17 listopada 2013 – Bagan – Dhammiyangyi – Sulamani – Tha-Beihmauk

0

Budzimy się i myślimy o śniadaniu, już chyba dają… A raczej już przestali dawać bo dochodzi 11. Tak jakoś zeszło tego ranka ;)

Idziemy na śniadanie do rekomendowanej przez Lonley Planet knajpki The Black Bamboo. To rzeczywiście najfajniejsze miejsce w całym mieście. Czysto, duży taras z dyskretnymi wiatrakami, równo przystrzyżony, zielony trawnik, piękne rośliny w doniczkach, cicha muzyka i menu. Menu zawiera jedzenia azjatyckie i europejskie. Decyduję się na kanapkę z kurczakiem (troche ryzykowne bo w Azji nie musi wyglądać tak jak w Europie), Fil bierze kurczaka słodko-kwaśnego (trudno to zepsuć :) Moja kanapka jest jedną z lepszych kanapek jakie jadłam w życiu, mniam mniam mniam! Do tego frytki z prawdziwych ziemniaków, nie mrożone, tylko pokrojone i upieczone prawdziwe ziemniaki, ketchup z pomidorów (smakuje jak prawdziwy domowy ketchup). Rewelacja! Oczywiście ktoś europejski musiał maczać palce w kuchni, w Azji nie ma takich cudów ;) knajpkę prowadzi Francuzka, której mąż jest Birmańczykiem, to wiele wyjaśnia. Na deser biorę „apple banana crumble” – idealna kruszonka z owocami i miodem. Nie ma sensu zastanawiać się gdzie pójdziemy na kolację, ja tu mogę nawet zostać do kolejnego posiłku.

Odnośnie samego jedzenia w Birmie to ogólnie nie powala na kolana. Nie jest najgorzej ale jeszcze lata świetlne zanim dogonią Tajlandię. Brakuje małych, czystych knajpek z dobrym jedzenie, street food istnieje ale czasem nie wygląda dobrze. Odnieśliśmy kilka razy wrażenie, że curry w garnkach może mieć już dobrych kilka dni… Nie ma tej pewności co w Tajlandii czy Kambodży, że dostanie się coś świeżego i dobrego.

Południowy żar minął, czas na kolejne świątynie, tym razem bierzemy taksówkę, którą jest birmańską wersją Hondy Jazz, zwaną tutaj Honda Fit… Nasz kierowca trochę lepiej mówi po angielsku niż wczorajszy koniuszy, Fil pyta się czy to nowy samochód? Tak, nowy – z dumą mówi kierowca, działaja jeszcze wszystkie liczniki i ogólnie środek nie jest zniszczony. Fil dopytuje dalej skąd na przedniej szybie takie wielkie, dwa plastry kleju? Tu było ogłoszenie, opis co ma samochód – odpowiada kierowca. Jasno z tego wynika, że samochód nie był jeszcze nigdy myty ;) ale żeby jeżdzić z przednią szybą ufaflaną klejem…

Świątynie na dziś to Dhammiyangyi, Sulamani i Tha-Beihmauk.
Dhammiyangyi jest największa (najszersza i najwięcej cegieł) świątynią w Bagan, niestety podobno nigdy nie ukończoną, na korytarzach nie ma malowideł a wewnętrzne korytarze zostały zamurowane już w starożytności… to dostępne w które można wejść sa zwykłymi cegłami
Moją ulubioną jest Sulamani, wygląda jak mały pałac, w środku znajduja się również freski, dość dobrze zachowane.
Filowi najbardziej przypadła do gustu ostatnia, może dlatego, że nieziemsko ubrudzona pani strażniczka za 1000kyatów extra otwarła zakłódkowane przejście i zabrała go na dach. Mógł wejść na sam czubek i zaglądać w wszystkie zakarmarki jakby nie było zabytku. Inna sprawa, że w świątyni byliśmy jedynymi odwiedzającymi…

Dziś sobie darujemy zachód słońca, ile można… Dzień kończymy w Black Bamboo. Jutro płyniemy do Mandalay.















0 komentarze:

Prześlij komentarz