26 sierpnia 2012 - Grabarka

0

Lato 1710 roku. W okolicy panowała zaraza, prawdopodobnie cholera, dziesiątkowała miejscową ludność. Ludzie w popłochu opuszczali wioski i miasta. Pewnemu człowiekowi przyśniło się, że jedynym ratunkiem jest przybycie na górę Grabarkę. Sen uznano za boskie objawienie. W kronice parafii w pobliskich Siemiatyczach znalazł się zapis, że na górę przybyło aż dziesięć tysięcy osób. Ustawiono tam krzyż i modlono się w intencji ocalenia. Ludzie pili wodę z wypływającego u podnóża góry źródełka. I stał się cud…

Cerkiew (Przemienienia Pańskiego) otacza las drewnianych krzyży ofiarnych, często z epitafiami, pisanymi cyrylicą. Krzyże zmuruszałe i zupełnie nowe, wysokie na 3 metry i zaledwie półmetrowe, wszystkie przyniesione w ważnej intencji od chorych, strapionych, szukających nadziei i siły. Krzyży przybywa zwłaszcza 19 sierpnia, w święto Przemienienia Pańskiego Spasa, na które pielgrzymują wierni nie tylko z Polski, ale i z Grecji, Portugalii, Indii, Ameryki. Uczestniczą oni w całonocnym czuwaniu. W mistycznej scenerii, pod gwiazdami, przy świecach i wtórze chórów, w otoczeniu tysięcy krzyży wierni modlą się o swoich bliskich zmarłych, żeby Spas Izbawnik przyjął ich do swojego królestwa. Uroczyste nabożeństwo kończy się o świcie.
Jak przed dwoma wiekami u podnóża Świętej Góry bije uzdrawiające źródełko. Tu zatrzymują się wszyscy pielgrzymi. Niektórzy wchodzą do płynącego obok strumyka, którego woda ma leczyć i uzdrawiać. Moczą chustki i wilgotnymi przemywają chore miejsca. Pozostawiają je na brzegu na znak, że z chustami opuszczają ich choroby. (www.grabarka.pl)

Znalazłam również informację, że badania radiestezyjne potwierdzają, iż święta góra Grabarka jest niezwykle silnym miejscem mocy. Przyczynia się do tego naturalny układ energii ziemskich i kosmicznych, sprzyjający człowiekowi zarówno na poziomie fizycznym i emocjonalnym, jak i duchowym. Łatwiej tu o skupienie wewnętrzne i o otwarcie na wyższe przeżycia. Promieniowanie mierzone metodami radiestezyjnymi przekracza 50000 jednostek Bovisa. Na szczycie góry krzyżują się aż cztery strefy geomantyczne, które łączą Grabarkę z innymi obiektami sakralnymi. Występuje tu również pozytywne promieniowanie cieków wznoszących. Na górze dominuje promieniowanie odpowiadające kolorowi białemu, mającemu właściwości uzdrawiające. Strumyk płynący u podnóża Grabarki rzeczywiście posiada podwyższoną biowitalność. Jeszcze lepsze właściwości ma woda w pobliskiej studni. (to wyczytane w „Gwiazdy mówią…” ;-)

Z kolejnych ciekawostek, Górę Grabarkę odwiedził kiedyś sam Paulo Coelho (tak, ten od „Alchemika”), obmył twarz w źródle, pomodlił się przed ikoną Matki Boskiej Iwierskiej i rzekł: „Wszystko się we mnie uspokoiło”.

Weszliśmy na górę, w środku cerkwi trwało nabożeństwo, chodziliśmy między krzyżami słuchając starocerkiewnych śpiewów dochodzących ze środka. Niesamowite miejsce i czas…













18 sierpnia 2012 - Dymarki Świętokrzyskie

0

Schodząc z Łysej Góry trafiliśmy na Dymarki Świętokrzyskie. Impreza o długiej tradycji - odbywa się od 1967 r., jest niezmiennie poświęcona wynikom badań nad starożytnym hutnictwem żelaza w Górach Świętokrzyskich. Moja pierwsza myśl: powiatowy spęd przy piwie, kiełbasie i kamiennych łupkach. Dymarki to jednak coś więcej niż grill i chmiel w płynie. To bardzo przyjemna podróż w czasie, można zobaczyć jak powstawało żelazo, jak budowano piece, jak wykuwano miecze, co się przy tym wykuwaniu jadło i jak kobiety szyły kiecki. Szczególnie zainteresował mnie wątek kulinarny, nie miałam jednak odwagi na wodziankę cebulową.

Na stronie imprezy znalazłam szczegółową odpowiedź na pytanie, jak wytwarzano żelazo?
2000 lat temu, dawni mieszkańcy Łysogór, nazywani przez historyków rzymskich Lugiami, wydobywali i przetwarzali znajdujące się tu złoża rud żelaza. Rudę eksploatowano nie tylko powierzchniowo, ale również przy pomocy chodników i szybów górniczych, których ślady odnotowano w Rudkach, koło Nowej Słupi.
Starożytny piec dymarski posiadał część dolną, tzw. kotlinkę w formie wykopanej w ziemi owalnej jamy o średnicy ok. 50 cm. Część nadziemną stanowił szyb zbudowany z kształtek wykonanych z lessu z domieszką krótko ciętej słomy. W dolnej części szybu znajdowały się otwory, które doprowadzały powietrze do wnętrza pieca. Do uzyskiwania żelaza potrzebne były trzy zasadnicze składniki: ruda żelaza, węgiel drzewny i powietrze. Jak wskazują badania doświadczalne, w części szybowej pieca miał miejsce proces redukcji bezpośredniej, w którego konsekwencji, w okolicach otworów dmuchowych tworzyła się gąbka metalicznego żelaza zwana łupką. Do kotlinki spływał żużel, będący produktem ubocznym procesu. Czas wytopu mógł wynosić nieraz kilkanaście godzin i po jego zakończeniu rozbierano część szybową pieca skąd wyjmowano łupkę. Uzyskany produkt dopiero poprzez wielokrotne obtapianie i przekuwanie doprowadzano do postaci kowalnego kęsa żelaza, zdatnego do wyrobu narzędzi lub broni.
Oprócz inscenizacji metalurgii żelaza, na Dymarkach można było zobaczyć pokazy gladiatorów, życie codzienne w wiosce rzymskiej, magię antyczną, garncarstwo, obróbkę bursztynu, zielarstwo, szycie butów, kuchnię… i wiele, wiele więcej.











18 sierpnia 2012 - Świętokrzyskie

0

Świętokrzyskie to magiczna kraina.

Pierwsze są ruiny zamku w miejscowości Bodzentyn. Zamek zbudowany w II połowie XIV wieku, obecnie pozostający w stanie ruiny. Jednym z najznamienitszych wydarzeń w historii zamku była wizyta, jaką odbył w 1410 r. król Władysław Jagiełło podążając na pielgrzymkę na Święty Krzyż przed bitwą pod Grunwaldem. Przyjął on wówczas w Bodzentynie posłów z Pomorza. W 1814 r. budowlę ostatecznie opuszczono. Średniowieczny zamek stał się głównie źródłem darmowego budulca dla okolicznej ludności, konsekwentnie doprowadzającej zabytek do ruiny. Dopiero w 1902 r. obiekt poddano ochronie. Nie powrócił on nigdy do dawnej świetności. Obecnie mury zabezpieczono, jako trwałą ruinę. Z ciekawostek znalezionych w necie:
• Kiedy biskupstwo krakowskie objął Jakub Zadzik, zaciekły wróg reformacji, w podziemiach zamkowych więził arian i kalwinów. Jedna z mrocznych historii opowiada o więźniu, który głodzony w celi zjadł swoje "heretyckie księgi", z którymi został zamknięty.
• Krążą legendy o bogactwach krakowskich biskupów, zgromadzonych w Bodzentynie. Prace archeologiczne i zachowane dokumenty potwierdzają, że komnaty zamkowe były wyposażone z niespotykanym przepychem.





Opuszczamy zamek w Bodzentynie i ruszamy do sanktuarium znajdującego się na Świętym Krzyżu (Łysej Gorze). Po drodze trafiamy do Zagrody Czernikiewiczów w Bodzentynie. W skład zagrody wchodzą: budynek mieszkalny, budynki gospodarcze oraz wozownia.Pod względem zastosowania materiału budowlanego i rodzaju konstrukcji zagroda ściśle nawiązywała do tradycji ludowej ciesiołki z regionu świętokrzyskiego. Ściany wszystkich budynków wzniesiono z drewna jodłowego, dachy mają pokrycie gontowe. Zagroda jest najstarszą i jedyną tak kompleksowo zachowaną małomiasteczkową zagrodą znaną z terenów Kielecczyzny. Jej najstarsze elementy (części domu mieszkalnego oraz budynki gospodarcze, wozownia i ogrodzenie) pochodzą z 1809 roku. Dobudowane do domu izby mieszkalne pochodzą z lat 1870 i 1920. Gdyby ktoś wszedł do mojego mieszkania mógłby odszukać elementy pochodzące z takiej zagrody ;)




Czas na góry. Idziemy na Łysą Górą – miejsce sabatu czarownic. Trasa zajmuje 1,20 h, robimy ją w 0,20 h. Nie jestem nawet bardzo zmęczona. Czy to wynik poprzedniej wspinaczki na Rysy? Klasztor i kościół są świetnie przygotowane na przyjcie turystów, można zjeść, można się napić, można odpocząć, można coś kupić, można się pomodlić. Można tam spędzić ponad 2 godziny i się nie nudzić, historia klasztoru jest fantastyczna, mało jest takich miejsc, które urzekają mnie swoją opowieścią. To miejsce jest wyjątkowe, splata się wiele wierzeń, wydarzeń… Gdybym miała zostać kilka dni nie nudziłabym się, a zanurzyła w historię.





"Relikwię tutejsza stanowią pięć sztuczek z drzewa, na którym Zbawiciel śmierć poniósł, w podwójnym krzyżu zamknięte. Z tych trzy sztuczki zawarte są w trzech końcach krzyża jednego, z czwartej zrobiono cały długi krzyż poniższy, a pod nim w samej rękojeści, umieszczono sztuczkę piątą w formie kwadratowego słupka" - taki opis w swoim dziele "Krzyż Święty na świetney gorze świętokrzyskiej Lysiec nazwaney" zawarł benedyktyn o. M. Kwiatkiewicz w 1662 r. Badania dowodzą, że cząstki krzyża pochodzą z sosny jerozolimskiej. Mimo wieku i obecności bakterii drewno nie ulega niekorzystnym procesom rozkładu. Również małe gwoździe, którymi przymocowane są do drewienek cienkie, srebrne blaszki nie mają śladu rdzy, mimo niekorzystnych warunków klimatycznych.


W krypcie kaplicy Oleśnickich złożone jest zmumifikowane ciało, które przypisywano przez długi okres Jeremiemu Wiśniowieckiemu; ostatnie badania naukowe zdają się nie potwierdzać tej tezy. Szczątki są dostępne do oglądania. Moją uwagę zwróciły zęby, a dokładnie bardzo dobry ich stan zachowania. Bez względu czyje to zwłoki (czy ojca przyszłego króla czy nie) zęby sa w rewelacyjnym stanie.



Łysa Góra stanowiła w okresie wczesnego średniowiecza prawdopodobnie ośrodek kultu religii Słowian. Jego pozostałością jest wał kultowy, otaczający partię szczytową wzniesienia. Składa się on z dwóch części, mających kształt podkowy. Ich łączna długość wynosi ok. 1,5 km, a wysokość dochodzi do 2 m (obj. około 32 tys. m³ kamienia). Usypane zostały prawdopodobnie w IX-X w. z występujących tu licznie bloków kwarcytu. Zachowało się także wejście do wnętrza wału, tuż przy drodze z Nowej Słupi. Prace nad budową wału przerwano po przyjęciu chrześcijaństwa.


„ Na jej szczycie znajdować się miała bożnica w bałwochwalstwie żyjących Słowian, gdzie bożkom Lelum i Polelum ofiary czyniono i podług innych czczono tu bożyszcza: Świst, Poświst, Pogoda...” - kroniki Jana Długosza

„Na tym też miejscu był kościół trzech bałwanów, które zwano Łada, Boda, Leli. Do których prości ludzie ludzie schadzali się pierwszego dnia maja , modły im czynić i ofiarować. Tedy Dąbrówka przerzeczona pokaziwszy ich bóżnice, kazała zbudować kościół i poświęcić ku czci i ku chwale wielebnej Świętej Trójce” - powieść z I połowy XVI w.

Przekazy kronikarzy mówią o trzech bóstwach, które miały być czczone na górze. Interesujące jest, że wybudowanej na tym miejscu świątyni chrześcijańskiej nadano wezwanie Trójcy Świętej. Do dziś istnieją legendy o odbywających się na szczycie góry sabatach czarownic.

Termin gołoborze jest określeniem regionalnym (Góry Świętokrzyskie) i oznacza miejsce "gołe", bez "boru". Jednak według niektórych opracowań naukowych, termin ten stosuje się do wszystkich utworów tego typu, niezależnie od ich lokalizacji geograficznej. W terminologii geomorfologicznej używa się terminów: pole blokowe, morze blokowe, strumień blokowy, rzadziej rozwalisko, rumowisko skalne. Głównym czynnikiem powstania gołoborzy były procesy mrozowe (zmiany temperatury – zamarzanie i rozmarzanie podłoża; zamarzanie wody w szczelinach i spękaniach ciosowych) powodujące rozpad blokowy skał.



Radiowo Telewizyjne Centrum Nadawcze, wieża o wysokości 157 metrów, zlokalizowana ok. 100 m. od świętego Krzyża.



Chcemy jeszcze zwiedzić Jaskinię Raj, ale okazuje się, że na dziś nie ma już biletów. Trzeba je rezerwować z wyprzedzeniem. Wracamy do Warszawy i idziemy na wieczorny spacer po starówce.

12 - 13 sierpnia 2012 - Wyprawa na RYSY

1

Dolina Kościeliska - Hala Ornak 1100 m, 11 km

Przechodzimy całą doliną do Hali Ornak, na koniec zaczyna padać. Potem zaczyna lać. Siedzimy pod schroniskiem, jemy suchary bieszczadzkie i zastanawiamy się co dalej… Jak jutro będzie lało to nici z planów. Po dłuższej chwili przejaśnia się i ruszamy w drogę powrotną. Chwilowo nie leje.





Dochodzimy do miejsca co się zwie Kościeliska Brama, decydujemy się przejść przez wąwóz. 150 m powyżej znakowana na żółto jednokierunkowa ścieżka prowadzi nas do Wąwozu Kraków (3 km), prowadząca przez Smoczą Jamę i schodząca z powrotem na Polanę Pisaną, + 50 min. Smocza Jama jest smocza, ciemno, brudno, ślisko, łańcuchy i łatwo zjechać w dół. Po wyjściu prześwituje słońce. Decydujemy, że nie ma co dłużej siedzieć w dolinie, czas zbierać się na Morskie Oko. Jeszcze tylko pierogi z baraniną i bryndzą, gorąca herbata i w drogę.




Palenica Białczańska 985m – Morskie Oko 1395m, 9 km

Byłam przygotowana na spanie na podłodzie. Nie ma żadnych noclegów, nie ma wolnych miejsc – uprzedziła mnie kilka dni przed przybyciem miła pani kierowniczka. Łóżek może i nie ma ale podłoga zawsze musi być dostępna, to przecież schronisko. Pakując plecak odnosząc się z szacunkiem do swoich nerek i zabieram mały, dmuchany materac plażowy. Wygodniejszy niż karimata, może trochę cięży ale na nim nie będzie wiało od podłogi. Do przykrycia kocyk, którego sponsorem są linie lotnicze Lufthansa. Plan jest następujący: Palenica Białczańska – Morskie Oko – nocleg i poranny atak na Rysy. Wszystko zależy jednak od pogody. Jak mam być sławna to z innego powodu niż lot na linie śmigłowcem TOPR z trasy na Rysy.



Parkujemy w Palenicy, zabieramy cały ekwipunek i ruszamy nad Morskie Oko. Pogoda pod psem, 9 km ciągnie się w nieskończoność. Na finiszu zaczyna padać, wyciągam parasolkę. Parasolka w górach to wbrew pozorom nie jest głupi sprzęt, oczywiście pod warunkiem, że nie musimy trzymać rękami łańcuchów. Na miejscu okazuje się, że brzydka pogoda ma swoje plusy, są wolne łóżka. Nocą długo rozmawiamy z Ewą i Michałem, w górach można poznać prawdziwych, ciekawych ludzi…

Czarny Staw 1583m – Bula pod Rysami 2054m – Rysy 2499m – Czarny Staw 1583m – Morskie Oko 1395m – Palenica Białczańska 985m, 17 km

Budzę się przed 6. Idziemy czy nie idziemy? Pada decyzja, że idziemy, zawsze można zawrócić. To ważne aby mieć w górach świadomość, że jak coś pójdzie nie tak, to można się wycofać. Nie tym, to innym razem. Bardzo męczy mnie podejście do Czarnego Stawu, humor poprawiają mi skaczące kozice, które początkowo biorę za niedźwiedzie. Chwila odpoczynku przy Czarnym i dalej w drogę. Podejście do Buli pod Rysami jest długie i żmudne, kamienne stopnie ciągną się i ciągną… Oczywiście, że zastanawiam się czy warto. Na Buli nie mam już wątpliwości, widok na Morskie Oko i Czarny Staw jest piękny i wynagradza trudy wejścia.








Jest dość chłodno. Pierwsze osoby schodzą ze szczytu. Przekazują informacje o lodzie na łańcuchach i temperaturze -8 stopni. Jestem na to przygotowana, idziemy dalej. Pół godziny później docieramy do łańcuchów, dla mnie najgorszy okazuje się pierwszy (!), ledwo się podnoszę. Dalej jest prościej o ile nie patrzy się dół. Na szczycie wypada komuś butelka z wodą, echo niesie każde odbicie… Butelka spada i spada, wysokość mnie przeraża. Zaczyna się śnieg i mgła… I tak do samego szczytu. Na górze nic nie widać, dla mnie lepiej. Muszę usiąść i przytrzymać się czegoś stabilnego, byle nie patrzeć w dół. Siadam na skale, po chwili nie czuje prawego uda – zamarzło. Siedzę w śniegu. Nie boli. Chciałabym już schodzić, wyobrażam sobie obiad na Buli, zjem kanapkę z czekoladą, napije się ciepłej herbaty…








Schodzenie tyłem po łańcuchach nie należy do najłatwiejszych rzeczy, można się poślizgnąć i lecieć jak butelka z wodą… Część trasy pokonuje metodą na Golluma, na tyłku. Najtrudniejsze okazuje się to co na początku, wiszę na pierwszym łańcuchu i ledwo dosięgam do skały. Dwa odbicia, moment lotu i jestem na stabilnym podłożu. Teraz po kamieniach i w strumykach do Buli, a na Buli wyczekiwany obiad.




Schodzenie męczy dużo bardziej niż wchodzenie. Nie trwa krócej. Koło 14:30 spotykamy na trasie bardzo optymistycznego, starszego pana w swetrze, który pyta czy byliśmy na górze. Tak, byliśmy. Bo on robi właśnie 5 podejście na szczyt, za każdym razem COŚ mu przeszkadzało. To COŚ to głupota. Bez kurtki, bez odpowiednich butów, bez prowiantu, nawet przy dużej dozie dobrego humoru nie wejdzie tam. Optymistycznie liczy, że do Buli dojdzie w godzinę, a z Buli godzinę po łańcuchach i będzie na szczycie… Może gdyby wyglądał jak Superman, to byłoby to możliwe.
Nad Czarnym Stawem tłumy ludzi, nic nie przypominam kameralnej atmosfery z poranka. Jem podpłomyka i uciekam na dół. Ludzie w takiej ilości i jakości mnie drażnią. Do schroniska w Morskim Oku idę bardzo ostrożnie, jestem już zmęczona, a nie chcę wywalić się na „ostatniej prostej”. Odbieramy plecaki z przechowali i postanawiamy zjechać „koniem” na dół. Wszystko byłoby fajnie, gdyby na konia nie trzeba było czekać w gigantycznej kolejce. Czekanie mnie irytuje, podejmuję męską decyzję, że schodzimy pieszo. Przede mną 9 kilometrów w dół…

Zdjęcie butów i skarpetek to wyczyn, skarpetki parują.

Mam ochotę zjeść kotleta schabowego z sadzonym jajkiem.

3 godziny później jestem w łóżku.

PS. Gorące pozdrowienia dla:
- Ewy i Michała – za nocne Polaków rozmowy
- siostry nr 2 z którą schodziłam w dół ze szczytu
Pozdrowienia specjalnej troski dla:
- pana z różową torebką podążającego z Morskiego Oka
- młodzieży, która musi słuchać muzyki z komórki w górach
- pana w sweterku, który o 14:30 wybierał się na Rysy