16 listopada 2013 – Bagan – Shwezigon Paya

0

Jednego w Birmie można być pewnym, na śniadanie zawsze dostanie się tost, a do niego jajko lub dżem i oczywiście herbatę, ale herbata to zupełnie osobny temat.

W Birmie herbata nie różni się zbytnio od kawy. Jest bardzo czarna i bardzo mocna. Pija się ją (tak samo jak Wietnamie) ze skondensowanym mlekiem i cukrem. Już samo mleko smakuje jak karmel, a do tego jeszcze dorzuca się łyżeczkę cukru… W sumie wychodzi uklej. Po kilku próbach poddaję się. Próbuję jeszcze rozrzedzić samą herbatę woda mineralna ale w sumie to nic nie daje, smak jeszcze gorszy. Któregoś ranka odkryłam, że jest jeszcze jedna opcja herbaty do śniadania… Herbata zielona! Oczywiście ma niewiele wspólnego z herbatą, która znam z Polski, ale przynajmiej jest pijalna. Herbatę zieloną robi się z liści (wiem, wiem mało odkrywcze :) ale liście wyglądają jakby było świeżo zerwane i ususzone, nie z jakiegoś pudełka czy szaszetki. Normalne liście z domowego krzaka. W smaku taka herbata też jest zupełnie inna, bardziej gorzka i bardziej pachnąca. W każdym razie inna i lepsza od czarnej. W restauracjach można zamówic również herbatę jaśminową – najlepszy wybór. Delikatna w smaku, słaba i pięknie pachnąca.

Po tostowym śniadaniu udajemy się na spacer do pobliskiej pagody. Jest jedną z najważniejszych w całym kopleksie i znajduje się kilka minut od naszego hostelu. Pagoda Shwezigon według legendy zawiera kość czołową i ząb samego Buddy. Cuda powoduja cuda, ząb się rozmnaża i obecnie jest ich aż cztery (uroczyście przeniesione do innych świątyń). Sama pagoda zbudowana jest z piaskowca co jest dość rzadkie w tym regionie (trudno dostępny), zdecydowana większość świątyń jest wybudowana z cegieł. W środku znajdują się jedne z najstarszych wizerunków Buddy (trochę podobne chińskich). Pagoda została ukończona w 1087 roku naszej ery i działa do dzisiaj. Właśnie odbywa się w niej odpust. Zdejmujemy buty i udajemy się do środka, chodzimy sobie, oglądamy, siedzimy w cieniu… Nagle dosiada się do nas dwóch młodych chłopaków, pytają czy możemy z nimi chwilę porozmawiać…

Jeszcze nie wiemy co nas czeka :) Okazuje się, że dzisiaj do świątyni przyjechało kilka autobusów studentów lokalnej szkoły języka angielskiego – 4 LIFE. Młodzi mają za zadanie zaczepiać turystów, prosić ich o rozmowe i ćwiczyć wymowę w ramach realnych konwersacji. I tak rozpoczyna się przygoda… Milion razy odpowiadamy na te same pytania, jak masz na imię, skąd jesteś, gdzie jedziesz dalej, jaka jest u ciebie w kraju pogoda etc. Niestety wymowa birmańczyków pozostawia wiele do życzenia, czasem trzeba się nieźle nagłowić aby zrozumiec sens pytania. Nie obejdzie się również bez pamiątkowych zdjęć, „You are beautiful!”, „You are handsome!”, oraz ciągnięcia mnie za włosy :) Tak, tak jestem jedyną blondynką w tłumie. Najciekawszą konwersację prowadzimy jednak z pewnym mnichem i trzema studentami, pytają czy dużo jest pagód w naszym kraju? I tak rozpoczyna się wykład nt. buddyzmu i katolicyzmu - w roli metafizycznego przewodnika Fil. Jesus was crucified, Budda no… Mnich jest dość rozgarnięty i otwarty bo pyta o znak krzyża i inne różnice, niestety słabo zna angielski. Za to Fil już dobrze mówi po birmańsko-angielsku i na migi więc na wszystkie pytania zostawia solidne odpowiedzi.

Jednym z miejsc wartych uwagi w pagodzie jest „jeziorko” (kałuża) wypełnione wodą, wykute w posadzce przed tronem króla. Król patrząc w jeziorko mógł widziec odbicie szczytu pagody bez ryzyka, że spadnie mu korona z głowy ;) Dopiero w odbiciu widać „diament” ukryty w parasolu szczytowym pagody.





















0 komentarze:

Prześlij komentarz