05.12.2010 - Wietnam, Mui Ne

0

Mui Ne - Sajgon

Dziś obudził nasz deszcz. Dochodzi 7 rano, powoli przestaje padać, pewnie znów będzie gorąco. Popołudniu wyruszamy w drogę do Sajgonu (250 km).

Teraz czas na obfite śniadanie...

Z plażowania w ulewę nici, wyjątkowo leje. Pakujemy się i oglądamy film "Sweet November" taka sobie komedyjka romantyczna, w połowie filmu przestaje padać, płacimy za pokój i idziemy na ostatni spacer. Autobus ma przyjechać o 13 więc mamy dwie godziny. Idziemy na ostatnie zimne piwo i krewetki do Lam Tonga... O 13 jesteśmy w miejscu odjazdu autobusu z nami grupka backpackersów, pytamy o której będzie autobus, będzie za 10 minut... Kiedy każą nam czekać w restauracji jest już jasne, że to będzie azjatyckie 10 minut. 15, 20, 30, 1h, 1h 20 min... Jeeeest pojawia się autobus ale zanim odjedziemy, Ci co są już autobusie muszą zjeść lunch, więc czekamy kolejne 20 minut. Tak się robi biznes w Azji - autobus się nie śpieszy więc restauracja się kręci.

W autobusach typu soft sleeper kluczowe jest miejsce. Najważniejsze to nie leżeć na dostawce w przejściu. Dostawki (pomijając fakt, że nie są bezpieczne - przy hamowaniu leci się do przodu jak worek ziemniaków) są strasznie ciasne i generalnie śpi się z kimś "ciało do ciała, usta do ust". Jak tylko zaczynają wpuszczać do środka, zajmuje dwa miejsca blisko przodu, na 2 piętrze. Na pierwszym miejscu kokosi się Angielka ale jej szczęście nie trwa długo, wpada Wietnamczyk i mówi, że z pierwszych miejsc wynocha na dostawki, bo pierwsze są już zarezerwowane. Fil leży na pierwszym środkowym ale jest dwa razy większy od Wietnamczyka więc zerka tylko na niego i mówi, że to jest jego miejsce i tu będzie leżał. Wietnamczyk przegania Angielkę. Ruszamy...

Po chwili jazdy zwalniamy i Wietnamczyki zaczynają coś kombinować. Fil zerka do kierowcy i widzi, że na na desce rozdzielczej pali się mnóstwo czerwonych lampek. Generalnie wszystko co możliwe pali się na czerwono. Przyspieszamy, zwalniamy, przyspieszamy, zwalniamy i trochę lampek gaśnie. Prędkościomierz oczywiście nie działa. Jedziemy. Kierowca ma fantazje, to się czuje od pierwszego momentu. Wyprzedza na pierwszym zakręcie i... rzuca nas wszystkich do przodu. Chyba zdaje sobie sprawę, że przegiął. Fil zapina pas, mój niestety nie działa. Nie ma mowy o spaniu. Dalej jest już spokojnie. Przed Sajgonem pomykamy na długiej, prostej. Ile jedziemy nie wiem bo przecież prędkościomierz nie działa ;) A tu nagle...

"Jechał sobie powiem szczerze, Wietnamczyk w bus sleeperze
Mijał lasy, czarne chmury, jechał szybko było z góry
Za zakrętem stali, autobus mu zabrali
Chłopcy już się cieszą, backpackersi idą pieszo"

Tak, tak w Wietnamie też jest policja. Zatrzymują, robią przegląd tzn. przegląd ogranicza się do sprawdzenia czy działa klakson (to najważniejsze w Wietnamie) i wlepiają mandat za przekroczenie prędkości. Wietnamczyki klną, a przynajmniej tak mi się wydaje. Zwalniamy tempo jazdy, zresztą zaczyna się Sajgon.

Wysiadamy - uwaga - dokładnie w tym miejscu w którym chcieliśmy! Pierwszy raz w Azji, wiemy dokładnie gdzie wysiadamy :) Jest 19, plecaki na plecy i idziemy szukać noclegu. Sajgon pod tym względem jest jeszcze lepszy nić BKK, ma swoją dzielnicę backpackerską :) Drzwi w drzwi pokoje do wynajęcia, pierwszy nawet niezły ale ciut drogi, drugi, trzeci, czwarty też, kolejny śmierdzi grzybem ale tani, idziemy dalej, w końcu jest pokój za 10 dolarów ale recepcja wygląda tak, że nie zostawiłabym tam kota na przechowanie. Kolejne dwa pełne, w końcu znajdujemy miłą dziuplę w "Chi Cafe". Jest ciepła woda i łazienka, pościel wygląda na świeżą, nie śmierdzi, jest wiatrak i nawet klima, bierzemy.

Biorę gorący prysznic. Fil w tym czasie odkrywa, że w naszym pokoju są dwie dziury w ścianie - tak jakby ktoś zapomniał zamontować wiatraka. Przez dziury wlatują moskity. Idzie więc na recepcję wytłumaczyć pani, że trzeba czymś owe dziury zalepić. Podobno nie było łatwo ale w końcu przyprowadza dziewczynę na górę. Szczęśliwy wraca w taśmą, dwoma kartkami i krzesłem :)

Idziemy coś zjeść. Już widać, że Sajgon to szalone miasto w którym można się zakochać od pierwszego spojrzenia. Jestem zmęczona po całym dniu drogi, a tu na każdym kroku ktoś mnie zaczepia - visit my shop, see menu, just look, come to my shop please, best menu, just visit us, cheap cheap, just see... Do tego muzyka łomocząca z każdego zakamarka - reagge, rock, wietnamski pop... I jeszcze klaksony - pi, pi, pi, pi!!!! Wszystko to robi mieszankę wybuchową. Po godzinie byliśmy w naszej cichej dziupli.

Na dobranoc postanowiłam dokończyć film "Sweet november" w końcu to lekka komedia romantyczna dobra na zakończenie dnia. Skończyliśmy rano oglądać komedię, a druga połowa to był dramat. On ja kocha, ona umiera, on rzuca dla niej wszystko, ona prosi żeby odszedł, żeby zachował tylko wspomnienia. I co? I oczywiście przepłakałam ostatnie 30 minut filmu. Taka to romantyczna komedia była.

0 komentarze:

Prześlij komentarz