21 - 22 listopada 2013 – Bangkok

0

Ostatni raz w BKK byliśmy w zeszłym roku, dziś jestem pod wrażeniem ilości zmian jakie zaszły przez ten okres. Po pierwsze ulica Soi Rambuttri – kiedyś spokojna uliczka za hałaśliwą Khao San Road., dziś zawładnięta przez małe bary i sklepiki oraz niezliczoną ilość street foodu. Niestety wieczorem wszędzie gra głośna muzyka i już nie można liczyć na spokojny sen w Green House. Green House – guest house w którym przeważnie się zatrzymywaliśmy, kiedyś mały domek z przytulną resutauracją, dzisiaj „turystyczny kombinat” ogromna restauracja, zajmująca również chodnik i ulicę, bardzo duże biuro podróży oraz odmalowane pokoje (niestety na 4 piętrze niskie ciśnienie wody). W pokojach głośno jak diabli, nie zdecydowaliśmy się na powtórny nocleg. Za to kuchnia jedna z najlepszych w okolicy, czysto i naprawdę smacznie – zarówno to co tajskie i europejskie.

W nocy na Khao Sam Rd. jest wszystko: może alkoholu, głośna muzyka (jedna knajpka chce być lepsza od drugiej), kłótnie, wrzaski, narkotyki, leki na receptę bez recepty, zalani Anglicy i spółka… Generalnie koszmarek. Wydaje mi się, że mimo wszystko kilka lat temu było spokojniej. Wiele punktów z ulicznym jedzeniem zostało zamienionych na restauracje lub bary szybkiej obsługi typu McDonalds czy Burger King. Mała hoteliki zostały zamienione na wielkie hotele z ogromnymi restauracjami (w których wieczorem nikt nie siedzi ;)

Dzielnica turystyczna związana kiedyą tylko z Khao San Rd. i Rambuttri, znacznie się poszerza. Jest mnóstwo nowych guset housów ukrytych w pobliskich uliczkach, powstały nowe knajpki i punkty z jedzeniem. Podróż rzeką z pobliskiej przystani kosztuje już 15 BTH, kiedyś pływaliśmy na gapę, teraz stoi pani strażniczka przy wejściu i wyłapuje białych…

Jest jednak kilka rzeczy, które nie zmieniły się wraz z upływającym czasem. Do jednych z nich należy Pani Kaczka na rogu Rambuttri. Prowadzi tu mały street food z charakterystyczną kaczką wiszącą nad ladą. Fil mówi, że to najlepsza kaczka w mieście. Może i ma rację, po ostatniej porcji pocił się przez 30 minut, aż poszedł do apteki po chusteczki ;) Pani Kaczkę trochę przypruszyła siwizna i pomagają jej młodsze osoby mimo wszytsko wciąż pozostaje dla nas charakterystycznym punktem. Druga osobą, którą niezmiennie pcha swój wózek jest Pan Kokos, uliczny sprzedawca kokosów. Pierwszego dnia przestraszyliśmy się, że Pan Kokos zamienił wózek na stoisko pod dachem ale okazało się, że prawdziwy Pan Kosos nic się nie zmienił – mimo wszystkich zmian do okoła niego.

Ciekawe co będzie za kilka lat?

Czas pakować plecaki. Tak oto kończy się ostatnia podróż Araweny Undomiel.

0 komentarze:

Prześlij komentarz