02.12.2010 – Wietnam, Mui Ne

0

22 godziny jazdy, padamy ze zmęczenia. Wysiadamy w Mui Ne i zaczynamy szukać noclegu, sytuacja nie wygląda tak różowo, fajne hotele, bungalow’y są bardzo drogie, a tańsze guesthousy zajęte. Wleczemy się głodni przez cale Mui Ne, jeden pokój przy barze (co zwiastuje głośną noc), kolejny co wygląda jak sala szpitalna (brrr), lokujemy się dopiero w trzecim. Jest przez ulicę z ładną plażą, ma ciepła wodę i okno – bierzemy. Po szybkim jedzeniu, bierzemy prysznic i udajemy się na plażę. Nasza część jest śliczna, czysty piasek, zero śmieci… Ale wystarczy pójść pół kilometra dalej aby zobaczyć, że Wietnamczycy potrafią sami zepsuć, to co maja najcenniejszego – wyrzucają na plażę miliony śmieci, śmieci, śmieci…

Znajdujemy street food z czystym kawałkiem plaży, nie będę popierała śmiecenia, nawet za niższą cenę jedzenia. Wybieramy 3 ogromne krewetki z grilla, pychotka! Później znajdujemy fajny bar na plaży blisko naszego miejsca zamieszkania, bierzemy butelkę wina krewetki i smażoną ośmiornice z pieczywem czosnkowym całość 7,5 US dolara. Leniwie sączymy wino i podjadamy smakołyki.

Jutro czas na plażowanie...






0 komentarze:

Prześlij komentarz