29 grudnia 2012 - Malbork czyli za zdrowie Ulricha von Jungingena!

0

Na szlaku zamków krzyżackich nie można pominąć największego, najdostojniejszego, najwspanialszego, nazywanego „największą kupą cegieł w Europie” – zamku w Malborku. Odwiedziłam go dwa razy jako dziecko, czas odnowić wspomnienia. W dalszym ciągu jest zimno, jest jeszcze zimniej niż w Nidzicy. Zmieniam buty, ubieram drugi szalik i czapkę na polarze, w plecaku kryje się ogrzewacz, który zostanie użyty w chwili kryzysu cieplnego.

W Malborku standard obsługi jest wyższy – przewodnik posiada wszystkie zęby, którymi cały czas stuka z zimna. Ponieważ jesteśmy po 13 godzinie, mamy zniżkę na bilet i zwiedzanie w wersji trochę skróconej. Przy takim mrozie to całkiem niezła opcja. Trzy zdania o zamku (choć można by napisać trzy opasłe tomy): budowany od XIII do XV w., najpierw jako siedziba komtura, następnie wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego i władz Prus Zakonnych, potem rezydencja królów Polski… Zamek składa się z 3 części: zamek niski, średni i wysoki. W 1997 został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.







Z całego zamku najbardziej podoba mi się system ogrzewania podłogowego. Krzyżacy rozgrzewali ogniskami wielkie kamienie znajdujące się w specjalnych piwnicach. Po wygaszeniu płomieni, usuwali przeciągiem powstałe spaliny, a na koniec otwierali w posadzkach pomieszczeń specjalne kanały. Tą drogą dochodziło ciepło uwalniające się z rozgrzanych kamieni, jak ze współczesnego pieca kumulacyjnego.



Chodzimy po kolejnych komnatach i docieramy w końcu do refektarza, w którym w 1411 roku miała miejsce słynna narada podczas oblężenia zamku. Zdrajca, który w tym czasie znajdował się w zamku, po wejściu do sali najważniejszy osób, miał wywiesić za oknem czerwoną flagę. Był to znak dla oblężników, którzy zaplanowali, iż wystrzelona z armaty, 80-kilogramowa kula wleci do pomieszczenia i uderzy w jedyny filar podtrzymujący całą konstrukcję. Ona ominęła jednak go o sześć centymetrów (współczesne wyliczenia). Fragment kuli tkwi do dzisiaj w murach zamku. Nasz przewodnik niestety nie ma zacięcia do wspaniałych, wielkich historii i krótkim zdaniem podsumowuje „To na pewno nie jest ta kula”. Ja mu tam do końca nie wierzę…

Słynny filar (jedyny w całej komnacie)


Słynna kula, która utkwiła w ścianie


Końcówka zwiedzania to wizyta w krzyżackiej kuchni, wychodku i kościele. Tam żegnamy się z naszym przewodnikiem i wybieramy się spiesznym krokiem rzucić okiem na krzyżackie grobowce, zaułki i tajemne przejścia. Zimno przeszywa, razem z Ninką wyciągamy ogrzewacz i pijemy zdrowie Ulricha von Jungingena! Tu i ówdzie pali, ale trochę rozgrzewa. Już nie możemy doczekać się dalszej jazdy w ciepłym samochodzie…



Krzyżackie stoły uginają się od jedzenia, na suficie wiszą pęta kiełbasy, a w garnkach na na wolnym ogniu dochodzi zupa :)



Poniższy znak był jednym z ważniejszych w zamku. Po minie skrzydlatego stwora i skrzyżowanych nogach możemy wnioskować, że znak prowadzi do toalety...


Eko Krzyżacy używali eko "papieru toaletowego" czyli liści kapusty. Kapusta była i jest jednym z bardziej cenionych środków leczniczych medycyny naturalnej. Przykładanie liści kapusty pomaga m.in. na rany, oparzenia, odmrożenia, stłuczenia, wrzody, czyraki, pęcherze, ukąszenia owadów, opryszczkę, półpasiec, nerwobóle, ból głowy, migreny... Na kilka rzeczy z tej listy pewnikiem im pomagała.


Widok z krzyżackiej latryny. Ten sam widok znajduje się na naszym banknocie 100 złotowym (!) Też tego nie wiedziałam...


Widok na krzyżacką latrynę


Pozostając w temacie...


Kościół, a dokładnie to, co z niego zostało


0 komentarze:

Prześlij komentarz