Maj 2008 - Słowacja

0


Czekamy na autobus: my, Puszki dwa (Karolina i Mirek) oraz moja Mama. Czekamy i czekamy, a tu podjeżdża takie coś małe, ogórkowate... Tak! To nasz autobus, pakujemy się do środka - my i nasze bagaże. Bagaży w środku będzie przybywać razem z osobami, ale nic to, wytrawnego podróżnika nie zraża chwilowa (kilkugodzinna) niewygoda - grunt, że jest na czym usiąść i posuwamy się do przodu - na Słowację. Pierwszy przystanek to baseny termalne Meander Park Oravica. Przebrani w skąpe kostiumy kąpielowe pędzimy do basenów na zewnątrz. Wybiegamy i... zimno! Wskakujemy do basenu, nikt nic nie mówi, pływamy aby się rozgrzać, zerkam za płot, a na stoku najprawdziwszy śnieg. Śnieg i kostium kapielowy raczej nie łączy się w parę Dopiero po pewnym czasie okazuje się, że wskoczyliśmy do prawie pustego, zimnego basenu, ciepła woda znajduje sie w drugim końcu :) A tam "ciało do ciała", cieplutka woda, wodne łóżka, gorące bicze, gorące jeziorka, solanki, sauna, para...

Po basenach głodni i zmęczeni wpakowaliśmy się do "ogórka" i wyruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca noclegowego. Owo miejsce znajdowało się pod miejscowością Rajeckie Teplice ale ani GPS, ani mapa, ani "koniec języka za przewodnika" nie pomogło w znealezieniu tego miejsca. Jak tam dotarliśmy - naprawdę nie wiem :) To było pod górkę i w lesie. Wieczór składał się z jedzenia kolacji, jedzenia grilla, dowcipów na czerwoną kartkę i %... Rajeckie Teplice zwiedziliśmy rownież wypuszczeni z ogórka.

Słowackie Betlejem oraz wieś Cicmany











Kolejny dzień to wyprawa na baseny termalne Bešeňová. Kolejka do basenu długa, ale sprytnie udaje się ja pokonać kupując bilet grupowy :) Baseny są większe, szatnie mniejsze, a woda bardziej podstępna (rozpuściła kąpielówki na tyłku pewnej osoby :) W zewnętrznych basenach woda jest bardzo gorąca, posiedziałam dłużej i powoli zaczęłam osuwać się na dno - na szczęście Fil czuwa! Po basenach wizyta w szopce Słowackie Betlejem w Rajeckiej Leśnej. Mały, siwy staruszek Józef Pekara wymyślił sobie ruchomą szopkę, a potem całą Słowację i postanowił to wszystko wyrzeźbić, natomiast całość ożywił Stanisław Machovcak. Robi wrażenie! Kolejnym przystankiem była wieś Cicmany z malowanymi domami.


Wyprawa na zamek w Bojnicach (Zamek Czarnej Wiedźmy) zaczęła się mało ciekawie. Pod zamkiem gigantyczna kolejka, gorąco i zimno na zmianę, trochę deszczu, mnóstwo ludzi, limity w wejściach... Zastanawiałam się co takiego jest w srodku, że tylu ludzi szturmuje wejście? A w środku był
Kolejne zjawy oprowadzały po komnatach i opowiadały historię zamku, aktorzy odgrywali sceny z życia zamkowego, duchy straszyły po kątach, najbardziej niesamowite wizje okazywały się prawdą, wypchane zwierzęta ożywały, a kobiety rodziły... Taki sposób zwiedzania zamku jest fantastyczny, chciałabym jeszcze raz pojechać na ten festiwal, tego się nie da opisać.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się ma obiad i małe zwiedzanie w miejscowości Lewocza. Właściciel knajpy w której jedliśmy obiad uwijał się jak w ukropie, w pełni zasłużył na duży napiwek, rzadko zdarza się aby ktoś tak obsługiwał gości. Lewocza to male urokliwe miasto, w samym centrum rynku znajduje się klatka dla niewiernych żon :) Podobno zamykano w niej po 3 żony na 3 dni. Klatka wygląda dość przestronnie ;)

Po prawej kolejka do zamku w Bojnicach, po lewej klatka dla niewiernych żon w Lewoczy















Wstąpiliśmy jeszcze pod ruiny Spiski Hrad - imponujące, podobno są to największe ruiny w Europie Środkowej. Szkoda, że nie było czasu aby je dokładnie zwiedzić. Napewno tam wrócimy. Ostatnim przystankiem przed powrotem do domu było urocze miasteczko Bardejów (była tam już wcześniej) jednak bardzo przyjmnie było znów przespacerować się po ogromnym rynku.

Listopad 2007 - Gran Canaria

0

Maspalomas
Playa de Maspalomas
Playa del Ingles

Maspalomas - Roque Nublo - Teror -Firgas - Agaete - Anden Verde - Puerto de Mogan


Roque Nublo (Palec Boży) to charakterystyczny monolit widoczny z daleka, najbardziej znana skała na całej wyspie. Wejście zaczyna się bardzo łagodnie i spokojnie, u podnóża góry myślisz, że wejście na szczyt zajmie 15 minut... Nic mylnego, ściezka na szczyt wije się, zakręca, wznosi i opada. Cała trasa w najkrótszej wersji zamuje 45 minut. Szlak prowadzi również obok mniejszej skały El Fraile (Mnich), która rzeczywiście przypomiona modlącego się mnicha. Roque Nublo ma wysokośc 65 metrów i z bliska wydaje się znacznie większy, niż patrząc z daleka. Wejście na sam wierzchołek wymaga bardzo dobrych umiejętności wspinaczkowych i bardzo mocnych mięśni brzucha :) Widok zapiera dech w piersiach... Ogromna czasoprzestrzeń.

Z Roque Nublo udaliśmy się zwiedzić Teror - "mała Częstochowa". Urocze, małe miasteczko z białymi domami z fantastycznymi, rzeźbionymi balkonami. Prawdziwe cuda. Główna ulica kończy się placem przed bazyliką Matki Boskiej Sosnowej. Uwaga! Chcieliśmy wejść do środka bazyliki przez główne drzwi, zgodnie z informacją w przewodniku musieliśmy poczekać godzinę do otwarcia. Po godzinie i nastu minutach okazało się, że dla zwiedzających jest boczne wejście do bazyliki! Bazylika swoją nazwę zawdzięcza obajawieniu Matki Boskiej na gałęziach sosny w XV w. Miejsce warte zobaczenia!

Następnym przystankiem w trasie po Gran Canarii była miejscowość Firgas - słynna z wód mineralnych. W centrum miasta znajdują się Paseo de Gran Canaria czyli długie schody ze sztucznym wodospadem pośrodku i rzędem kolorowych, wykładanych fajansowymi płytkami ławek wzdłuż jednej ściany. Każda ławka jest poświęcona jednemu z 21 miast na Gran Canarii - przedstawia jego herb oraz sceny z codziennego życia. Bardzo przyjmne miejsce, mozna posiedzieć na kafelkowej ławce i opalić twarz :)

Po Firgas nastał czas obiadu - gdzie by tu zjeść coś dobrego, rybnego i świeżego? Oczywiście w jednym z największych portów Agaete. Patrząc na odpływający prom na Teneryfę, zajadaliśmy się papas arrugadas (małe ziemniaczki pokryte skorupką soli), krewetkami i innymi smakołykami. Było pysznie.

Wrzesień 2006 - Egipt

0


Dwa tygodnie spędzone w Egipcie były super. Mały, kameralny hotel, przepyszne jedzenie (mój mąż zawsze podkreśla - jedyne w swoim rodzaju słodycze :) piękna rafa, słońce... Słonce lejące się z nieba, żar kapiący na ciało, większość czasu spędziłam pod parasolem więc nie wróciłam z Sharm El Sheikh opalona ;) Jedyny minus to brak piaszczystej plaży, mieszkaliśmy przy Pinkie's Wall - 200 metrowa ściana różowo-zielonej rafy, za plażę służyły skały i urwisko. Pierwszym razem wskoczyłam do wody spokojnie i pewnie, chciałam obejrzeć rafę, popłynąć za ławicą, dotknąć podwodnych brokułów... Jak wyszłam i przez przypadek dowiedziałam się, że ta niewinnie wyglądająca ściana to prawdziwa przepaść - nie weszłam już więcej do wody. Przy Pinkie's Wall prawdziwą rewelacja są ryby, mnóstwo kolorowych rybek podpływających do stóp, krążących wokół nóg (oczywiście dopiero po fakcie dowiedziałam się, że ósemki robią ryby które zaraz chcą atakować - tego w przewodnikach nie pisali ;)

Po lewej krab, po prawej Pinkie Wall











Kair
Niezapomniane przeżycia, w środku nocy, na stacji benzynowej, "gdzieś na pustyni ", czekaliśmy na autobus z Rosjanami aby wspólnie udać się na poznawanie Kairu. Wrażenia bezcenne. To była tania i ekstremalna wersja wycieczki. Jak wiadomo każdej wyprawie do Kairu towarzyszą uzbrojeni żołnierze, wiedziałam o tym, a mimo to trochę dziwnie się czułam budząc się w nocy i widząc lufę karabinu... Kair jest cudny, brudny i czysty, pachnący i śmierdzący, stary i nowy, bogaty i biedny, wszystko w jednym miejscu. To największe miasto Afryki "Miasto tysiąca minaretów" i chyba najbrudniejszy odcinek Nilu. Poranek spędziliśmy w Narodowym Muzeum Egipskim, piękne zbiory, całość jednak stanowi wrażenie niedofinansowanego Jako dziecko (mniejsze i większe :) dużo czytałam o grobowcu Tutenchamona, cudownie było zobaczyć jego skarby. Jednak największą atrakcja Egiptu okazały się piramidy: Chefrena, Cheopsa i Mykerynosa. To naprawdę robi wrażenie... Tak jak najbardziej zagadkowa rzeźba świata Sfinks. Popołudniu udaliśmy się jeszcze do meczetu, na targ, oraz obowiązkowo do fabryki perfum i Muzeum Papirusów. Chciałabym jeszcze wrócić do Kairu na dłużej...

Wizyta w meczecie (Kair), wizyta pod piramidami (Giza)















Polonez ? :-), widok na Nil i Kair












Synajski Park Narodowy Ras Moham
ed
Moja pierwsza wyprawa na snurkowanie. Pierwsze miejsce i strach, przecież ja nigdy nie snurkowałam! Czy ja potrafię? Na wszelki wypadek cały czas trzymałam się męża :) Jak się później okazało snurkowanie to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy w Egipcie. Było bosko! Cudowne miejsca, fantastyczne podwodne widoki. Nauczyłam się, że przed wejściem do wody, trzeba napluć do maski wtedy nie zachodzi parą ;)

Ras Umm Sid - The Temple - wybrzeże wyspy Tiran
Po pierwszej wyprawie na snurkowanie szybko zapragnęliśmy drugiej. Miejsce snurkowe The Temple jest cudne, ale rafa przy wyspie Tiran pobiła wszystkie inne, mogłabym tam pływać godzinami. Duże ławice małych rybek, podwodna flora, korale, płaszczki, jeżowce, skrzydlice, mureny... Ogrom kolorow, form, kształtów. Obok wyspy znajduje się również wrak statku, "zaparkowany" na rafie.


Luty 2006 - Tylicz

0


To była prawdziwa zima. Zaspy śnieżne w Tyliczu sięgały ponad dach samochodu, wydrążonymi tunelami poruszaliśmy się między domami, a śnieg padał i padał... Przygodę ze snowboardem rozpoczęliśmy od oślej łączki: wdrapanie się na "szczyt", zjazd, lądowanie na tyłku i tak w kółko. Pierwszego dnia byłam ubrana w podkoszulek, sweter, polar, kurtkę, drugiego dnia byłam już tylko w podkoszulku i kurtce. Trzeciego dnia bolało mnie wszystko, nawet te części ciała o których nie wiedziałam, że je mam. Po trzecim dniu rozpoczęłam naukę wjazdu na prawdziwą górę wyciągiem orczykowym... i uczyłam się do końca pobytu. Orczyk, snowboard i ja to zestaw który nie przypadł sobie do gustu, zwiedziłam zaspy śnieżne na każdym metrze wyciągu - po obu stronach ;) Finalnie zdobyłam górę orczykiem!



Jak ciężko ubrać deskę...









Jak dobrze ubrać deskę :)









...i w dół.





Luty 2006 - Szla

0


Tato naszego kolegi prowadzi gospodarstwo agroturystyczne w miejscowości Szla. W Szla poza owym gospodarstwem jest tylko las, półkonie, kozy, cisza i spokój. Mimo tego, że okolica nie jest bogata w atrakcje bardzo lubimy tam jeździć. Ta wyprawa była wyjątkowa, bowiem do całego naszego towarzystwa dołączył dzik. Dzik miał dziki humor... A dzik i Łoś to już zupełnie odrębna historia. To był kultowy wyjazd.



Początek imprezy...










DJ DZIK








Na kolacje będzie pieczony dzik!
czyli Lady i Łoś w akcji









Jacko?









Koniec imprezy.







Strona gospodarstwa agroturystycznego "Podbór":
http://www.podbor.pl/index.html

Listopad 2005 - Krzyżtopór, Ujazd

0


Zamek Krzyżtopór
"...przed powstaniem Wersalu był to największy kompleks pałacowy w Europie. Symbolizując trwanie w czasie potężnego rodu Ossolińskich, stał się odbiciem kalendarza: miał tyle okien ile dni w roku, tyle komnat ile tygodni, tyle wielkich sal ile miesięcy, wreszcie tyle baszt ile pór roku. Konie w stajniach jadały z marmurowych żłobów, przeglądając się w kryształowych lustrach. W jednej z wielkich sal rolę sufitu spełniało akwarium, w którym pływały egzotyczne rybki. Wieżę, gdzie znajdowała się owa sala zbudowano na źródle, z którego po dziś dzień wypływa woda." z oficjalnej strony zamku.











Czerwiec 2005 - Stegna

0


Zaczęło się pięknie, zebrani, zapakowani wyruszyliśmy w trasę. Dojechaliśmy do granicy Warszawy i koniec - korek. Korek do "samego morza". Na szczęście w połowie trasy znajduje się Dąbrówno więc szybko zmieniliśmy plany i wylądowaliśmy nad jeziorem z kartonami piwa. Po ciężkiej nocy postanowiliśmy kontynuować podróż i jednak dotrzeć nad morze :)
Pole namiotowe w Stegnie to głównie szyszki, szyszki i szyszki. Śpiąc w namiocie czuje się szyszki pod każdą częścią ciała. Szyszki i igły. Wieczór spędziliśmy na plaży budując z piasku gołą babę oraz obserwując zachód słońca. Zupełny luz blues...




Odpoczynek po bardzo ciężkiej pracy jaką jest rozbicie namiotu.








Blade WIPy i morze










Co WIPy mają w głowie...









Bez komentarza :)









Droga powrotna była dokładnie taka sama - jeden, wielki korek, zdecydowaliśmy wracać do stolicy przez wsie i pola, naprawdę wsie i pola. Najgorsze było to, że następnego dnia trzeba było zjawić się w pracy.

Maj 2005 - Lublin, Chełm, Lublin, Chełm...

0


Lublin, Chełm, Lublin, Chełm, Lublin, Chełm... To była moja trasa podczas promocji wody mineralnej Kropla Beskidu - piękne pola rzepaku po jednej i drugiej stronie drogi, generalnie bardzo ładna i przyjemna trasa gdyby nie jechać z prędkością 200 km/godz. Czas spędzony z prawdziwym handlowcem uzmysłowił mi, że nigdy nie będę pracować w tak bezpośredniej sprzedaży :) Oprócz amerykańskiego wyzysku był też czas na zwiedzanie Lublina oraz wieczorne śmichy :)



Podczas tego wyjazdu pierwszy raz jadłam w Karczmie Bida (dobra rada - jedna porcja na dwie osoby - mój mąż mówi, że na dwie dziewczyny ;) http://www.karczmabida.lublin.pl/

W drodze powrotnej do stolicy wstąpiliśmy do Kazimierza (Dolnego) nad Wisłą - odnoszę wrażenie, że wtedy to miasto nie było tak oblegane. http://www.kazimierzdolny.pl/