11 listopada 2011 - Bieszczady

0

Po długim poranku w Mielcu, wyruszamy w Bieszczady. Jak ja kocham takie momenty, kiedy wszystko przed nami. Nie mamy noclegu co jest trochę problematyczne. O tej porze roku bo jest zimno i nie można spać w stodole, ani w ogrzewanej szopie. Wstępujemy do kilku miejsc ale łóżka są już tam zajęte. Wchodzę do Chaty Wędrowca pytam o najdroższy apartament - jak szaleć to szaleć, niestety zajęty. Postanawiam zapytać w knajpie obok, dostaje telefon gdzie podobno jest wolny pokój. Trafiony zatopiony, śpimy na Manhattanie :) Znosimy szybko wszystkie rzeczy, ale niestety zaczyna się ściemniać i o dalekiej wędrówce nie ma mowy. Szwędamy się po Wetlinie, okolicznych łąkach, polanach i wzgórzach. Ach gdyby tak mieć tutaj dom, cisza, spokój - ale też problem z prądem, wodą i śniegiem...

Wieczorem postanawiamy dać drugą szansę Wilczej Norze w Smolnikach, pierwszy raz nie należał do udanych. Jesteśmy na miejscu - jest miejsce do parkowania, nie ma dużo ludzi, więc teoretycznie powinno pójść szybciej. Zamawiam pierogi, Fil i Łoś dziczyznę, rozpoczynamy oczekiwanie... W tym czasie po wypiciu grzanego wina włącza się Łosiowi opcja Pogromcy Dzikich Zwierząt, a mi Fotografa Pogromcy Dzikich Zwierząt. Najpierw bawimy się ze sztuczna antylopą i innymi małymi gadzinami, aby po chwili dostrzec wielkiego niedźwiedzia (!) Wyczekujemy jak wytrawni łowcy i tropiciele aż obsługa uda się do kuchni i... Łoś wskakuje za barierki aby wytarmosić niedźwiedzia za futro. Po chwili wracamy z anielskimi minami do stolika. Jedzenie nie powala, średnia przeciętna, słodyczy nie mają, a może i mają ale kelner nie wie. Podsumowując, Wilcza Jama to bardzo ładne miejsce, ale obsługa klienta bardzo przeciętna. Jedzenie niestety też.

Spaaaaaać, bo jutro Połonina!

0 komentarze:

Prześlij komentarz