kilka razy i pozostawia do wypalenia przed inną figurą… Ciekawe…



Dochodzi południe, trzeba przetrwać upał – czas na drzemkę.

15 maja 2012 - Kathmandu, Nepal

3

Dzień w Kathmandu zaczynam od tostu z jajkiem i czarnej herbaty. Siedząc na tarasie układam plan zwiedzania Hanuman-dhoka Durbar Square. Dochodzi 8 rano, przewodnik spakowany, śniadanie zjedzone, ręce nasmarowane filtrem więc ruszamy. Po drodze mija nas kilku naciagaczy z podróbkami tiger balmu, zaczepia kilku rikszarzy, a sprzedawcy proszą o pierwszy zakup (pierwsze pieniądze zarobione danego dnia to prawie błogosławieństwo).

Z dzielnicy Thamel, gdzie śpimy, na plac idzie się jakieś 25 minut. Ponieważ jesteśmy dość wcześnie, nie widać innych białych, strażnik od razu nas łapie i zaprasza do okienka z biletami. Wyrabiamy sobie 3-dniowe przepustki i zamiast ruszać na zwiedzanie, ruszamy na targ :-) Niekończąca się ilość masek, biżuterii, figurek, zamków, narzędzi, klamek… Sprzedawcy równiutko układają towar i zachęcają. Poranne ceny zawsze są lepsze od wieczornych więc wybieramy kilka rzeczy. Mamy opracowaną taktykę negacji pt. „znudzona żona”. Pokazuje Filowi co mi się podoba i zaczynamy negocjować, ponieważ pierwsze ceny są kilka razy wyższe mówię, że nie jesteśmy w takim razie zainteresowani i próbuje odciągnąć Fila. Fil w tym czasie nawiązuje kontakt ze sprzedawcą i mówi, że może by i kupił ale żona mu nie pozwala… Zwykle podchodzę jeszcze ze dwa razy i mówię, że nic nie kupujemy i idziemy zwiedzać. Cena nagle spada, Fil się zaprzyjaźnia, niby taka męska solidarność plemników ;-) Taktyka sprawdzona wielokrotnie, zawsze działa.

Zwiedzanie zaczynamy od Kumari Ghar. Kumari jest żywym wcieleniem bogini Taleju. Od czasu do czasu pojawia się w oknie w asyście swoich strażników, aby zobaczyć i być podziwianą przez poddanych. Jakiś czas temu oglądałam w telewizji program o życiu Kumari, bardzo mnie zainteresował. Kumari może zostać dziewczynka w wieku od 4 lat do 5 lat, musi spełniać wiele kryteriów np. 32 kryteria fizyczne i psychiczne (m.in. kolor oczu, kolor zębów, brak skaz na ciele, tembr głosu…), odpowiedni horoskop, przetrwać bez płaczu próbę strachu… Dziewczynka która zostaje Kumari pełni swoja rolę do momentu dojrzewania lub większej utraty krwi. Kumari wychodzi ze swojego małego, fortu tylko z okazji kilku świąt. Jest noszona w lektyce, odziana w drogie szaty. Istnieje legenda, że poślubienie Kumari przynosi pecha, jednak to chyba tylko legenda bo wiele poprzednich Kumari wyszło za mąż i nic złego się nie stało. Kupiłam sobie książkę o losach Kumari, która pełniła tę rolę w latach 1984-91, obecnie Rashmila Shakya pracuje w międzynarodowej firmie jako software developer i prowadzi normalne życie (o ile po takich doświadczeniach życie może być normalne). Oglądamy dom Kumari z zewnątrz, zerkamy w okna, niestety dziewczyna się nie pojawia. Wchodzimy do środka domu, na dziedziniec i jesteśmy urzeczeni, misternie rzeźbione ściany, okna, drzwi robią niesamowite wrażenie. Tu mieszka bogini – to się czuje…

Okno Kumari



W domu Kumari dopada nas po raz drugi samowolny przewodnik i oferuje swoje usługi, jest dość natrętny w końcu Fil składa mu propozycje, że za 1000 rupii to on mu opowie o życiu Kumarii, bo właśnie przeczytał książkę. Co prawda, przeczytał okładkę, ale było na niej dość dużo informacji. Gość nareszcie się odczepia, a my spokojnie udajemy się dalej.

Kasthamandap - lokalna legenda głosi, że ta świątynia powstała w XII wieku, a jej 3-stopniowy dach zbudowany jest z jednego drzewa (Fil od razu mówi, że to nie możliwe ;-) Na każdym rogu świątyni znajduje się wizerunek Ganesh’a. Przed wejściem siedzi dość duża kolejka żebraków, ale są w miarę spokojni, nie przeszkadzają. Można zapalić świeczkę, pomodlić się, a w środku zostać pobłogosławionym. Oczywiście jak to w Nepalu, można również kupić ogórki, zieleninę i paprykę.



Zaraz obok znajduje się Sillian Sattal ogromny, 3 piętrowy dom jest świątynią Hare Kriszny. Legenda głosi, że został zbudowany z drewna, które zostało po budowie Kasthamandap. Na parterze, w każdej możliwej dziurze toczy się handel. Miski, wiaderka, gliniane naczynia, słodycze, owoce, warzywa…

Postanawiamy trochę odpocząć i siadamy na schodach świątyni poświęconej Vishnu – Trailokya Mohan Narayan. Podglądamy codzienne życie placu, śpieszący się kierowcy rikszy, małe taksówki, krowy, sprzedawcy słodkiej waty, naciągacze, kobiety w sari, wojsko etc. – wszyscy gdzieś podążają, każdy w innym kierunku ale nie ma kolizji, może dlatego że wszyscy trąbią, dzwonią i krzyczą w tym samym czasie. Podglądanie życia toczącego się na ulicy to moje ulubione zajęcie w trakcie podróży. Przed świątynią znajduje się pomnik bóstwa Garud. Z naszego miejsca widać również świątynię Shiva-Parvatil w oknie na pierwszym piętrze widać dwie figurki bóstw.





Następy przystanek to wizyta na schodach Maju Deval, nie zabawiamy jednak długo bo zaczyna już świecić mocniej słońce. Maju Deval jest poświęcona Shivie, jest to jedno z bardziej polarnych miejsc spotkań ludzi i… nadlatujących gołębi. Podobno wewnątrz świątyni jest wiele fallicznych symboli, niestety drzwi są mocno zamknięte, a przez okna nic nie widać.

Kwiaty dla bogów



Postanawiamy obejść jeszcze trzy miejsca zanim schowamy się przed słońcem w muzeum. Oglądamy świątynię Jagannath (warto zapamiętać tą nazwę ;-), Indrapur oraz kolumnę króla Pratab’a. Po dość długiej sesji (owoce sesji na końcu notki), zmęczeni upałem chronimy się w Tribhuvan Museum.









Tribhuvan Museum zasługuje na osobny paragraf. Niby nic fascynującego bo muzeum jest w zdecydowanej większości poświęcone królowi Tribhuvan’owi, ale warto tam wejść aby… się pośmiać. Zaczyna się całkiem dobrze: śpioszki króla, kaftaniki, małe ubranka… Dalej jest łóżko, biurko, ubrania z koronacji, garnitur w który król był ubrany dnie tego i owego, jego laski do chodzenia oraz ulubiony ptaszek w klatce – w wersji wypchanej (!) upiera się Fil, a dla mnie w wersji zasuszonej ;-) Tak przez kolejnych kilkanaście pokoi, komnat i korytarzy. Po muzeum króla Tribhuvana, znajduje się muzeum poświęcone królowi Mahendrze… Szybkim krokiem przechodzimy przez dzieciństwo, okres dojrzewania, edukację, ulubione książki i sprzęty grające, kostium spadochroniarza, resztki w tortu urodzinowego… Mamy wrażenie, że to się nigdy nie skończy ;-) Szczęśliwie docieramy do końca, spragnieni wody, udajemy się na południowa przerwę do hotelu.

Przechodzimy jeszcze obok kamiennej inskrypcji w 15 językach, która powstała z inicjatywy króla Pratap Malla (podobno miał bardzo dobrą głowę do nauki języków). Na kamieniu podobno jest jedno słowo po francusku – nie znalazłam ale tez nie znam francuskiego ;-) Legenda głosi, że z tablicy popłynie mleko, jeśli ktoś będzie w stanie rozszyfrować napisy we wszystkich 15 językach.

To był naprawdę pracowity poranek, popołudnie nie było spokojniejsze.

Po naładowaniu baterii, tych w aparacie i ciele ;-) Ruszamy ponownie na Durbab Sq. Zaczynamy od obejścia świątyni Taleju. najwyższa i największa na całym placu. Nie jest otwarta (co dziwne, nawet dla Hindusów). Na zachodniej stronie muru znajduje się drzewo Tree Shrine, które wrosło w mały wykusz i wygląda jak wyjęte z Agkor Wat w Kambodży. Pod drzewem siedzi dwóch Sadkhu…







Przechodzimy na północną część placu, ostatnia świątynia do zobaczenia to Mahendreswor, podobno najbardziej sławna w całej dolinie. Nie widzę aby ktoś się nią szczególnie interesował, świątynia jak świątynia. Kupujemy kolejnego mango slice’a i postanawiamy jeszcze trochę poszwę dać się po placu. Podchodzimy m.in. do pomnika Kala Bhairab – groźne wcielenie Shivy, jeśli ktoś skłamie w tym miejscu ściągnie na siebie śmierć…



Plac jest pełen zakamarków, pomników, świątyń trudno wszystko uchwycić w jeden dzień. Postanawiamy zobaczyć jeszcze ulicę Freak’ów, która odchodzi od placu, a później udać się w inną część miasta. Freak Street była w latach ’60 mekka hippisów, hasysz, pokoje za 3 rupie, dźwięki Morrisona i Joplin… niestety dziś to zwykła ulica z mrocznymi guest housami i kilkoma rockowymi knajpami. W sumie minęło ponad 50 lat od czasów jej świetności. Myślę, że dzisiejszą mekka jest Thamel – mnóstwo klubów, alkohol, na każdym rogu proponują haszysz i inne używki, muzyka na żywo (czego doświadczam przez ścianę pisząc te słowa ;-) Fil mówi, że proponowali mu jeszcze inne rzeczy ale nie za bardzo chce się przyznać jakie…

Następny przystanek to Swayambhunath – świątynia położona zaraz pod miastem na wzgórzu. Wspinamy się po schodach, a wokół nas biegają małpy (!) Jakoś nie mam do nich zaufania, nie wiem czy mi czegoś nie zwiną, nie drapną. Nie zaprzyjaźniam się z nimi, już wolę leniwe nepalskie psy. Świątynia jest magiczna… W centrum znajduje się stupa, na której namalowane są oczy – symbol jedności, z trzecim okiem pośrodku – symbol wejrzenia Buddy. Wierzący okrążają stupę mówiąc mantrę Om mani padme hum czyli Bądź pozdrowiony, klejnocie w kwiecie lotosu. Obok stupy znajduje się taras widokowy – panorama Khatmandu.

















Na deser kilka zdjęć ze świątyń znajdujących się na Durbar Sq. czyli jak TO robiono w czasach bogów :-)