13 listopada 2013 – Nyuangshwe - Inle Lake

0

Dziś płyniemy na jezioro Inle, do hotelu przychodzi po nas „boat driver” i dumnie prowadzi przez całe miasto. Kroczy z podniesiona głową w czerwonym longi w kartkę i bluzie z trupimi czaszkami. Ledwo za nim nadążam ale cieszę się, że idziemy tuż za nim, nikt nas nie zaczepia i nic nie proponuje w końcu prowadzi nas „boat driver”. Na przystani pełno łodzi, do wyboru do koloru, w każdej łodzi są mini krzesełka, poduszki oraz parasolki. W naszej części turystów niezbyt dużo. W końcu ruszamy… najpierw kanałem do końca wsi, potem kanał się rozszerza i zaczynają się bagna, podmokłe tereny i zielenina. Im bliżej tafli jeziora tym więcej tabliczek „bird watching”. Nie wiem jakie ptaki wytrzymałyby codzienny huk silników łodzi, po ptakach ani śladu. W końcu wpływamy na jezioro…

Na samym początku atakują nas rybacy, pokazując złowione ryby i nachalnie proszący o pieniądze. Niestety pokazanie zdechłej ryby nie robi na mnie wrażenia i szybko się oddalamy. Woda w jeziorze ma kolor atramentowy, to zasługa słońca które mocno grzeje. Słońce słońcem ale jak pomyka się łodzią to wcale nie jest tak ciepło. Pierwszy przystanek to pływający ogród warzywny, rosną tu pomidory. Woda w tym miejscu ma głębokość ok. 2 metrów, a pomidory rosną na małej wysepce. Do każdego krzaka podpływa się łódką i zrywa dojrzałe, czerwone kulki.

Część jeziora, która jest zamieszkała nie jest zupełnie jeziorem. Są to raczej mini wysepki, bagna, bardzo podmokłe tereny. Można powiedzieć, że osady są poprzecinane kanałami wytyczonymi w wyciętej roślinności. Oczywiście, są też domy stojące zupełnie w wodzie, jednak nie jest to całkiem pływająca wioska, którą widziałam na jeziorze Tonle Sap (Kambodża). Ponieważ „boat driver” ma tylko nas na pokładzie, możemy wybierać co chcemy zobaczyć i gdzie płynąć. Nie męczy na odwiedzaniem kolejnych sklepów, jak to zwykle bywa w krajach azjatyckich, na azjatyckich wycieczkach.

Po ogrodach warzywnych płyniemy na targ. Oczywiście prawie cały targ to sprzedawcy pamiątek. Trzeba przyznać, że nie są tak strasznie nachalni, jeśli nie chce się czegoś kupić, to się nie denerwują, obniżają ceną, a przede wszystkim się uśmiechają. Na końcu stoisk z pamiątkami znajduje się prawdziwy targ warzywny, tęcza kolorów i zapachów. Czerwone i zielone chili, żółte pomarańcze, czerwone kukurydze, lokalna zielenina, przyprawy wszystkich kolorów, różowy czosnek, dziwne korzenie i wszyscy żyjący czerwony betel. Czerwony betel sprawia, że ludzie mają czerwono-bure zęby i usta. Cudownie!

Nasz „boat driver” mówi, że możemy wstąpić jeszcze do tego sklepu ze srebrem ale nie musimy. Skoro nie musimy to wstępujemy. Zawsze mnie śmieszą inscenizacje pt. tak robimy nasze produktu :) Jak to powiedział Fil „Jubilerstwo na pokaz siedzą chlopaki i dmuchaja w ogień oraz rozgrzewają metal i studzą - nic innego nie robią. Jak ich zapytalem po co to grzeją to nie wiedzieli ale z zapałem grzali.” ;)

Drugim turystycznym skansenem do którego płyniemy jest fabryka materiałów. Na drewnianych krosnach siedzi kilka osób i tka materiał. Całość wygląda jak żywcem wyjęta ze średniowiecza. Maszyny są drewniano-bambusowe, nitki ręcznie pozyskiwane, plecione, barwione, materiały ręcznie prane… Materiał na jedno męskie longi robi się tydzień, nitka po nitce. Fil stwierdza, że szacun dla pana tkającego longi splotem shan.

Odwiedzamy również pagody – dla mnie to najfajniejsze chwile (pomijam fakt, że jest w nich zwykle chłodniej :) Bardzo lubię atmosferę jaka w nich panuje - wszech ogarniający spokój.

Shwe Inn Thein Paya
Kompleks ze stupami, podczas inwentaryzacji w 1999 r. doliczono się 1054sztuk, my jednak widzimy takie z plakietkami z datami budowy po roku 2000. Część z nich jest po renowacji, część przed, a duża część jej niestety nie doczeka. Do samej świątyni prowadzi droga w formie schodów ok. 2 kilometrów, na szczęście cała pod dachem, cała zastawiona straganami z pamiątkami.

Zanim jednak trafimy do samej świątyni odbijamy w bok (w sumie chyba nie wiedzieliśmy, że trzeba iść tymi schodami, choć zawsze stragany z pamiątkami wyznaczają kierunek) i trafiamy do starych zrujnowanych stup. Od przewodnika z grupy, na którą trafiamy w pobliskich krzakach, dostaję potwierdzenie, że stupy są budowane z wyraźnymi wpływamy khmerskimi. W jednej z nich znajdują się zachowane freski, rzadkość w tego typu budowlach. Wszystkie starsze panie z tej izraelskiej wycieczki gramolą się do budowli aby zobaczyć malowidła, ale żadna nie może zejść na dół. Tracimy mnóstwo czasu zanim ostatnia zdobywczyni zlezie przytrzymywana przez męża i przewodnika. Nie znają podstawowej zasady, która brzmi: nie właź tam, skąd nie zleziesz.

Nga Hpe Kyaung
Dawniej zwana Jumping Cat Monastery. Dopytuje naszego boat drivera czy koty będą skakać. Na co dowiaduję się, że skoki kotów zostały zabronione i kotów już nie ma. Ciekawe dlaczego? Ekolodzy? Koty zdechły? Nie ma i koniec. W świątyni znajduje się kolekcja starych wizerunków buddy oraz ogromny drewniany hol wybudowany na palach gdzie można oddawać się medytacji lub porozmawiać z mnichami.

Phaung Daw Oo Paya
Podczas jednego ze świąt, wizerunki buddy z tej świątyni pływają po jeziorze na specjalnej barce. Ja zapamiętam to miejsce z tego, że posadzka przed świątynia była polewana zimna wodą i o mało nie wywinęłam podwójnego tulupa, zakończonego złamaniem nogi :)

W drodze powrotnej mijamy jeszcze plantację tytoniu na jeziorze. Powrót jest bardzo przyjemny na jeziorze jest mało turystycznych łódek, a dużo rybaków. Ostatniemu, które pozuje, daje jakieś drobniaki, w końcu wykonał swoją pracę.

Podsumowując to był bardzo przyjemny dzień, może gdybym nie była wcześniej na Tonle Sap to wszystko robiłoby na mnie większe wrażenie. Najciekawszą rzeczą, która warto zobaczyć to rybacy łowiący ryby tradycyjną metodą koszykiem bambusowym oraz ich unikalny sposób wiosłowania poprzez owinięcie wiosła nogą. Reszta jest wszędzie w Azji podobna.



















0 komentarze:

Prześlij komentarz