sierpień 2011 - Łańcut

0

Zabieramy moich dziadków i jedziemy wspólnie do Łańcuta obejrzeć Storczykarnię. Wchodzimy do parku i... nie wiemy gdzie iść. Przy bramie zdechła mapa z której nic nie wynika, nie ma oznaczeń, nie ma tabliczek ani strzałek. Podążamy na czuja, niestety w złym kierunku. Dobrych kilkadziesiąt minut zajmuje nam trafienie na odpowiednią alejkę. Wokół zamku znajduje się park o charakterze angielskiego parku krajobrazowego. Obecny jego kształt w znacznym stopniu powstał pod koniec XVIII i na początku XIX wieku kiedy należał on do Stanisława i Izabeli Lubomirskich. Księżna marszałkowa Izabela Lubomirska z zamiłowaniem dbała o sukcesywne powiększanie i ulepszanie zamkowych ogrodów, zamkowej Oranżerii oraz parku. Park ma obszar 36 ha i dzieli się na: park wewnętrzny w obrębie fosy i park zewnętrzny poza fosą na wschód od zamku. W skład parku wewnętrznego wchodzą Ogród Włoski, Ogród Różany oraz Ogród Bylinowy; znajduje się w nim również glorieta (ok. 1800) - ładne słowo na budowlę w ogrodzie. Na terenie parku znajduje się szereg obiektów zabytkowych: Oranżeria (1802), Zameczek Romantyczny (1800), ujeżdżalnia (1830), stajnie (1898), wozownia (1902), szkoła muzyczna (dawniej dom ogrodników), Storczykarnia (1904/2008), oraz kort tenisowy. W obrębie parku znajduje się także niewielkie jezioro. Spodziewałam się, że Storczykarnia będzie większa. W środku (jak nazwa wskazuje;) znajdują się storczyki o bajecznych kolorach i kształtach, jest kafejka z lodami.







Wyświetl większą mapę

25 lipca 2011 - Pekin

0

Dzień zaczął się burzą. Poczekaliśmy chwilę i ruszyliśmy do przeciekającej stacji metra, cel na dziś: pandy. Udajemy się do zoo, przestaje padać. Pandy są przeurocze, leniwe i leżące. Małe pandziątka wylegują się na drzewie, szkoda, że nie brykają na postawionej obok huśtawce – koń na sprężynie, to byłby widok. Przy pandach spędzamy ponad godzinę, reszta zoo nie robi wrażenia, może poza śmieciami wrzucanymi do klatek zwierząt :( Na szczęście przy pandach było w miarę czysto.

Po zoo jedziemy metrem do Starego Pałacu Letniego. Jest to wielki park z jeziorami, sadzawkami które pokrywa kożuch kwitnących nenufarów. Największą atrakcją są ruiny Starego Pałacu Letniego, splądrowanego i spalonego przez wojska anglo-francuskie w 1860 r. Poza autentycznymi ruinami pałacu w całym parku rozproszone są także „inne ruiny” aby stworzyć odpowiedni nastrój ;-) Przez chwilę zastanawiam się czy te autentyczne ruiny są na pewno autentyczne? Doczytuję, że Kamienny Pałac w labiryncie jest wybudowany niedawno – jak atrakcja dla turystów.

W Starym Pałacu Letnim spędzamy czas do późnego popołudnia, następnie ruszamy na Pl. Tiananmen w poszukiwaniu busów do Jinshanling (mało uczęszczany kawałek Wielkiego Muru). Niestety, jak się dowiadujemy nie jeżdżą tam busy turystyczne, pozostaje opcja wyjazdu z hostelu (odpada) albo taxi (odpada). Samodzielny dojazd też odpada, drogi i mało pewny, że zdążymy ze wszystkimi przesiadkami. Zatem jedziemy jutro jeszcze raz na Badaling :-)

Z Pl. Tiananmen przechodzimy całą ulicą Wangfujing, mijamy Katedrę Północną (jeden z niewielu kościołów chrześcijańskich w Pekinie, a następnie jedziemy metrem do hostelu. Zaskoczyło mnie dzisiaj, co można robić przed kościołem? Śpiewać (a raczej fałszować w niebogłosy) karaoke. Nie było to raczej pieśni kościelne ani psalmy. To był prawdziwy, czysty fałsz…

PS. Już wiem co jest z tymi męskimi pępkami i podnoszeniem koszuli. „(…) Chińczycy w czarnych spodniach z podkoszulkami podciągniętymi ponad brzuch, aby powietrze mogło owiewać pępki i w ten sposób stymulować qi - siłę życiową – która ich zdaniem tutaj ma swój prawdziwy ośrodek.” Dziękuję Tiziano Terzani :-)










Ruiny Starego Pałacu Letniego


Wyświetl większą mapę

24 lipca 2011 - Pekin

0

Odkrycie z wczorajszego wieczoru – Ghost Street! Ulica oświetlona z dwóch stron morzem czerwonych lampionów, pełna restauracji i chińskiego jedzenia. Ghost Street wygląda niesamowicie! Następnym razem wybierzemy się na pędraki i owoce morze BBQ, Fil już upatrzył miejsce. Zauważyliśmy, że do tych lepszych knajpek są kolejki. Kolejka też wygląda ciekawie – przed wejściem do restauracji ustawionych jest mnóstwo krzesełek, chcesz wejść dostajesz numerek i siadasz na krzesełku. Dostajesz herbatę do picia i słonecznik do łuskania, czekasz grzecznie aż ktoś skończy i kelnerzy wywołają Twój numerek stolika… Na Ghost street można również kupić łapę niedźwiedzia, taka wypatroszoną, zasuszoną z pazurami i kawałkiem futra.

***

Wyprowadzamy się z P.Loft Youth Hostel i wprowadzamy się do Lama Temple Youth Hostel, który leży na granicy hutongu, blisko stacji metra. Rozkładamy się w nowym miejscu, jemy śniadanie i jedziemy zwiedzić Temple of Heaven.

Temple of Haven to 267 hektarów parku i zabudowań, jest co zwiedzać! Kupujemy bilet z wejściówka do wszystkich miejsc (35Y), zdecydowanie bardziej opłaca się kupić jeden bilet przy wejściu, niż kupować oddzielnie przy kolejnych pawilonach (w Chinach nie zawsze jest to regułą ;-) W parku zwiedzamy:

- Hall of Prayer for Good Harvest – wyczytałam, że to najbardziej znana na świecie pekińska świątynia. Sławna nie tylko nie ze swojej architektury ale również z nawiązań do chińskiej filozofii oraz wiedzy z dziedziny astronomii.
- Przechodzimy obok 7 meteorytów – które tak naprawdę są dużymi, białymi kamieniami, zwanymi w przeszłości gwiezdnymi.
- Mijamy Rosarium i docieramy do Imperial Vault of Heaven oraz Echo Wall – okrągły mur długości 60 metrów, jeśli jedna osoba stanie na zachodzie, a druga na wschodzie muru i będą szeptać, to będą słyszeć się tak dobrze jak rzez telefon… Przynajmniej tak jest napisane, chiński wrzasko-pisk uniemożliwił eksperymentowanie.
- Circular Mound Altar - miejsce w którym cesarz prosił o coś związanego z zimą ale nie rozumiem kilku słów w przewodniku :-) Całość to platforma z białego kamienia o trzech poziomach, każdy poziom otoczony swoją barierką. Na szczycie znajduje się specjalny punkt – Heavenly Center Stone – jeśli stanie się w jego miejscu i zacznie przemawiać, pojawi się silny efekt rezonansu akustycznego, tak jakby rozmawiało się z samym niebem… Niestety dzikie, chińskie tłumy uniemożliwiły przeprowadzenie doświadczenia.

Po parku wracamy do hostelu, bierzemy prysznic i idziemy w poszukiwaniu jedzenia. Niestety Ghost Street dziś odpada. Szukamy czegoś innego… znajdujemy wspaniałą uliczkę Nan Luo Gu Street. Mnóstwo małych butików z ręcznie robionymi rzeczami, niecodziennych ubrań, smakołyków, kafejek, pubów, herbaciarni, restauracji. Jemy dobrą kolację i wracamy w strugach deszczu…

Wilgotność powietrza sięga obecnie w Chinach 90%, temperatura nie schodzi poniżej 30 stopni. Idąc ulicą mam wrażenie, że zostaje za mną w powietrzu ślad, tak jakbym szła w kisielu albo w masie szklanej. Dziwne uczucie.


Ghost Street - ulica pełna jedzenia, czynna 24h/dobę

Meteoryty czyli białe kamienie :)

Temple of Heaven

Rosarium



Wyświetl większą mapę

23 lipca 2011 - Pekin

0

Powtórzę się: nie był w Chinach ten kto własnoręcznie nie zdobywał biletu kolejowego / informacji na stacji / kto nie walczył o miejsce w kolejce do pociągu / kto nie biegł do właściwego wagonu. Cała reszta to pikuś. Pan Pikuś. We właściwym wagonie szukamy naszego numeru wyrka. Następnie wdrapujemy się na odpowiedni poziom. Fil spał na poziomie 1, ponieważ jest większy i wypełnia całe łóżko, mała szansa, że położy się koło niego pasażer na gapę ;-) Ja spałam na poziomie 2, nade mną kimała jeszcze Chinka. Tylko pociąg ruszył rozpoczęły się pielgrzymki po gorąca wodę. Wrzątkiem można zalać noodle w pudle i zjeść na kolację. Fil również wydobył swoje noodlowe pudło, po co przepłacać za jedzenie w pociągu :-) Chińczycy strasznie mlaskają podczas jedzenia. Szczególnie kiedy jedzą małe pomidorki. Mlask prze-okrutny.

Noc upłynęła spokojnie. Do mlaskania i chrapania można się przyzwyczaić. Pociąg typu hard sleeper oznacza, że wyrko jest twarde. Twarde jak deska. Rano nie czułam kręgosłupa ale mimo wszystko wyspałam się. Kolo 9 pociąg zatrzymał się na stacji, ponieważ wcześniej też się zatrzymywał, przykryłam się kołderką. Fil mówi, że coś się tak cicho zrobiło… Ja mu odpowiadam, że jakoś torby zniknęły… Zerkamy na prawo, zerkamy na lewo… To już PEKIN! Wszyscy wysiedli.

Jesteśmy na stacji Beijing West. To znaczy za chwile sobie przeczytamy na jakiej jesteśmy stacji bo do końca nie byliśmy pewni gdzie przyjedziemy. Szukamy metra, mówię Filowi, że tu nigdzie nie ma znaku metra, pewnie jeszcze nie dokopali. Fil mówi, że na pewno jest bo jest rozkład sieci metra. Niestety miałam rację, metra jeszcze nie ma na tej stacji, szukamy zatem autobusu, Fil uzyskuje cenną informację, że autobus 21 jedzie do metra. Metrem dojeżdżamy do części Pekinu - Dongchang, a nastiępnie wkraczamy w dzielnicę hutongów, gdzie znajduje się nasz hostel – P.Loft Youth Hostel. Hostel był wcześniej więzieniem, fabryką amunicji… W opuszczonych przestrzeniach zbudowano coś na kształt hostelu. Niestety fajną przestrzeń zabudowano bez pomysłu, z chińską tandetą. Nie podoba mi się. Jutro już śpimy w innym miejscu, w dzielnicy dla dorosłych :-)

Dziś zwiedziliśmy Lama Temple. Świątynia Lamy wabi kolorami, pachnącymi kadzidłami oraz egzotycznym wystrojem. Cala świątynia to 5 pawilonów:

- w pierwszym pawilonie króluje Budda Przyszłości w asyście czterech Niebieskich Królów
- w drugim stoją trzej buddowie odziani w długie, złote szaty (Przeszłość, Teraźniejszość i Przyszłość)
- kolejny to pawilon Wiecznego Błogosławieństwa (z leczącym Buddą)
- następny to Pawilon Koła Prawa, znajduje się w nim posąg Tsongkhapy, założyciela szkoły buddyzmu tybetańskiego
- ostatni Pawilon Wanfu zawiera wielki posąg Buddy Maitrei – postać wyrzeźbiona w pojedynczym pniu drzewa sandałowego, wznosi się na 17 metrów, pozostałe 6 jest ukrytych pod ziemią.


Do jutra!

Na dworcu z dzikim tłumem

Wejście do Lama Temple

Fragment jednej ze świątyń

Hutongi za dnia - czyli w drodze do P.Loft Hostel

Lama Temple


Wyświetl większą mapę

22 lipca 2011 - Iphone a sprawa chińska

0

Dziś zgodnie z planem dostaliśmy bilety na dzisiejszy pociąg powrotny do PEKINU. Wyrównaliśmy rachunki i uiściliśmy odpowiednie opłaty dodatkowe dzięki którym otrzymaliśmy bilety i nie zostaniemy w Kraju Środka dłużej niż pozwala nam na to wiza.

Po wymeldowaniu się z hotelu i zostawieniu bagaży w poczekalni ostatni raz idziemy do centrum w nadziei że tym razem się uda…

Jeszcze przed wyjazdem nastawiłem się że ze stolicy elektroniki najprawdopodobniej przywiozę sobie jakiegoś elektronicznego gadżeta typu tablet lub smyrofon. Błądząc smętnie ulicami wśród tłumów daje się zauważyć popularność smyrofonów oraz brandów/modeli całkiem obcych europejskim oczom.

Apple Store to dość popularny sklep w centrum Xi’an a operatorzy prześcigają się w promocjach, niestety cena od 3999 Yuoan ~ ok. 1750 PLZ jest nieszczególnie atrakcyjna i zniżki dla Polaka nie są oferowane. Wiedziałem, że musze znaleźć sklep mniej oficjalny gdzie cennik nie jest wyłożony na ladę i sprzedający będzie naprawdę chciał sprzedać swój towar…

Chodząc po Xian kiedyś spotkałem miejsce gdzie na chodniku rozłożeni byli „biznesmani” z wypchanymi czarnymi torbami oraz mieli przed sobą tekturę zapisaną chińskimi symbolami pośród których tylko „PSP” wyglądało znajomo, kojarząc fakty, że PSP może odnosić się do mobilnego systemu firmy Sony postanowiłem podążyć tym tropem.

Korzystając z ostatniego dnia w Xian wyruszyliśmy na łowy.

Zgodnie z przewidywaniem chodnik zaczął się zagęszczać i oprócz magicznych toreb z magiczną zawartością i tektur z napisami PSP zaczęły pojawiać się „komisy” oraz serwisy telefonów komórkowych. Wiedziałem że podjęty trop trzeba kontynuować i ostrożnie rozglądać się za centrum. Nagle na rogu skrzyżowania zauważyłem budynek, który był jedynym budynkiem do którego i z którego wylewał się tłum. Wszedłem do środka i wiedziałem, że tego szukałem. Klimat Wolumenu w rozmiarze chińskim. Hala targowa, której końca nie było widać oraz stoisko przy stoisku wypełnione chińskimi fachowcami od hi-tech.

Te było ponad moje skromne europejskie pojmowanie świata, szybki kurs Lean manufacturing oraz podstaw produkcji Just In Time.

Stoisko od frontu z „ladą” w europejskim stylu z szybą pod którą ustawione w rządki oczekują na klienta telefony takich potentatów rynku mobilnego jak NOKA, NCKIA, NDKIA, NOIKA, NOKLA, leżały równo obok SEMSUNG, SOMSUNG, SAMSNUGów i innych. Na samym końcy dumnie prężyły się IPOHNE’y obok IPHOME’ów i IPNOHE’ów.

Zapytałem o Samsunga GALAXY SII i natychmiast w moje ręce trafił SAMSNUG GalaxySII niestety nie przypadł i do gustu bo miał tylko jeden Slot na karte SIM, Zapytałem w języku obrazkowym o DUALSIM na co sprzedawca obrócił się do współpracowników i coś do nich odpowiedział i wtedy ujrzałem małe chińskie łapki łapiące płyte główną dokładające wyświetlacz oraz zatrzaskujące obudowe, szybkie podłącznie do laptopa i już do mnie został podany super zinduwidualizowany SAMSNUG Galaxy SII dual SIM. To się nazywa produkcja pod zamówienie.

Niestety krótka zabawa i wyraziłem niezadowolenie z dość topornej pracy MENU i zmieniłem sklep. Kolejny sklep wygląda identycznie również 6m kwadratowych sklepu z fabryka razem. Ten sprzedający już wiedział czego szukam i od razy z najszerszym możliwym uśmiechem podał mi SEMSUGNA Galaxy SII dual sim niestety w białej obudowie.

Najpierw chciałem się pobawić: tutaj menu działało szybciej ekran był znacznie bardziej czuły ogólnie sprzęt grzechu warty gdyby nie cena. Licytacja zaczęła się od 500 Youanów czyli mam nadzieje że cena realna do zapłacenia to ok. 100plz apetyt rośnie z miare jedzenia może jednak powiniem kupić sobie IPHONE’a 4G lub nawet 5G, kolejne stoisko i zamawiam IPHONE na co rozczarowany chińczyk chowa przygotowanego już SIMSUNGA i w dumą podaje IPOHNE’a, próbujemy włączyć nie działa, ponowna próba nie działa chińczyk pieknym lobem dośrodkowuje IPOHNEm do kosza na śmieci i wyjmuje kolejnego IPOHNE’a ten bez zarzutu działa i nawet pomocny żółty przyjeciel zmienił MENU żeby opisy ikonek były po angielsku niestety znowu wrażliwość ekranu pozostawia wiele do życzenia, kręce głową z niezadowolenia na co już mi zostaje podany IPOHNE w pięknym modnym Różowym kolorze, jestem zaskoczony jak lekko i dobrze pracuje matryca oraz płynnościa działania, Niestety szybkie porównanie do IPHONE’ów za 4000Youanów i szybko odnotowuje wyjątkowo ubogie menu które działa co prawda szybko lecz poraża prostotą i brakiem funkcji.

Znowu kręce głową i ruszam do kolejnego stoiska. Znowu jest very cheap i small price tylko brakuje mi przekonania, że tani zakup będzie mnie cieszył czymkolwiek więcej niż niską ceną zakupu.

Podsumowując chyba nie stać mnie, żeby kupować telefon, który nie będzie spełniał pokładanych w nim założeń i po kilku uruchomieniach wyląduje w koszu, natomiast płacić kilkaset złotych na telefon który jest zdecydowanie lepiej wykonany lecz również nie ma gwarancji, że będzie działał również jutro uważam za całkowity bezsens. Natomiast kupowanie rzeczy elektronicznych „markowych” w Chinach nie daje obiecywanego przebicia cenowego. Zapewne jest to opłacalny biznes przy zakupach hurtowych i lepszej znajomości rynku, ja jako turysta nie mogę liczyć ani na zniżki ani program gwarancyjny.

Najprawdopodobniej powróce z kraju środka bez elektronicznego gadżetu.

Fil

21 lipca 2011 - Takie sobie azjatyckie męskie przemyślenia F.

0

Azjatki niektórym się podobają, jestem w stanie się zgodzić z tym stwierdzeniem, jeśli wykluczymy Chinki.

One są po prostu brzydkie. Na ulicy tłum… wszędzie tłum… kobiet statystycznie jest tylko pół tłumu, ale i tak nawet w tej połowie od razu wyróżniają się turystki – Azjatki nie Chinki. Całkiem inne rysy twarzy i czasem nawet ładne, bo Chinki to jednak tylko, co najwyżej do sprzątania i prania. Broń Boże do gotowania.

Przechlapane mają ci chińscy chłopcy

po primo - Chinki są brzydkie

po secundo - jedzenie, jakie oferują jest paskudne, nie dość, że wygląda jak na zdjęciach załączonych gdzieś… kiedyś… poniżej… oraz pachnie jak karma dla psa lub innym zepsutym czymś, to w smaku na razie nie odnalazłem jeszcze nieba dla mojego podniebienia,

Jedzenie jest do bani nigdy więcej kuchni chińskiej bardziej zaawansowanej niż zupki instant.

Ale wracając do urody tutejszych autochtonek, nie bardzo wiem jak opisać to co prezentuje ulica, bo z jednej strony w Polsce każdy mężczyzna wiosną biega z językiem na brodzie śliniąc się jak szczeniak, gdy przychodzi czas krótkich spódniczek; tutaj ciepło jest przez większość czasu i kobiety/dziewczęta ciągle paradują w krótkich spodenkach/spódniczkach/sukienkach warto jednak dodać, że ich nogi mają to do siebie że gdy stykają się kolana stopy nawet nie mają jak o siebie zawadzić. Wywrócenie poprzez zaplątanie nóg większości z nich nie grozi.

Odrywając się od ziemi poruszając się w stronę chmur ciężko odnaleźć ulubione w Europie zaokrąglenia zarówno w okolicach równika jak i przed ramionami niewiele się dzieje. Większość przypomina zasuszone patyki lub pulchne mortadelki, naprawdę nic smacznego.

No i sam koniec, czyli coś, co najczęściej widzę gdyż w tłumie dzięki swojemu wzrostowi czuje się jak wieża wartownicza w lesie… najczęściej widzę morze czerni przykrytej parasolkami.

Wszystkie Chinki są brunetkami, mają czarne albo czarne albo czarne a czasami farbowane/rozjaśniane włosy na brunatno/brązowe z czarnymi odrostami. Dlatego będąc wyższym niż miliard chińczyków na wysokości moich oczu są włosy lub czasem pręty rusztowana parasolek.

Parasolkom należy się więcej opisu. Muszę wspomnieć, że każda mniej lub bardziej elegancka Chinka nosi parasol, który chroni ją zarówno przed słońcem jak deszczem, o czym przekonaliśmy się dzisiaj. Co więcej dzisiaj własnoocznie widziałem, że średnio-rozgarnięta Chinka potrafi jechać na swoim motocyklu z rozłożona nad głowa parasolką w trakcie deszczu. Jak to mówią SZACUN.

Ale Parasolka to jest również ukryta chińska broń przeciwko mnie - zepsutemu zachodniemu imperialiście, jakaś parasolka nieustannie w tłumie czyha na moje oczka, dlatego zdroworozsądkowo chodzę w okularach lub czapce z daszkiem nasuniętej głęboko na czoło

Warto odnotować, że Magda też zakupiła już parasolkę – chyba stara się zasymilować.;-)

Wracając do Chinek…

Jak już napisałem wyżej są brzydkie, niekształtne to jeszcze te ich chińskie maniery …

Przecież to takie ludzkie, gdy się odbija posiłkiem to tak żeby inni słyszeli,

albo trzeba sobie splunąć/odcharknąć od serca pod nogi swoje lub czyjeś…. Bez krępacji to takie naturalne…

Nawet jak zdarzy się ładna Chinka to po chwili obserwacji i czar pryska…

Ale schodząc już z tematu nieurodziwych Chinek a wracając do opisu kraju środka

Długo żyli w izolacji, wierzyli, że są lepsi i nie chcieli przyjąć zachodniego stylu życia… wydaje mi się, że się głęboko mylili lub nadal powinni żyć w izolacji. Co prawda zabytki maja wspaniałe, zarówno oddzielający ich od cywilizacji Wielki Mur jak i broniąca ich cesarza Armia Terakotowa to prawdziwe cuda świata, ale również ich izolacja od świata zewnętrznego pokazujące ich mentalność, sami sobie środkiem i wypełnieniem, sami sobie bez ludzi świata zewnętrznego, jest ich na tyle wielu, że nie potrzebują jakichś przybłędów z innych krajów, cały czas turysta tutaj czuje się jak intruz, jak rozbitek na bezludnej wyspie, bo pomimo morza czarnych głów dookoła najłatwiej dogadać się pismem wymachiwanych rąk oraz prostych rebusów, Magda śmieje się, że w KALAMBURY osiągnąłem już poziom expercki. Ale jak na razie jedynie proste obrazki są w stanie skomunikować mnie na ulicy, chyba moja chińska wymowa pozostawia wiele do życzenia, choć wmawiam sobie, że mam akcent kantoński a nie czysto mandaryński.

Dzieci chińskie są tez brzydkie, ale maja to zapewne po swoich małourodziwych mamusiach;-)

Co więcej zaskakuje mnie sposób ubierania chińskich maleństw. Ich spodnie najczęściej mają rozcięcie w miejscu u nas nazywanym krokiem tak jakby spodnie to były dwie osobne nogawki połączone gumką w pasie.

Tego typu rozwiązanie ma swoje zalety, bo gdy dochodzi do chwili, gdy z maleństwa zaczyna się coś wysypywać albo wylewać to należy tylko dopilnować by nogawki nie pracowały, jako rynny wychwytujące…. To takie normalne przystanąć w tłumie i poczekać aż dziecko skończy wydalać na chodnik a następnie ruszyć dalej razem z masą sobie podobnych.

Rozkoszne zdjęcia dzieci znalezione w sieci:


Dzięki powyższej opisanym zdarzeniem mogę stwierdzić, że „Chinki nie mają w poprzek” (przynajmniej młode)

Na szczęście zaraz idziemy na darmowe piwo może poprawi mi humor

To pisałem ja

Co chyba każdy czytający załapał.

Fil

20 - 21 lipca 2011 - Xian

0

azjatycko wypoczywamy...

nie bedziemy pisać bloga bo nam sie nie chce i wracamy do odpoczywania.... ;-)

p.s. wczoraj i dzis znowu mamy darmowe piwo

p.p.s dzisiaj w ciągu dnia padał deszcz.. dzięki temu odpoczywa się jeszcze przyjemniej bo jest czym oddychać aczkolwiek wszytkie kałuże wyschły w ciągu 10 minut od zakończenia opadu


Fontanny przed Pagodą Wielkiej Gęsi - nocny pokaz

19 lipca 2011 - Xian - Armia Terakotowa

0

Jak trudno wstać o 8:30… Szuram japonkami pod prysznic. W trakcie szurania odrywam, że dużo ludzi już wstało. Jemy śniadanie i ruszamy na dworzec pociągowo-autobusowy (linia 603), jedziemy dziś zwiedzać Terakotową Armie i Terakotowe Konie (w Chinach podkreśla się, że oprócz wojowników są też konie). Do miejsca z wojownikami można dojechać linią 306 (koszt 7Y). Przed kasami nie ma wielkich tłumów, wielkie tłumy pojawia się jak będziemy wracać. Pit 3 i pit 2 to wykopaliska, mało widać, kilka skorup. Za to pit 1 to wojownicy w pełnej okazałości, oraz kilka stanowisk do odkrywania nowych skorup (niestety nikt nie pracuje).

Armię odkryto w 1974 roku podczas kopania studni.

Jest to największe odkrycie archeologiczne w XX wieku, nazwane 8 cudem świata.

Armia zostala zakopana podczas pochówku cesarze Qin Shi w 210 r p. n. e.

Armia miala strzec cesarza i pomóc mu zapewnić władzę po śmierci.

Wszystkie źródła wskazują, że nie ma dwóch takich samych wojowników.

Prace odkrywcze ciągle trwają…

PS. Dziś też mamy darmowe piwo.


Armia Terakotowa







Wyświetl większą mapę

18 lipca 2011 - Xian

0

Idziemy na stację kolejową sprawdzić skąd odjeżdżają busy do Armii Terakotowej oraz gdzie mamy się zameldować 22 lipca na pociąg powrotny do Pekinu. Ktoś, kto nie był nigdy na chińskiej stacji w poszukiwaniu informacji / biletu / pociągu nie może powiedzieć, że był w Chinach. Tego się nie da opisać, więc nie będę opisywać…

Ze stacji łapiemy autobus nr 30 (najpierw dogadujemy się z chińczykami gdzie ten autobus jedzie) i ruszamy do Big Wild Goose Pagoda. Pagoda robi wrażenie, jest zdecydowanie większa, lepiej zachowana i droższa niż jej koleżanka z poprzedniego dnia. Wejście do pagody, nie oznacza wejścia do pagody - tylko wejście do parku. Do pagody jest osobny bilet (bilet z wejściem na szczyt), nie wchodzimy. Ci co byli mówią, że nie warto. Park jest naprawdę duży i pełno w nim ciekawych zakamarków. Znajdujemy nawet pawilon gdzie można sobie dobrać amulet chroniący w zależności od znaku zodiaku. Podobno siła amuletu zależy od mnicha, który go robił (i do sklepu, który go sprzedaje – im więcej zapłacisz tym większa wiara, że amulet działa).

Wieczorem idziemy na Ancient Street, odkrywamy sklep z tanią herbatą oraz uliczkę z tanimi podkoszulkami, musze tam wrócić na zakupy.

Dziś znowu mamy darmowe piwo…

***

Zastanawiałam się dlaczego chińscy mężczyźni chodzą z koszulami podciągniętymi na brzuchu. Myślałam, że to na skutek gorąca, co by przewietrzyć skórę ale Fil dowiedział się, że to ma coś związanego z pępkiem i mocą kosmiczną czy też energetyczną… Muszę pociągnąć ten wątek bo mnie zaintrygował.

Pagoda Wielkiej Gęsi


Sklep z "długopisami"

Bell Tower nocą

17 lipca 2011 - Xian

0

Idziemy do Small Goose Pagoda, od murów obronnych to jakieś 6 kilometrów. Ponieważ cały czas gdzieś chodzimy bolą mnie już mięśnie o których istnieniu nie miałam pojęcia, a przynajmniej nigdy do tej pory mnie nie bolały. Chodzimy obok pagody, jest bardzo gorąco, martwimy się, że będziemy musieli wejść na samą górę (40 metrów po schodach). Jak to mówią, zapłacone trzeba zjeść. Podchodzimy do wejścia i okazuje się, że na szczyt pagody trzeba mieć osobny bilet, odczuwamy miłą ulgę. W dalszej części parku znajduje się Muzeum Xian, warto było tam wejść (pomijając klimatyzację ;-) W muzeum znajduje się dość bogata kolekcja figurek z gliny, z porcelany, z brązu (poziom -1), nudne były natomiast obrazki malowane na płótnie (poziom 1), jak z taniego chińskiego sklepu. Po wyjściu z muzeum, udaliśmy się w poszukiwaniu Antique Market’u. Kiedy już myśleliśmy, że nic z tego nie będzie, ukazało nam się stoisko z chińskimi antykami, jedno, drugie, trzecie… Cała hala chińskich antyków (jak na polskim Kole). Moim skromnym zdaniem znaczna część to podróbki, co nie zmienia faktu, że i tak ciekawie wyglądają. Nie mamy sił wracać na piechotę, łapiemy autobus nr 603 i śmigamy do hostelu. Dziś znów mamy kupon na darmowe piwo w knajpce…





Pokaż Bez tytułu na większej mapie

17 lipca 2011 - Xian i bilety do Pekinu

0

Bilety na pociąg do Pekinu wczoraj były, a dziś już nie ma. Co więcej nie ma przez najbliższe 10 dni. He nie zdążymy na samolot do domu ;-) Myślimy, że to dziwne, wczoraj bilety były, dziś nie ma… Może trzeba dać komuś jakąś łapówkę? Tylko komu i gdzie? Idziemy do hostelu, mówimy na recepcji, że nie ma biletów, a my musimy, a samolot, a powrót do domu… Dziewczyna gdzieś dzwoni, mówi, żebyśmy poczekali, a może bilety się znajdą. Czyli jednak trzeba kombinować ;-) Czekamy i czekamy i czekamy i czekamy… Po długim czekaniu oddzwania z dwiema wiadomościami, mówi, że jedna jest dobra, a druga zła. Krzyczymy - Fil „Od dobrej”, ja „Od złej” ;-) Zaczyna od dobrej, bilety są ! Tadam! Jednak wrócimy do Polski o czasie, zła jest taka, że to oczywiście dodatkowo kosztuje, ale spoko i tak duuuuużo taniej niż bilet lotniczy. Nasze bilety maja przyjść 21 lipca do hotelu, póki co są zarezerwowane. Łapówka wpłacona.

Acha, nie mamy też gdzie spać, tzn. nie mieliśmy. Dogadaliśmy się z dziewczyną z recepcji na mały pokoik między pralnią, kuchnia i klubem. Co prawda w ciemnej piwnicy ale kto by się tym przejmował, liczy się to, że ogólnie wszędzie jest blisko. W pokoiku nie ma okna, nie ma łazienki (nie mówiąc o deszczownicy :-), nie ma klimy ale jest tanio :-) Mam nadzieje, że się nie uwędzimy…

Teraz spokojnie możemy rozpocząć zwiedzanie.

15 lipca 2011 - Szanghaj i porno

0

Od rana porno.

Porno i duszno.



Przeprowadzamy się do Le Tour Hostel (stacja: Caoyang Road, linia 4). Organizujemy się w nowym miejscu i wyruszamy na kolejny dzień zwiedzania. Zwiedzanie zaczynamy od Wielkiej Michy. Zamawiamy miski noodli i pieczone japońskie pierożki z krewetkami. Dużo ludzi, dużo zamówień, dostajemy jakieś mięsko, pałaszujemy je szybko. Po chwili przychodzi moja micha noodli i drugie mięsko dla Fila, mówimy, że już jedno dostaliśmy ale oczywiście nikt nas nie rozumie, dziewczyna przynosi menu i pokazuje, że Filowi przysługuje mięsko do michy ;-) Mniam, mniam objedliśmy się jak nigdy.

Idziemy przez Nanjin Road, przechodzimy cały Bund, podążamy w kierunku Old Town. Wyczytałam, że warto zwiedzić Yuyuan Gardens. Warto, naprawdę piękny ogród w stylu dynastii Ming. Pawilony, oczka wodne, skały, ryby, dużo zieleni. Spokojne miejsce w centrum starego miasta. Z ogrodów udajemy się na bazar, przechodzimy koło Huxinting Teahouse – podobno najbardziej znana herbaciarnia, podobno. Szwędamy się po bazarze, Fil kupuje podkoszulek. Wchodzimy jeszcze do Temple of the Town God, też warto, to taoistyczna świątynia. Bardzo mi się podoba.

Fil odkrył dzisiaj lekarstwo na alergię. Nazywa się Żubrówka Biała i brak klimy.

Jutro o 7:15 lecimy do Xian.








Pokaż Bez tytułu na większej mapie