9 czerwca 2013 – Tbilisi -> Kazbegi

Gruzińska legenda mówi, że kiedy Pan Bóg rozdzielał ziemię między poszczególne narody, zachował dla siebie najpiękniejszy kawałek. Kiedy już skończył, okazało się, że pominął Gruzinów, którzy w tym czasie pili wino za jego zdrowie. Cóż było robić - musiał im oddać swój wymarzony zakątek… To jedna z gruzińskich legend mówiąca o początkach Gruzji.

Dla mnie pierwsze spotkanie z Gruzją było podróżą w czasie. Oczywiście podróżą wstecz.

Wysiadamy na lotnisku i czekamy 2 godziny na pierwszy poranny autobus do centrum Tbilisi. Ruch na lotnisku zamiera około godziny 5 rano, wtedy odlatują wszystkie samoloty i robi się zupełnie pusto, cicho, sennie. Po kilku godzinach wciskamy się do pierwszej marszrutki, plecaki na kolana, dwa głębokie wdechy i jedziemy… Ludzi przybywa i przybywa, dziwne, że samochód nie eksploduje. Wysiadamy na pierwszej możliwej stacji i wchodzimy w dług betonowy korytarz metra. Wszędzie pełno kurzu, staruszki sprzedające skarpety i sznurówki na foliowych workach, chłopaki w szeleszczących dresach, pełno dymu papierosowego, nierówna posadzka… Witamy w Tbilisi! Kręcimy się i po kilku chwilach podchodzi do nas łysy kolega – Metro, metro! I pokazuje kierunek paluchem. Miło z jego strony.

Metrem docieramy na dworzec autobusowy Didube. Mijamy pierwszych naciągaczy, mijamy drugich naciągaczy i trzecich… W końcu trafiamy do właściwej, oficjalnej (czyt. tańszej) marszrutki jadącej do Kazbegi. Dworzec jak z lat ’80 (no może początku ’90), ryby, waluta, owoce, kurczaki, jaja, chleb, kurz, brud, kałuże, błoto i wszech obecne papierosy… Czekamy dłuższą chwilę aż marszrutka się zapełni i ruszamy Gruzińską Drogą Wojenną w Kaukaz.


Dworzec marszrutkowy - Didube "Kaaaaazbegi! Gori! Batuuuumi! Kaaaaazbegi! Gori! Batuuuumi!"




 

W oddali nieśmiało pokazuje się pomnik przecudnej urody. Pomnik przyjaźni rosyjsko-gruzińskiej. Tak, tylko "prawdziwy" przyjaciel postawiłby "prawdziwemu" przyjacielowi taki pomnik...
  

 

Po ok. 3 godzinach jesteśmy na miejscu – Kazbegi witają nas pochmurną pogoda i lekkim deszczem. Samo miasteczko jest bardzo małe, zaskakuje mnie, że nigdzie nie ma reklam, afiszów, tabliczek etc. Wszędzie łażą krowy, świniaki, a jeśli chcemy trafić w jakieś miejsce wystarczy zapytać pierwszego lepszego Gruzina.

W Kazbegach od początku wszystko idzie pod górę (i nie mam tu na myśli geograficznego położenia), nie ma małych butli z gazem, nie ma również pogody. W Mountain Travel Agency (pustostan ze sprzętem górskim do wypożyczenia :-) dowiadujemy się, że czekają już kilka tygodni na gaz, mogą nam pożyć jedną lub nawet cztery butle, które znieśli ludzie z góry, możliwe, że coś w nich jeszcze zostało ;-) Bierzemy tylko raki i decydujemy się na wspinaczkę.


Wejście do Travel Mountain Agency




Pogoda dopisuje do wysokości kościoła Tsminda Sameba (2200 m npm), a z ostatnimi ludźmi schodzącymi z góry, znikają ostatnie promienie słońca. Fil rozmawia chwilę z popem, po czym wychodzimy na niewielkie wzniesienie i rozbijamy namiot. Zbieram gałęzie na ognisko ale w chwili kiedy kończę to robić zaczyna lać. Pakujemy się ze wszystkim do namiotu i czekamy... Pada cała noc, jest dość zimno (ok. 5 stopni). Towarzyszą nam pies, krowy i dzikie lisy o których istnieniu dowiemy się rankiem kolejnego dnia.
    

Mój cel jeszcze nigdy nie był tak jasno określony :-)


Jak wadomo przed każdą drogą należy coś zjeść, tutaj jemy pierwsze khinkali (w Chinach - dim sum'y, w Nepalu - momosy, w Polsce - uszka / pierogi, generalnie technika zawsze jest taka sama: cienkie ciasto z nadzieniem mięsnym / warzywnym ugotowane na parze lub w wodzie)


Najlepsza knajpa w mieście :-) Centrum spotkań towarzyskich, centrum "obgadywania" planów, wielkich nadziei, wymiany informacji i lizania ran.

 
No to w drogę...














 

Tak powstaje gruzińskie mleko o smaku kaKAŁowym ;-)


Tsminda Sameba 






Tak wygląda namiot, pies i drewno na ognisko minutę przed ulewą ...

3 maja 2013 – Tatry – Dolina Małej Łąki – Dolina Strążyska

Droga pod Reglami - Przełęcz Przysłop Miętusi - Dolina Małej Łąki (Mała Polana) - Strążyska Polana - Dolina Strążyska - Droga pod Reglami

Początek dnia jak to w górach: słońce, niebieskie niebo, lekki wiatr. Dwie godziny później łapie nas deszcz z gradem na wysokości przełęczy, stalowe niebo zapowiada burzę. Decydujemy się zejść Doliną Małej Łąki i wrócić do Doliny Kościeliskiej. W trakcie schodzenia spotykam staruszkę z którą wdaję się w pogawędkę, okazuje się, że idzie dalej i deszcz jej zbytnio nie przeszkadza, burzę przeczekała pod drzewem. Skoro jej nie przeszkadza, to mi tym bardziej. Wracamy na górę :) Trasa jest fantastyczna, wraca pogoda.

Na Strążyskiej Polanie jest mała "herbaciarnia" górska, można też coś zjeść. Niestety są również dzikie tłumy. Jesteśmy głodni i próbuję dostać się do środka do okienka aby coś zamówić. W tym samym czasie na zewnątrz zaczyna padać deszcz. Po 5 minutach dostaję dwie gorące kwaśnice, niestety nie mam jak się wydostać do Fila... Ludzie zablokowali wyjście. Zjadam swoją michę, wszak z jedną będzie mi łatwiej wyjść. Drugą Fil zjada pod parasolem. Za chwilę przestaje padać i wracamy przez całą dolinę do drogi pod Reglami.

Na drodze spotykamy stadko owiec i dwóch baców. Postanawiamy nabyć trochę bundzu na śniadaniem, a przy okazji spróbować żentycy (serwatka z mleka owczego). Nieobyci z dziwnymi jedzeniami i napitkami po wypiciu żentycy mogą mieć przeczyszczony żołądek... Na szczęście nam nic nie jest, a wypijamy garnek sporych rozmiarów.

Wieczorem zaliczamy jeszcze Krupówki - czyli zakopiański koszmar i powoli oswajamy się z myślą, że jutro trzeba będzie wracać.

Dolina Małej Łąki









Giewont



Zamknięty szlak na Giewont





Dolina Strążyska



Owiece :)



Widok z drogi pod Reglami

2 maja 2013 – Tatry – próba wejścia na Ciemniak

Dolina Kościeliska - Polana Upłaz (1309 m npm)

Dzień rozpoczął się pięknie: śniadanie, słońce... Początkowo nic nie stało na przeszkodzie aby wyruszyć w stronę Ciemniaka (2096 m npm). Z Doliny Kościeliskiej na sam szczyt prowadzi szlak czerwony, czas przejścia ok 190 min. Po ok. 30 minutach już wiem, że szlak nie należy do moich ulubionych, męczące podejście, ni to ścieżka, ni to kamienie. Dochodzimy do polany i łapie nas deszcz, siadam pod drzewem i zaczynam wcinać kanapkę popijając ciepłą herbatą. Deszcz przeradza się w burzę z gradem. Na górze zaczyna się błyska, decydujemy, że nie ma sensu brnąć w tych warunkach wyżej. Przekonuje nas też para schodząca w dół, przemoczeni, mówią, że im wyżej tym gorzej.

Najedzeni zaczynamy schodzić, jak zwykle w takich wypadkach zaczyna się przejaśniać i nawet wychodzi słońce. Przed nami pod górę wspina się pan z brzuszkiem oraz dwójką dzieci (na moje oko nastolatkowie). Pozawijani w reklamówki, w krótkich spodenkach dziarską prą do przodu. Mijamy się i pan uprzejmie pyta czy dobrze idzie na Kasprowy? Robimy wielkie oczy i pytamy, na Kasprowy? Otóż pan sobie wymyślił trasę na Czerwone Wierchy, potem szczytami wzdłuż granicy i zjazd kolejką z Kasprowego Wierchu... Jednak ludzka głupota nie zna granic.












1 maja 2013 – Tatry – Dolina Pięciu Stawów


Palenica Białczańska - Wodogrzmoty Mickiewicza - Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich (1670 m npm).

Zabawa zaczyna się na wysokości ok. 1423 m npm, ostatnie podejście do schroniska zasypane jest śniegiem. Śniegu jest miejscami do wysokości kolan, pod śniegiem płyną strumienie. Co chwilę zapadam się i czuję jak po butach płynie mi woda. Nowe buty spisują się rewelacyjnie, nie przemakają, oddychają. W sumie to jestem nawet zaskoczona, że po kilku wodnych przejścia w środku jest nadal sucho. Od góry niezłą izolacje przed wodą i śniegiem zapewniają też stuptuty. Tak uzbrojona mogę brnąć w śniegu. Wg mapy podejście powinno zająć nie więcej niż 35 min. ale w śniegu trwa to 45-50.







Schronisko w Dolnie Pięciu Stawów czynne jest cały rok, można na miejscu zjeść szarlotkę (najlepsza schroniskowa szarlotka w Polsce!) czy wypić piwo. Z odpoczynkiem gorzej, gdyż schronisko oblegane jest przez tłumy. Swoją drogą większość ludzi to kompletni ignorancji jeśli chodzi o przygotowanie do wyprawy górskiej. Tenisówki (sic!), trampki, reklamówki, brak kurtek, bluzeczki rodem z Orsaya, cienkie skarpetki... Brak słów. Niewielu doczytało również, że w maju szlak z Doliny Pięciu Stawów do Morskiego Oka (przez Świstówkę) jest zamknięty z powodu ochrony terenów lęgowych kozic.

Pijemy colę i udajemy się w drogę powrotną. Przechodzimy nad brzegiem Przedniego Stawu Polskiego, mijamy Mały Staw i przed Wielkim Stawem skręcamy w prawo. Zaczyna się jazda w dół ;) Ostre śnieżne podejście = ostre śnieżne zejście! Dzięki kijom trekingowym unikam zjazdu na tyłku i dość sprawnie schodzę do Wodospadu Siklawa. Zimą jest naprawdę cudny! Przed nami jeszcze długie zejście w dół, więc nie tracimy czasu i po krótkiej sesji ruszamy w dół.












ps. Nina z Grzegorzem byli w tym czasie w Schronisku przy Morskim Oku. Zaraportowali, że Morskie Oko skute jest lodem, a przejście do około stawu zasypane jest lawinami, które schodzą m.in. z Mięguszowieckiego Szczytu.



Czasówki:
Palenica Białczańska - Wodogrzmoty - 45 min
Wodogrzmoty - rozwidlenie Dolina 5 Stawów vs. Siklawa - 80 min
rozwidlenie - Schronisko w Dolinie 5 Stawów - 35 min bez śniegu / 45 - 50 min w śniegu
Schronisko - zejście na Siklawę - 15 min
Siklawa - rozwidlenie - 25 min bez śniegu / 30 - 35 w śniegu