30.11.2010 - Wietnam, Hoi An

0

Leniwy dzień... Przepyszne śniadanie w Cargo Cafe, przepyszne i przewielkie. Po śniadaniu wypożyczamy rowery i jedziemy na plażę. Spotykamy polskiego surfera i łapiemy pierwszą, brązową opaleniznę :) Szwędamy się po plaży, a wieczorem po mieście. Trafiamy do Now and Before Cafe, zamawiamy drinki, leci Metallica, a później The Doors "Come on baby light my fire". Chwilo trwaj wiecznie.

Jutro w nocy jedziemy do Mui Ne, ponad 800 km od miejsca w którym jesteśmy obecnie. Mui Ne leży niżej niż BKK więc powinno być gorąco i mocno słonecznie.







29.11.2010 – Wietnam, Hoi An

0

Hue – Hoi An,

Schodzimy na śniadanie o 8, o 8:30 mamy autobus do Hoi An, ale o której będzie nie wiadomo, w końcu jesteśmy w Azji. Zasiadamy i zamawiamy set śniadaniowy, dzień leniwie zaczyna płynąć, o 8:15 pojawia się Wietnamka z naszymi smażonymi jajkami i ciepłą bagietkę, wcinamy ze smakiem, czekamy jeszcze na placki z ananasem i czekoladą… Powoli pijemy sok i herbatę. Cudnie rozpoczęty dzień psuje wyskakujący jak królik z kapelusza Wietnamczyk z tekstem „Hoi An, Caramel?”, mówię „Yes, Hoi An”, „Bus waiting, bus waiting!”. Biorę ostatni łyk herbaty, Fil biegnie do kuchni zapłacić za śniadanie, urocza Wietnamka ściąga placki z patelni i wsadza do woreczka, polewa wszystko czekoladą… Wyrwani z poranka biegniemy do autobusu, pakujemy plecaki i bierzemy oddech. Dopiero teraz możemy zjeść spokojnie nasze placki…

Drogi w Wietnamie są podobne do naszych, wąskie, dziurawe (choć mniej niż u nas), zatłoczone. W autobusie nie działa kilka rzeczy np. prędkościomierz, licznik kilometrów, światła… Na mój gust brakuje jeszcze kilku dość istotnych rzeczy ale najważniejsze, że jedziemy (i to przed czasem). Kierowca cały czas trąbi, wierci się i zagląda to w prawo to w lewo, na pewno szuka lewego dochodu w postaci wszędobylskich Wietnamczyków ale ma pecha. Nie znajduje nikogo kto chciałby jechać do Hoi An. Przebijamy się prze miasto do autostrady, myślę sobie – hurra pojedziemy szybciej i wreszcie przestanie trąbić. Nic z tego, autostrada nie różni się niczym od zwykłej drogi, pełno dzieci, pełno skuterów, rowerów, sprzedawców bananów i batatów… Po dłużej chwili wjeżdżamy w góry, nie jakieś wysokie, takie nasze Pieniny czy Bieszczady, droga robi się naprawdę wąska, naszemu kierowcy nie przeszkadza to jednak wyprzedzać na trzeciego na zakręcie, zerkam w dół, niezłych kilkanaście metrów… Ciężarówka z naprzeciwka też nie stanowi problemu, wystarczy tylko długo i intensywnie trąbić – i tyle. Ruch drogowy w Wietnamie zadziwia mnie każdego dnia.

Docieramy do Hoi An. Wysadzają nas przed hotelem Sunflower (!!!), w tempie expressowym zwiewamy przed siebie. Nigdy więcej Sunflower, ta nazwa jest już dla nas spalona. Dobytek na plecy i wyruszamy przez Hoi An. Jedna ulica, druga ulica i nic. Nie ma hosteli albo bardzo drogie, do niektórych nawet nie decydujemy się wejść i zapytać o cenę ;) Idziemy dalej i dalej… Zaczynam opadać z sił, plecak wbija się w ramiona, pot płynie po plecach i tyłku. Zachowuje dobry humor, grunt to znaleźć odpowiednie porównanie, mówię sobie na głos, że mogłabym iść z tym plecakiem przez Połoninę Caryńska w Bieszczadach – byłoby zimno, lał by deszcz i jeszcze pod górę… Poza tym Mama zawsze w górach powtarzała „Helikopter po Ciebie nie przyleci”, więc zasuwam do przodu. Kolejne skrzyżowanie i dochodzimy do miejsca polecanego przez Lonely Planet, fajny hotel ale trochę drogo, jest też drugi, a do trzeciego zaprowadza nas Wietnamczyk. Na skrzyżowaniu spotykamy Hansa, przybijamy piątkę – jak dobrze zobaczyć znajomą twarz! Wybieramy nocleg i zaczynam walkę o ciepłą wodę, pokój kosztuje 10 dolarów więc ciepła woda należy się jak psu buda. Obsługa po chwili konsternacji wsadza wykałaczkę do termy i… ciepła woda pojawia się w kranie. Oby wykałaczka wytrzymała kolejne dwa dni.

Wychodzimy na miast, jemy lunch i negocjujemy zakupy u krawca. Zamawiamy 5 koszul szytych na miarę, nieśmiało powiem, że wynegocjowałam całościową cenę 70 dolarów. Ni Nu nie była zadowolona ale albo szyje, albo idziemy do innej Ni Nu (a jest ich tu miliony).

Postanawiamy chwile odpocząć w pokoju, Filowi udaje się uruchomić jednocześnie lodówkę i telewizor – to naprawdę wielkie osiągnięcie. Możemy oglądać Discovery i chłodzić drinki! Hurra! Wieczorem wychodzimy na miasto podobno wszędzie palą się lampiony i jest bardzo romantycznie…





28.11.2010 - Wietnam, Hue

0

Docieramy do Hue. Jak zwykle wysiadamy z autobusu i nie wiemy gdzie jesteśmy, nikt nie kwapi się aby pokazać na mapie gdzie aktualnie stoimy. Jeden Wietnamczyk pokazuje, że nas podwiezie do swojego hotelu za friko, a jak nam się nie spodoba to możemy spadać. Ok, przynajmniej będziemy wiedzieli gdzie jesteśmy. Podstawowa backpackerska zasada brzmi: nigdy nie akceptuj pierwszej oferty. Oczywiście rezygnujemy, zaznaczamy na mapie gdzie jesteśmy i ruszamy szukać noclegu. Zaczyna padać, w Hue jest chyba 30 stopni, bardzo duża wilgotność więc deszcz nie robi różnicy.

Po kilkunastu minutach chodzenia mamy nareszcie hotel, pokój 8 dolarów. Bierzemy pierwszy od dwóch dni prysznic. Szybko jemy śniadanie i dogadujemy się z Wietnamczykiem na motorową wycieczkę po okolicy. Mój Wietnamczyk jeździ bardzo ostrożnie, omija dziury, nie wjeżdża w kałuże, choć czasem jedzie pod prąd, wyprzedza na skrzyżowaniu czy zawraca na rondzie. Pierwszy przystanek to grobowiec Kha Dinh. Sceptycznie podchodziłam do grobowców. Pewnie kopiec z wieżą, kadzidła i kwiaty. Nic z tego, grobowiec znajduje się na ogromnym terenie, mnóstwo budowli, zanim wdrapiemy się do właściwego miejsca zejdzie pół godziny. Grobowce były budowane przez zwolenników króla, miały służyć upamiętnianiu i zbieraniu pamiątek (coś jak Graceland). Zaczyna padać, najpierw mży, potem leje. Siedzimy w grobowcu, razem z japońska wycieczką i czekamy aż przestanie. Nagle w drzwiach pojawia się nasz Wietnamczyk z pelerynami i zachęca do dalszej jazdy. Zakładam worek foliowy i siadam na motorek. Jedziemy kilka minut i przestaje padać, wszystko schnie błyskawicznie.

Dojeżdżamy do kolejnego grobowca Tu Duc. Jest jeszcze większy niż poprzedni. Pełno ogromnych magnolii, tysiące krzaków magnolii, musi być pięknie na wiosnę. Łazimy i łazimy, a końca nie widać. Dochodzimy do wniosku, że strażnik w grobowcu ma pasjonująca pracę – śpi, słucha radia lub wychodzi na spacer. Generalnie w Wietnamie jest bardzo niskie bezrobocie – ok. 2 %, tutaj naprawdę trzeba się mocno starać aby nie mieć pracy. Przykład: wjazd na autostradę, jedna osoba zabiera pieniądzeb, druga daje bilet, trzecia otwiera wjazd… Wejście do muzeum, jedna osoba odbiera pieniądze, druga wydaje bilet, trzecia sprawdza bilet… i tak na każdym kroku.

Po grobowcach udajemy się do Pagody Thien Mu. Z góry rozciąga się piękny widok na okolice: wzniesienia, lasy, Perfumowa Rzeka, miasto. W 1963 roku z tej pagody wyruszył samochodem do Sajgonu mnich Thich Quang Duc aby dokonać samospalenia w proteście przeciwko amerykańskiej ingerencji w Wietnamie. W pagodzie do dnia dzisiejszego jest prowadzony klasztor, można również zobaczyć niebieski samochód Thich. Jedziemy jeszcze zobaczyć cytadelę i powiewającą nad nią wielką, czerwoną flagę z żółtą gwiazdą.

Wieczór spędzamy w słynnej knajpce DMZ (Demilitarised Zone), wszystkie ściany są pokryte podpisany backpackersów, wolne od podpisów są tylko płytki w łazience, które jak głosi napis są „codziennie sprzątane”. Zamawiamy zimne piwo i jedzenie… Chwilo trwaj! Z głośników leci na maxa Darkness - I Believe In A Thing Called Love.











27.11.2011 – Wietnam, Hanoi

0

"Śpiewamy bluesa bo czwarta nad ranem
Tak cicho by nie zbudzić sąsiadów
Czajnik z gwizdkiem świruje na gazie
Myślał by kto że rodem z Manhattanu
(...)
Już piąta"

4 rano w Hanoi. Idziemy przez puste miasto, nie ma nikogo na ulicach, nie ma rosołu PHO w wielkich garach, nie ma małych krzesełek… Są za to głodne psy, dwa biegną w naszym kierunku (nie wiem czy się bawią, czy przygotowują do ataku), Fil bierze zamach i chce trafić w skaczącego psa, ale mu nie wychodzi i trafia we mnie. Za dwa dni na moim ramieniu pojawi się fioletowa śliwka. Psy biegną sobie dalej wesoło szczekając…

4 rano w Hanoi. Idziemy dalej przez puste miasto, dochodzimy do jeziora, zwijam się w kłębek na betonowej ławce i próbuję zasnąć. Latarnie dają po oczach, kręgosłup buntuje się bo zimno i twardo, a od wody wieje chłodem… Mimo wszystko cieszę, się że pociąg już za nami, teraz cały dzień w Hanoi, a noc w autobusie do Hue. Robi się jasno, ktoś nas zaczepia i pyta czy my z pociągu Sapa? Tak, my z pociągu Sapa. Do parku na jeziorem zaczynają się schodzi ludzie, biegają w kółko, naciągają mięśnie, robią brzuszki. Rozpoczyna się lekcja tai-chi, starsze panie z magnetofonem instalują się koło naszej ławki i zaczynają wymachiwać rękami. Super, z chęcią bym dołączyła gdybym tylko miała silę wstać. Za nami rozciąga mięśnie staruszek – patrząc na jego kondycję myślę, że to nauczyciel Karate Kid’a, pozazdrościć.

Dochodzi 7, idziemy szukać kafejki ze śniadaniem. Jemy i ustalamy plan, najpierw ruszamy do Mauzoleum Ho Chi Ming, potem zobaczymy gdzie nas poniesie… Do mauzoleum jedziemy rikszą, przed nami długa kolejka. W kolejce dochodzę do wniosku, że mogą mnie nie wpuścić, bo mam brudne spodnie, wielki kołtun na głowie i sandały na nogach. Na szczęście przechodzę weryfikację, na bramie musimy zostawić aparaty, banany, mandarynki, wodę, latarkę i nóż (!). Po czym odpowiednie służby kierują nas do kolejnej kolejki. Co 10 metrów stoi uzbrojony żołnierz, wszędzie pełno ochrony i kierujących ruchem. Mówimy, że chcemy w prawo, ale kierują nas do kolejki w lewo. Wszyscy śmiertelnie poważni, więc grzecznie czekamy. Po chwili strażnik formuje z nasz pary i w równych odstępach maszerujemy przez plac defilad, co chwile ktoś jest upominamy za śmichy-chichy i rozmowy. Im bliżej wejścia tym większa powaga. Orientujemy się, że idziemy prosto do mauzoleum. Czyżby zwłoki wujka Ho wróciły z odświeżania w Rosji? Po zagęszczeniu wojska czuję, że dostąpimy zaszczytu pokłonienia się Wielkiemu Socjaliście. Wchodzimy do środka, zero rozmów, wszyscy karnie i równiutko, podążają jak na wojskowej paradzie, Fil zostaje upomniany bo trzyma ręce z tyłu (a ręce maja być wzdłuż szwów na spodniach), szybko się poprawia. Widzimy zabalsamowanego Ho, leży spokojnie, podświetlony na pomarańczowo w czarnym garniturze. Ostatnią wolą Ho było aby po śmierci jego ciało skremować, a prochy rozsypać nad ukochanym krajem…

Wychodzimy z mauzoleum i zwiedzamy dom letni Ho, garaż Ho, park Ho. Nieziemskie tłumy, ludzie z całego Wietnamu i okolic, wszyscy się pchają i pstrykają fotki. Po zaliczeniu większości atrakcji związanych z Ho, zmykamy zobaczyć Pagodę na jednej kolumnie, a później udajemy się do Świątyni Literatury. Jest tu pełno młodych Wietnamek, które ukończyły właśnie szkołę i robią sobie zdjęcia w odświętnych strojach, Fil zamiast oglądać świątynie zerka na młode panny…

Lunch, łażenie po mieście. Rano kupiliśmy open ticket z Hanoi do Sajgonu, więc grzecznie czekamy na przyjazd autobusu, który zawiezie nas do Hue. W ramach ukulturalniania idziemy popołudniu do sławnego teatru lalek na wodzie. Biletów oczywiście nie ma, ale udaje nam się dogadać z Wietnamczykiem, który przyszedł jakieś oddać. Scena, muzyka, wszystko po wietnamsku, jest ciepło i przytulnie, odpływam na chwilę… Budzie mnie chrapania siedzącej obok Japonki.

Wychodzimy na miasto. Jestem potwornie zmęczona, mam wypieki na twarzy, kręci mi się w głowie, mam ochotę zabić każdego Wietnamczyka, który używa klaksonu i zachęca mnie do czegoś (kupowanie, oglądanie, wejście, zobaczenie). Padam.

Autobus nocny w wersji soft sleeper, bardzo mnie rozczarowuje, moja (wywalczona) miejscówka jest cholernie twarda i mała. Nie wiem jak się ułożyć. Po chwili jednak wszystko przestaje być ważne bo nadchodzi upragniony sen. Gdyby tylko za 40 minut nie obudził mnie wrzask „Pho, meal…”. Tak będzie jeszcze kilka razy w nocy, oprócz tego w przejściach na podłodze położą się tubylcy. W środku nocy dochodzę również do wniosku, że moja hmońska torba (która do tej pory mi śmierdziała) ma najwspanialszy zapach na świecie. Do Hue docieramy po 9 rano.

PS. Zmęczenie fizyczne pozwala mi zresetować psychikę.










Wielosmakowe smary do silnika



25-26.11.2011 – Wietnam, Sapa

0

Sapa - Lao Cai - Hanoi

Jesteśmy w Lao Cai o 4:50, zimno, ciemno i leje. Jak tu znaleźć autobus do Sapa? Zanim zaczęłam się martwić, do kabiny wsadził głowę Wietnamczyk „Sapa, Sapa?”. Problem transportu z głowy. Wietnamczyk daje mi parasolkę i znika w tłumie, niedospana, ledwo za nim nadążam. W tym samym busie siedzą Yiuan i Huan, czyli nie trafiliśmy źle. Podróż do Sapa trwa godzinę, nie widać nic i leje.

Docieramy do miasta, dochodzi 6 rano. Pierwszy hotel do kitu, drugi hotel do kitu, trzeciego nawet nie sprawdzamy, skoro Yian i Huan nie chcą w nim zostać to my tym bardziej. Wietnamczyk zgadza się podrzucić nas za friko do centrum. „Centrum” okazuje się na szczycie góry, hotel rekomendowany przez travelfish’a, oglądamy pokoje i negocjujemy cenę. Po nocach w hotelu Sunflower 2, na dżonce i w pociągu - wybieramy sekcję VIP. Od razu widać, że ta część jest lepsza, naszą połowę korytarza przykrywa dywan ! Pokój jest naprawdę ładny, jest gorąca woda ! Niestety z powodu mgły nie widać pięknych pól ryżowych, generalnie widoczność kończy się na barierce balkonu. Czas na godzinną drzemkę.

Wychodzimy na miasto, trzeba zorientować się w terenie. Bardzo blisko nas znajduje się kafejka „Bagietka i czekolada”, jest to miejsce gdzie młodzi ludzie z lekkim upośledzeniem obsługują turystów zdobywając zawód kelnera, kucharza… Jedzenie jest naprawdę pyszne, a obsługa przemiła, przyjdziemy tam jeszcze kilka razy. Na śniadanie zjadam wielką bagietkę zapiekaną z bekonem, ziemniakami, cebula i białym sosem. PYCHA! Fil zjada kanapkę.

Miasto Sapa jest rzeczywiście małe, można przejść tam i powrotem na piechotę. Pełno małych kafejek, sklepików z podrabianą górska odzieżą, dziewczyn z plemion, targów… Zaczepiają nas dziewczyny z plemienia H’mongów, są jak pchełki, skaczą i namawiają do zakupów… To co łączy wszystkie kobiety na świecie to właśnie zakupu. Fil kupuje coś dziwnego, nawet nie wiem jak to nazwać. Ja od kolejnej dziewczyny kupię torbę, ale to osobna historia…

Zaczepia nasz dziewczyna z plemienia H’mong, leje, wieje, ja w plastikowej pelerynie prawie nic nie widzę, ale ona usilnie namawia do zakupów. Widzę, że na plecach niesie koszyk z malutkim dzieckiem, nie oferuje nic ciekawego, ale… ma bardzo fajną torbę w której trzyma swoje rzeczy. Pytam czy na sprzedaż, choć z góry wiem, że odpowiedź będzie pozytywna. Dziewczyna przepakowuje swoje rzeczy i dalej się targujemy, ustalam cenę na 35 000 dongów (czyli około 5 złotych), niestety nie mamy drobnych. Dajemy 40 000 dongów i nie chcę już reszty, Możliwe, że małe dziecko to tylko chwyt marketingowy, ale nie miałam już sumienia wołać o resztę… Tak nabyłam swoją pierwszą w życiu hmońską, używaną torbę. „Pachnie” intensywnie… Może da się to wyprać w domu? Od dziś ja noszę w niej swój dobytek (profilaktycznie niektóre rzeczy w woreczkach foliowych).

Z widoków nici, jemy street fooda, potem siedzimy w małej knajpce. Wieczorem przychodzimy do hotelu, zjadam kurczaka w sosie pomarańczowym (który rano był chrupiący, potem w panierce kokosowej, a wieczorem skończył w sosie). Schodzę na recepcję i usiłuje się połączyć z internetem, na recepcji obsługa i ich znajomi oglądają wietnamska telenowelę, śmiechu, a śmiechu… Niestety mnie to nie śmieszy, wieje prze otwarte drzwi, a jeden Wietnamczyk rozkłada sobie na łóżku kolo mojego fotela, grzaną matę… Sprawdza czy ciepła i wygodnie się kokosi. Stopy mi zamarzają, mam ochotę zwinąć matę do pokoju. Wracam do łóżka, nici z netu, w TV leci Sędzia Dred po wietnamsku… Zasypiam.

Rano (w piątek 26.11.2010) budzi mnie ból pleców. Czy w całym Wietnamie nie ma wygodnego, miękkiego łóżka? Przydałby się masażysta. Szybki prysznic, śniadanie w „Bagietce i czekoladzie” i… postanawiamy pożyczyć motor (3 dolary). Nie zachwyca mnie ten pomysł ale opcja zobaczenia pól ryżowych zwycięża. Wierzymy, że jak zjedziemy poniżej Sapa, nie będzie chmur i mgły. Fil jest zachwycony opcją podróżowania motorem, wybiera manualną skrzynię biegów i po chwili mam przepiękny kask na głowie i zaczynamy podróż. ( o obowiązkowych kaskach to Fil zapewne napisałby całą encyklikę tak jest nimi zafascynowany – w sumie eleganckie panie mają naprawdę twarzowe kaski)

Cel: wioska Ta Phin zamieszkała jednocześnie przez plemiona H’Mong i Red Dzao (po dwóch róznych stronach góry). Jedziemy przez miasto, tankujemy, nawet nieźle idzie. Zaczyna mżyć, myślę sobie - to dobrze działa na cerę. Mży i mży, nie musze nawilżać soczewek, po twarzy spływają krople, potem większe i większe… Widoki kiepskie, ślisko, błocko… Skręcamy na trasę do wioski, jedziemy w górę i w dół, w górę i dół, zjeżdżamy poniżej linii chmur i hurrraaaa widać pola ryżowe! Robimy zdjęcia. Kałuże i dziury punktowane są najwyżej więc zaliczamy większość po drodze. Dojeżdżamy wioski, pełno śmieci. Wrażenie robi na mnie sklep z mięsem, mięso sobie leży na brudnych stołach i panie swoimi brudnymi rękami odcinają kawałek i podają do kolejnej brudnej ręki. W sumie jak się upiecze to się zdezynfekuje. Zaczyna lać. Postanawiamy wracać do domu, mam mokre spodnie, buty, skarpetki z błotem, mokre włosy, twarz, ręce… najgorsze jest to, że nie czuje kolan. Zamarzły. Od pasa w dół przemokłam. Jedziemy, jedziemy nagle przestaje padać! Pasą się dzikie, wietnamskie prosiaki, widać pięknie pola ryżowe. Cud! Robimy zdjęcia i wracamy do Sapa. W mieście spotykamy naszych znajomych Kanadyjczyków! Za dwa dni jada do Hue, może znowu ich spotkamy?

Wieczorem pakujemy się do busa i jedziemy do Lao Cai, o 7:30 mamy nocny pociąg do Hanoi. W Hanoi będziemy o 4 rano. Ciekawe co można robić w Hanoi o 4 rano? Już jutro się dowiem.

Dziś w celi śpimy z Izraelką po służbie wojskowej ale jeszcze przed studiami i Wietnamczykiem. Izraelka to bardzo fajna dziewczyna, mówi dobrze po angielsku pracuje jako nauczycielka hebrajskiego i miło się z nią rozmawia. Gdyby tylko nie pytała co tak dziwnie pachnie... Bardzo możliwe, że to moja hmońska torba. Profilaktycznie wsadzam ją pod łóżko.

***

Relacja na bieżąco z pociągowej celi, Wietnamczyk - nazwijmy go Yen kupuje 2 piwa i chce się napić z Filem. Fil się opiera (jakby nie było dla zdrowia pijemy colę zabajoną wódką) ale za bardzo nie ma jak się wymówić (Yen śpi nade mną i usilnie zabiega o uwagę Fila). Yen po angielsku potrafi powiedzieć - ok, are you from?, yes, no, baby i chyba na tym kończy się jego zasób angielskich słów. Zanim Fil dowie się ile Yen ma lat mija dobrych kilka minut, potem dochodzi do rodziny… Yen jest bardzo nastawiony na rozmowę, pokazuje nam swoje dzieci, potem pokazuje fałszywe dongi. Ciekawe o co mu chodzi? Fil się zastanawia, czy nie poczęstować nowego kolego kabanosem (jak Fil zachomikował kabanosy do dziś?). Yen się opiera i wybiera banana, pewnie nigdy w życiu nie jadł kabanosa. Fil jest również nastawiony na rozmowę, rysuje Yenowi stadion X-lecia, tłumaczy, że jest tam wielu Wietnamczyków - „many, many Vietnam people” wymachuje przy tym rękami i ładnie artykułuje każde słowo. Po kolejnych minutach rozmowy okazuje się, że Yen ma na imię Han. Póki co na tym się kończy… Byle do rana.







25.11.2011 - Wietnam, Sapa

1

Sapa i moje piękne, niewidoczne pola ryżowe...




Hotel widmo, nasz pokój znajduje się na końcu. Mamy panoramiczny widok na pola ryżowe :) Jak na załączonych zdjęciach.











Dziewczyny z plemienia H'mongów, udało nam się dojść do porozumienia w kwestii zakupów. Dziewczyny są wszędzie, obskakują każdego kto może coś od nich kupić, ksywa bojowa "Pchełki".





Obiad... Do tego obowiązkowo piwo Tiger.





24.11.2010 – Wietnam, Hanoi

0

Halong Bay - Hanoi – Lao Cai - Sapa

Leżę w pociągu do Lao Cai. Nad Filem leży Yian, 22-letnia świeża mężatka, nad mną leży jej świeży mąż Huan, są w podróży poślubnej. Razem spędzimy najbliższe 10 godzin, zapowiada się ciekawie… Może nauczę się coś po wietnamsku ;-) W Lao Cai będziemy o 5 rano, potem czeka nas poszukiwanie busa i droga do Sapa. Uwielbiam jeździć lokalnymi środkami transportu! Pociąg nocny to najlepsza opcja podróżowania po Azji, śpisz i jednocześnie jedziesz, coś co backpackersi lubią najbardziej.
Wracając do dzisiejszego dnia, zaczął się przed 6 rano waleniem w drzwi kajuty i wrzaskiem „Do you kayaking?”, odmruknęłam „No” naciągając koc na głowę… „Do you kayaking?” ponowny wrzask nabrał mocy, krzyknęłam „No!” – jednocześnie budząc Fila, który wyskoczył z łóżka i z radością oznajmił „Yes, kayaking”. Kajakowanie o 6 rano nie sprawia mi radości, Fil popłynął z Hansem, a ja wzięłam zimny prysznic nucąc pod nosem - zimnaaaa woda zdrowia doda!

Cale przedpołudnie pływaliśmy dżonką po Halong Bay, cudnie, cudnie, cudnie. Odwiedziliśmy pływającą wioskę, wybraliśmy się na mała przejażdżkę łodzią, generalnie odpoczywaliśmy. Francuzi z którymi trzymaliśmy sztamę okazali się Kanadyjczykami z francuskojęzycznej części Kanady, razem z Chilijczykami o mało nie rozkręciliśmy passport party, a z Hansem można było pogadać, bo mimo 55 lat był naprawdę młody duchem.

Jeszcze tylko lunch i droga powrotna do Hanoi. W Hanoi było mi trochę żal, że każde z nas idzie w swoją stronę. Prawie wszyscy, których do tej pory poznałam mieli przerwę w karierze, bardzo żałuję, że nie zrobiłam sobie rocznej przerwy po studiach. Po kilku miesiącach podróży byłabym na pewno mądrzejsza i inaczej spoglądała na świat.

Na kolacje grzeszymy. Grzech rozpusty w pełnym wydaniu, kurczak, bagietka z czosnkiem i masłem, kaczka, ryż, frytki, sos pomidorowy, sajgonki i mus czekoladowy z zieloną wisienką, do tego pół litra piwa i ledwo wstaję. Idziemy z plecakami przez Hanoi, w przydrożnym sklepie widzę Żubrówkę , wszędzie pełno małych krzesełek i ludzi zajadających PHO, palą dziwne fajki, unosi się zapach gotowanych warzyw, wymieszany ze smażona rybą, wszędzie pełno skuterów i motorków, każdy trąbi i zachwala swoje produkty… Wietnamski zawrót głowy. Docieramy na stację, szukamy peronu nr 9, wsiadamy do pociągu i cieszymy się ciszą oraz faktem, że łóżka są wygodne. Za chwilę nad nas wdrapią się Yian i Huan…

Dochodzi 21. Dziś prawie nie spałam bo sprężyny z lóżka na statku wbijały mi się w plecy, za to jutro udaje się na obowiązkowy masaż. Koniec atrakcji na dziś.
Dobranoc.















23.11.2010 – Wietnam, Halong Bay, Cat Ba

1

To jest dzień w którym opuszczamy hotel Sunflower 2 (od północy nie mogła doczekać się tego wydarzenia), w planie trekking, bujanie po zatoce i noc na łódce. Dzień zaczyna się tak jak zwykle, czekamy na autobus do parku. Przed czekaniem następuje śniadanie mistrza Małysza, na które składa się bułka z bananem. W trakcie czekania następuje międzynarodowa integracja, trzymamy się z Chilijczykami, Francuzami i Hansem. Wspólnie tworzymy front na rzecz oddania naszych paszportów, póki co bezskutecznie. Przyjeżdża w końcu autobus, który po chwili zmieniamy na drugi, docieramy do Cat Ba National Park.

Hans pomyka w sandałach, w plecaku niesie buty do trekkingu, w końcu żaden Wietnamczyk nie powiedział jakie buty ubrać. Profilaktycznie ubieram pomarańczowe adidasy (cale i widać z daleka). Zaczyna się betonowa droga, śmiejemy się, że wszystko przygotowane pod turystów. Po chwili przestaje być już tak śmiesznie, zaczynają się schody. Duże, kamienne schody, brakuje tchu, a serce chce wyskoczyć na zewnątrz. Jeszcze tylko 20, jeszcze tylko 10… Widać koniec schodów i spokojną ścieżkę. Oddychamy z ulgą, że to koniec męczarni. Po 5 minut i szybko orientuję się czym w praktyce różnią się słowa trekking a climbing. Hans wyciąga profesjonalne buty chroniące kostkę, a ja zaczynam się wspinać na czworaka (tyłek wyżej niż głowa, ręce na skały…). Fil mówi, że do climbingu potrzebne są raki, czekan, uprząż i karabinek, ja zostaje przy swoim. Wdrapałam się na górę i… widok powalił mnie z nóg. Jeden z piękniejszych widoków jakie widziałam w swoim życiu, warto było się męczyć. W drodze na dół mijamy dziewczynę w japonkach, zastanawiamy się jak wejdzie na górę?

Góra nie była taka wysoka 225 m., ale podejście mordercze. Na dole znów rozpoczyna się czekanie. Na początku nie wiemy na co czekamy, potem idziemy kawałek i okazuje się, że nie ma naszego autobusu więc tradycyjnie rozpoczynamy kolejne czekanie… Docieramy do Sunflower 2, jemy lunch i uciekamy na miasto (zimne piwo Tiger i naleśnik z bananem to jest to), po 2 godzinach wracamy i pakujemy się do kolejnego autobusu – jedziemy przez całą wyspę do portu i wsiadamy na dżonkę. Słońce zaczyna zachodzić. Bujamy się między wyspami i skałami, powoli robi się ciemno, jest cudnie…
W kabinie na łodzi mieści się tyko duże łóżko i mikroskopijna łazienka (z cyklu siedzisz na kiblu, myjesz żeby w umywalce, a od góry leci na plecy woda z prysznica). Generalnie nie ma na co narzekać, jest ciepło, sucho i zamykają się drzwi. Gdyby tylko ktoś wyłączyć generator prądu na sąsiedniej łodzi…

Jemy kolację razem z Hansem i Kalifornijczykami, którzy odwiedzili 17 krajów europejskich w 1 miesiąc. Plany na jutro? Kto wstanie przed 6 ma szansę popływać kajakiem po zatoce. Chyba sobie daruję, wole się wyspać, jutro wracamy do Hanoi i całą noc jedziemy pociągiem do Sapa.

Przemyślenia na dziś:

Każdy backpackers ma swoje zasady których się trzyma. Robi coś specjalnie, albo czegoś specjalnie nie robi. Ja mam jedna główna zasadę: jest ciepła woda, należy się szybko umyć.
Dobranoc!













22.11.2010 – Wietnam, Halong Bay

0

Hanoi – Halong Bay – Cat Ba

Podróżowanie w Wietnamie (ogólnie w Azji) wiąże się w czekaniem. Rano czekamy na transfer do Halong Bay, potem czekamy na dżonkę. Potem czekamy jeszcze na przewodnika, całą grupę, dwie osoby na rowerze, na lunch, na transfer do Cat Ba, na spóźnione inne osoby, na pełny autobus (w Azji hautobus nie rusza póki wszystkie miejsca nie zostaną zapełnione, co w sumie jest logiczne, puste miejsce nie przynosi dochodu), potem czekamy jeszcze na kolację… Większość czasu spędziliśmy więc na snuciu planów co będzie kiedy wsiądziemy na łódź, co będzie na lunch, jak będzie wyglądała droga, co będzie wieczorem… Podróżowanie uczy pokory, cierpliwości i wynajdywania zajęć tam gdzie na pierwszy rzut oka ich nie ma.

Halong Bay rzeczywiście jest jednym z cudów świata. Zatoka zatapiająca ponad 2000 skalnych wysp robi wrażenie. Oprócz samej zatoki zwiedziliśmy ogromną jaskinię oraz pływającą wioskę (tą w której Martyna Wojciechowska kręciła jeden odcinek Kobiety na końcu świata). Dziś jedliśmy różne rzeczy, na łodzi małe sajgonki, ryż, rybę, tofu, ogórki i coś zielonego (nie przypomina mi nic znanego) na kolacje były krewetki w cieście, rosołek PHO (wersja wegetariańsko - ogórkowa), tofu, lack- lack, i coś dziwnego (też nie przypominało mi nic znanego :-) ale było całkiem smaczne i przypominało gotowaną kapustę pekińską.

Osobny paragraf należy się wysepce Cat Ba na której aktualnie mieszkamy. Hotel Sunflower 2, jest klasy dość niskiej, w mojej ogólnej gradacji odwiedzonych hoteli, poniżej niego znajduje się tylko hotel Sjesja w Pradze. Sunflower 2 mógłby grac w horrorze, thrillerze i porno jednocześnie. Horror i thriller bo za recepcją prowadzą w dół schody na których panują egipskie ciemności i śmierdzi świeżo krojonym trupem (jak w Pile 6 czy 9), na ścianach rosną sobie różnokolorowe grzyby, lampa styka się z prysznicem (Fil inżynier mówi, że to nieizolowane kable z dyndającą żarówką i nie mam prawa nazywać tego lampą), a drzwi ledwo się domykają… A dlaczego mógłby grać w porno? Dzięki swojej świetnej lokalizacji, w dzielnicy karaoke.

Podróże kształcą. Dziś nauczyłam się nowego znaczenia słowa karaoke. Wychodzimy po kolacji na miasto, razem ze świeżo poznanym Hansem, obok naszego hotelu znajduje się mała kafejka i duży czerwony napis karaoke. Przed lokalem siedzi 6 panienek w dość skąpych strojach, myślę sobie kelnerki… Ale 6 kelnerek i żadnego klienta? Podejrzane. Dwa kroki dalej znajduje się kolejna kafejka karaoke i znów siedzą kelnerki… Za nią kolejna i kolejna… We wszystkich kafejkach palą się różowe i czerwone światła, święta naiwności, że ktoś tam śpiewa karaoke ;) …a między tymi kafejkami znajduje się nasz hotel.

Dzień dobiega końca. Prawdziwy backpackers nie boi się niczego. Ciekawe czy o północy nie pojawi się maniak z piłą?

Jutro rano idziemy na trekking a, następną noc spędzamy na wodzie w dżonce (uff z piłą trudniej dopłynąć od łodzi).








21.11.2010 - Wietnam, Hanoi

0

Ponad 12 godzin lotu, niezliczona ilość odpraw i check-inów, zmęczenie, ból głowy. Kiedy samolot uderza kołami o pas czuję, że zaraz wszystko minie. Zaraz będę w domu. Będę znowu w Azji.

Czas i inne pojęcia nabierają tutaj zupełnie nowego znaczenia. Dzień zaczynamy od znalezienia noclegu, oczywiście taxi drajwer wie lepiej i jedzie nie tam gdzie chcemy - ale kto by się tym przejmował na początku. Ważne aby szybko zrzucić plecak, umyć zęby i wyruszyć na miasto. Niedospani wychodzimy w poszukiwaniu jedzenia. Odświeżamy sprawność czytania azjatyckich map oraz zdobywamy nową: przechodzenie przez ulicę.

Azjatyckie mapy nigdy nie pokazują tego co jest w rzeczywistości, nazwy są zapisane fonetycznie albo po azjatycku, albo tak jak się mówi zwyczajowo, albo zupełnie inaczej. Na mapie którą dostajemy nawet nasz hotel, przy którym stoimy znajduje się w kompletnie innym miejscu. Gubimy się i szukamy jedzenia, człowiek najedzony myśli bardziej racjonalnie. Dochodzimy do jeziora, siadamy w malej knajpce i zamawiamy po pierwsze zimne piwo (!) po drugie kurczaka w sosie lemonowym i lock lacka. Zastanawiamy się nad ruchem ulicznym...

W Wietnamie istnieje jedna główna zasada ruchu drogowego, mianowicie brak zasad. Kolory świateł, podwójna ciągła, jednokierunkowa to tylko luźne pojęcia, którymi nikt na drodze nie zaprząta sobie głowy. Przechodzenie przez ulicę jest na początku wielkim przeżyciem, miliony motorów, samochodów, rowerów, ludzi, zwierząt... Wszyscy trąbią, krzyczą, nikt nie zwalnia. Aby przejść trzeba wykazać się determinacją, odwaga i mieć oczy nie tylko w tyłu głowy. Szczególnie przydatne są na tyłku.

Pierwszy dzień w Wietnamie to również dobra okazja aby przejechać się motorem po mieście :) Nie, nie samodzielnie. Łapiemy moto taxi i jedziemy na dworzec kupić bilety do Sapa. To było niesamowite przeżycie... Przytulam kierowcę, zamykam oczy, a serce wali jak szalone. Wietnamczyk pewnie ma niezłą frajdę, kiedy przejeżdża rozpędzony pod prąd i slalomuje między stolikami z jedzeniem. Doświadczenie niesamowite, o mało nie zgubiłam kasku z głowy.

Wieczorem szwędamy się po mieście, czujemy klimat. Motory, ulice drogie i markowe, ulice slumsowate, drogie restauracje i uliczny street food, wszystko wymieszane i uduszone na wolnym ogniu. Siadamy w jednej knajpce zamawiamy rosół PHO i krewetki w trawie cytrynowej - jest pysznie. Do tego naleśnik z bananem i czekoladą... Fil usypia na kolacji, ja chłonę miasto. Wracamy do hotelu i pakujemy się na jutro. Jutro jedziemy na Halong Bay.



Lotnisko w BKK, czekam na transfer do Wietnamu



Street food