19 października 2012 – Podróż po Phuket - kulinarna przyjemność

0

Jedziemy poznawać południową część wyspy. Odpalamy Scoopy’iego i… wyruszamy pod prąd. Trzeba znowu się przestawić na lewą stronę, do końca dnia będę mówić Filowi: jedziesz pod prąd!, zły pas!, skręcasz nie w tą stronę!, uwaga! etc. Na szczęście cała wyprawa się udała i nikogo nie przejechaliśmy :-)

Pierwszy przystanek to Ao Chalong, zabawiamy krótko, oglądamy marinę i jedziemy dalej. Mamy nadzieję, że w następnym miejscu coś zjemy. Skuterujemy prosto do Ao Rawai i czeka nas bardzo miła niespodzianka – to fantastyczne miejsce. Takie jak lubimy! Mała plaża, mało ludzi, raczej cisza i spokój. Nad morzem łodzie z których sprzedawane są świeżutkie owoce morza, świeższych nie mogę sobie wyobrazić. Naprzeciwko stoisk z owocami morza jest kilka kanajpek do których można przyjść ze swoimi zakupami, a panie przyrządzą je tak, jak lubimy. Zamawiamy red snipera i talerz krewetek. Niestety nie mogę się pohamować i ponownie idę na zakupy. Kupuję duże krewetki i ośmiornice – proszę panią o przygotowanie w stylu BBQ. Po chwili objadam się smakołykami! Płacimy jakiś śmieszny rachunek, sama „usług kucharska” kosztuje ok. 50 B (!) czyli prawie za darmo. Fantastyczne miejsce!

Objedzeni jedziemy dalej. Trafiamy na Ao Nai Han, mała plaża w zatoce, bardzo przyjemne i ustronne miejsce, super ciepła woda, mało ludzi na plaży, cudo. Fil idzie na pożegnalną kąpiel w morzu.

Potem odwiedzamy jeszcze plażę Kata i Karon. Bardziej turystyczne i większe. Pewnie podróżowalibyśmy do nocy gdyby nie fakt, że o 18 mamy autobus powrotny do BKK. Szybko pomykamy stronę miasta, o 17 oddajemy skuter, jeszcze szybki prysznic, kolacja i jedziemy na dworzec. W cenie bilety mamy taxi oraz super miejsce w autobusie – na samym przodzie! Cieszymy się bardzo, dużo miejsca, wszystko widać… niedługo mamy się przekonać, że nie są to tak wspaniałe miejsca jak nam się wydaje.

Ruszamy, w telewizji leci „Dzień Niepodległości”, co prawda po tajsku ale to film w którym liczy się obraz statków kosmicznych, a nie dialogi. Robi się miło. Nawet klima jakoś mi nie przeszkadza. Stajemy na przerwę, można zrobić siku, można coś zjeść. Po przerwie film zostaje wyłączony. Co zostaje włączone? Tajki kabaret. Co zostaje zrobione? Kierowca podgłaśnia dźwięk. Gdzie jest głośnik? NADE MNĄ! Do tego odpalają klimę na maxa. Hiszpanie koło nas też się mrożą, ona wtyka reklamówki w klimę, jej chłopak ma już chyba zapalenie płuc. Nie mogę tego wytrzymać, ryk i mrożenie! Na kolejnym przystanku Fil pokazuje kierowcy, że już go bolą uszy. Pomaga na dźwięk, TV zostaje wyłączony. Klima niestety nie. Mam na nią sposób, trzeba włożyć całą głowę pod trzy warstwy koc i wtedy nie czuć zimna. Co prawda średnio się oddycha ale to problem drugoplanowy.

Rankiem docieramy do BKK. Co za ulga… Jak ja uwielbiam gorące, wilgotne powietrze!






























0 komentarze:

Prześlij komentarz