10 maja 2012 – Pokhara, Nepal

0

Dziś rozpoznajemy teren. Chodzimy powoli po mieście, sprawdzamy gdzie są łódki, gdzie dają jeść, gdzie można kupić wodę, gdzie jest apteka… Jest bardzo gorąco, choć nie tak strasznie jak w Indiach. Pokharę można podzielić na dwie części: turystyczną i normalną. W części turystycznej panuje większy luz, można chodzić w krótkich spodenkach, są dziewczyny w bluzkach na szelkach oraz pełno looserów czyli ludzi z dredami wyglądających jakby całe ich życie było jedną, wielką podróżą… w sumie pierwszymi odkrywcami Pokhary byli hipisi z marihuana w 1970 r., było to dla nich perfekcyjne miejsce na koniec podróży po Azji.

Jesteśmy jeszcze zmęczeni podróżą do Pokhary i nie mamy siły na wielkie aktywności, należy nam się odpoczynek, a to wymarzone miejsce. W hotelu dostajemy folder z napisem Paradise Pokhara i rzeczywiście Pokhara jest małym rajem. Część turystyczna położona jest nad jeziorem Phewa Tal, jest to drugie co do wielkości jezioro w Nepalu, gdyby nie było chmur odbijałyby się w nim ośnieżone szczyty. No właśnie szczyty… Tak bardzo chciałabym zobaczyć Annapurne (8091 m.) i Machhapuchhare (Fish Tail, 6997 m.) ale mgła i chmury wszystko zasłaniają. Trzeba cierpliwie czekać…

Na jeziorze znajduje się świątynia Tal Barahi, wynajmujemy łódkę i płyniemy zobaczyć ją z bliska. Z lodzi pięknie wygląda, mnóstwo kolorów, kwiatów… Niestety wyspa pełna jest ptaków: gołębie, czarne krukowrony, jakieś inne skrzydlate potwory. Jestem przerażona, niestety nie ma odwrotu, trzeba iść zwiedzać. Miłe gołębie, na pewno nie lubicie ludzkiego mięsa… Miłe gołębie… Umieram ze strachu, kiedy pozuje do zdjęcia, ale zaraz potem zmykamy w stronę łódek. Jestem uratowana. Nie podobało mi się.




Zastanawiamy się dlaczego wszystko w mieście jest zamknięte, jest mocne popołudnie, a tu sklepiki z kłódkami, restauracje zamknięte, może jest jakieś święto? Dowiadujemy się, że trwa strajk… i dlatego nic nie jest otwarte. Tego jeszcze nie było, strajk na drodze wczoraj, strajk w mieście dzisiaj, może nadchodzi jakaś rewolucja? Można wejść dyskretnie do kilku restauracji ale trzeba siedzieć w głębi, nie można na zewnątrz bo niby są zamknięte… Na szczęście restauracja która była otwarta wczoraj – Laxman Restaurant, przyjmuje gości również dzisiaj i jakoś nie specjalnie się z tym czai. Nasz kelner mówi nam, że jutro również jest strajk i wszystko będzie zamknięte. Nie specjalnie nam to przeszkadza… Odpoczywamy.

PS. Na deser wieczorem pokazuje się Fish Tail… Machhapuchhare jest świętą górą, nie można się na nią wspinać, nikt nigdy jej nie zdobył.

Zamieszczam oba zdjęcia bo nie mogę zdecydować, które lepsze...



9 maja 2012 – Sonauli – Pokhara, Nepal

0

Budzę się o 4 rano, cale ręce mam pogryzione przez… nie wiem co. Na pierwszy rzut oka nie wygląda jak komar, może jakieś pchły albo nocne potworki? O 5:15 siedzimy już w autobusie, autobus ciut lepszy niż wczoraj, ale tylko ciut :-) Otrzymujemy również propozycje jazdy na dachu ale stanowczo protestuję, Fil jest nawet chętny, ale ja chciałabym dojechać żywa. Pierwsze dwie godziny mijają przyjemnie, z okna wieje chłodem, nie ma jeszcze słońca, jedziemy spokojnie… po azjatycku… każda napotkana istota jest dobrym pretekstem żeby się zatrzymać i zapytać czy nie chce jechać z nami a nóz widelec się dosiądzie i dosponsoruje… niektórzy jadą z nami dłużej inni krócej, jedni wsiadają zostawiając rower na poboczu drogi inni zabierają swoja koze ze sobą, ba pod pachami w sari mieszczą się dwie kury…

Nagle stajemy. W sumie w szczerym polu. Nie wiemy dlaczego. W autobusie panuje konsternacja, wszyscy coś gadają, ale nic nie rozumiemy. Siedzimy jak te kołki bo nikt nie mówi po angielsku. Myślimy, że to pewnie jakaś kontrola, ale nikt nie przychodzi. Mija 10, 15, 20 minut w końcu Fil zasięga informacji i dowiadujemy się, że jest strajk na drodze. Strajk mnie nic nie obchodzi przed nami jeszcze jakieś 6 godzin do Pokhary (!), niestety nikt nie jest w stanie powiedzieć czego strajk dotyczy ani o której się skończy. Ludzie leniwie wysiedli z autobusu i usadowili się pod krzakiem w cieniu, część się rozeszła, kierowca poszedł na barykadę – chyba chce dać łapówkę. Myślimy, że łapówka pomoże, w Azji na większość rzeczy pomaga. Niestety kierowca poszedł i nie wraca, ja rozkładam się na siedzeniu i czytam świąteczny numer Polityki, o Jezusie ze Świebodzinejro, o tym, o tym, że Charles Manson nie zabił osobiście Sharon Tate, o pochodzie w obronie Radia Maryja, o nowych sztukach teatralnych, o majowych świętach… Fil w tym czasie nie próżnuje i rozwija swoja znajomość języka nepalskiego, mapa i zegarek to jego główne pomoce naukowe. Dowiaduje się, że strajk potrwa do godziny 16. To nie było śmieszne, przekazał mi tą smutną informację i poszedł organizować objazd. Strajk w Nepalu jest organizuje zwykle jedna z 3 grup: politycy, studenci, maoiści, mogę być również opcje łączone np. studenci z politykami lub studenci z maoistami lub 3 grupy jednocześnie. Kto strajkuje dziś, nie wiemy, ale chyba się tłuką, bo jeżdżą często karetki. Fil zauważył, że przed chwilą zaparkował obok nas kolejny autobus (jest ich już kilkanaście), w którym panuje jakieś dziwne poruszenie. Najpierw obserwuje co się dzieje, widzi, że ludzie są przesadzani z jednego busa do drugiego, niestety znów nikt nie mówi po angielsku. Dobrze, że Fil zna nepalski. Pokazuje drugą drogę kierowcy i jakoś się dogadują, że tamtemu bardzo się śpieszy do Pokhary i musi dzisiaj dojechać, czyli będzie jechał drogą wybraną przez Fila. Akcja trwa godzinę, przerzucanie plecaków, ludzi, kłótnie, krzyki, kury ukryte w sari, druga opłata za bilety i… RUSZAMY! Nasz poprzedni kierowca nie wraca, nie mamy niestety z kim się kłócić o zwrot pieniędzy. Najwazniejsze, że jedziemy.

Druga droga do Pokhary nazywa się Saddartha Highway. Kręta, górzysta, nad przepaścią i dlatego nikt jej nie wybiera autobusem, chyba, że mu się spieszy i jest akurat strajk. Fil mówi, że droga jest super, z jednej strony przepaść, z drugiej strony góra – tak przez 160 km. Kierowca ma cojones ze stali, Fil sprawdzał prędkość, pierwszy nepalski kierowca na wyboistej ale prostej drodze osiągał do 40 km na godzinę, drugi kierowca nepalski (który miał odpowiednia motywację) po krętej drodze nad przepaścią jedzie blisko 70-80 km. Szacun dla kierowcy! Z 3 osobowej załogi jeden chłopak nie wytrzymał napięcia. Przyszedł na nasze ostatnie miejsca, dyskretnie otworzył okno i wyjął reklamówkę po czym zwrócił zawartość żołądka i wyrzucił przez okno. Te sam chłopak rozdawał chwile wcześniej reklamówki zielonym pasażerom i podtrzymywał na duchu.

Nasz kierowca wyprzedzał wszystko co się ruszało do drodze. Jak coś czyli np. autobus albo ciężarówka nie chciało zjechać z drogi, siedział na ogonie i trąbił aż ustąpiło. Nie ważne czy była przepaść czy nie, ważne aby wyjść na prowadzenie. Rzuca nas po całym tylnim rzędzie ale jesteśmy dumni z tego chłopaka, dzięki niemu o godzinie 16 docieramy do Pokhary. Niektórzy dopiero kończą strajk i ruszają w dalszą 6 godzinna drogę.

W Pokharze nie bierzemy taksówki, dowiadujemy się, że nad jezioro mamy iść prosto, więc idziemy… Jest dużo czyściej niż w Indiach, po ulicach nie wala się tyle śmieci. Znajdujemy super hotel, po małym (naprawdę małym) targowaniu dostajemy super cenę za pokój z widokiem na annapurne. Niestety dziś jest mgła więc nic nie widać, ale jutro rano ma być podobno lepiej. Idziemy na kolację, a wieczór spędzamy z imć Soplicą na naszym wielkim dacho-balkonie z widokiem na bliskie góry i mgłe :-) Przychodzi upragniony deszcz i powietrze nabiera ludzkiej temperatury…

PS. Podsumowując dzisiejszy dzień „Fuck India, go to Nepal” i to by było na tyle.

W drodze do Pokhary




Nasz szalony autobus

8 maja 2012 – Varanasi – Sonauli, Indie

0

Około 5:50 jesteśmy na dworcu autobusowym w Varanasi, jedziemy lokalnym autobusem do granicy z Nepalem. Autobus jest ekstremalnie brudny. Oczywiście nie ma kllimy, na szczęście można otworzyć okno. Ruszamy i po 2 minutach orientuje się dlaczego w środku jest tak strasznie brudno, cały uliczny pył trafia do środka przez otwarte okna… Z drugiej strony lepiej być brudnym i żywym, niż czystszym ale zdechłym. W połowie trasy ręce mam tak brudne jakbym kopała w ziemi, włosy są sztywne od pyłu i nawet nie mogę ich rozczesać, o twarzy nie wspomnę – ratują mnie tylko duże okulary. Po kilku godzinach stajemy, do środka wchodzi facet i częstuje wszystkich różowym uklejem w plastikowych kubeczkach. Pić, nie pić? Nie ma wyjścia, gość się uśmiecha i mimo mojego oporu dostaje kubeczek. Myślę, w końcu wszyscy to piją, pachnie ok., smakuje jak woda różna, może nie będzie problemów… Za to Fil zaczyna: a wiesz z jakiej to wody, a może się zatrujemy, może trzeba przepić wódką… Wypijam połowę kubka i resztę wylewam za okno. Fil też chce wylać swoje, niestety nie trafia i różowa woda ląduje na mnie. Byłam brudna od pyłu, teraz jeszcze się lepie. Drogi indyjskie są fatalne, trudno to nazwa w ogóle drogą. Nasz kierowca z lubością zalicza wszystkie dziury, mam wrażenie, że czasem nawet przyśpiesza aby podskok był większy. Siedząc z tyły autobusu czuje się jak worek ziemniaków na ciężarówce, lepiej się czegoś trzymać. Dziwne, że cała konstrukcja to wytrzymuje. Fil mówi, że droga którą jechaliśmy, to droga międzynarodowa, miejscami moim zdaniem nie było nawet asfaltu… i tak sobie jechaliśmy 10 godzin.

O 16 jesteśmy w Sonauli. Nie wiem jak się czuję. Po 10 godzinach jazdy dziką przyjemność sprawia mi założenie plecaka i pójście pieszo do przejścia granicznego. Biuro łatwo przegapić, niczym się nie wyróżnia, dwa minutki i opuszczamy Indie, nahstępne biuro i jesteśmy w Nepalu. W nepalskim biurze pracują 4 osoby, jedna przyjmuje paszport, druga podbija pieczątkę, trzecia przelicza pieniądze, czwarta sprawdza i mówi, że wita w Nepalu. Uroczo! Brudopot kapie mi z czoła, uświniłam nawet kartki w paszporcie, nie mówiąc już o wniosku wizowym, który wypełniłam. Do Pokhary zostało nam jakieś 8 godzin jazdy nocą, w przewodniku wyraźnie pisze aby nie podróżować nocą po nepalskich drogach (ze względu nas stan autobusów i dróg), znajdujemy nocleg i postanawiamy skoro świt wyruszyć do Pokhary.

Biorę dwa prysznice, dwa razy myję włosy, 4 razy uszy … Mogę iść spokojnie spać.

PS. Recepcja lojalnie uprzedza, że prąd kończy się o 8 wieczorem i wraca rano więc nie ma co inwestować w klimę, która i tak nie będzie chodzić.

Indyjskie ciężarówki należą do najbardziej kolorowych na świecie

7 maja 2012 – Varanasi, Indie

0

Po emocjonalnym poranku i żarze lejącym się z nieba postanawiamy przeczekać chwilę w pokoju nim udamy się na kolejne zwiedzanie. Czekamy aż temperatura choć trochę spadnie. Plan na popołudnie jest napięty, zaczynamy od późnego lunchu w Brown Bread Bakery. Ponieważ chwilowo mam dość indyjskich przysmaków zamawiam pizze z serem i pomidorami, a Fil zupę. Niestety zupa Fila okazuje się niejadalna i dostaje w zamian zwykła pomidorową – to trudno zepsuć ;) Po jedzeniu łapiemy rikszę i jedziemy na dworzec rozeznać się w autobusach do granicy z Nepalem. Autobus odjeżdża o 6:30, platforma numer 7, koszt 200 rupii, czas jazdy 10 godzin.

Następny cel to świątynia Vishwanath. Jest wiele świątyń w Varanasi ale ta podobno jest wyjątkowa, poświęcona Vishwanath – Shiva jako bóg wszechświata. Świątynia jest wsadzona w centrum wielkiego targu, zanim znajdziemy odpowiednie wejście krążymy po wąskich alejkach ponad 40 minut, uzbrojeni strażnicy odsyłają nas od jednego wejścia do drugiego. W końcu znajdujemy odpowiednie, zostawiamy w schowku wszystkie rzeczy i przechodzimy macanki oraz smarowanie detektorem. Potem jesteśmy spisywani z paszportu w specjalnym punkcie kontrolnym, mamy zdjąć buty i stanąć do kolejnego macania. Macanki są wyjątkowo szczegółowe. Po wszystkich punktach kontrolnych udane nam się wejść do środka. W środku panuje coś w rodzaju świętego amoku. Część ludzi walczy w kolejce o złożenie darów, część pod ścianami śpiewa lub odmawia mantry, reszta się modli. Wszystko jest niesamowicie magiczne… Kopula świątyni pokryta jest 800 kg złota, wszędzie skaczą małpy, dzwonią dzwonki. Pomocnicy nie nadążają z usuwaniem kwiatów… Oglądamy wszystko dokładnie, jesteśmy zafascynowani tym miejscem.

Po świątyni idziemy szybko nad Ganges, zaraz zaczyna się Puja, święto połączone z ogniem i kwiatami. Łapiemy łódź aby obejrzeć wszystko dokładnie z wody, płyniemy do Dasaswamedh Ghat i rozpoczynamy oczekiwanie. Na brzegu są tłumy ludzi, czekamy i czekamy… Wszystko zaczyna się od zgaszenia światła i zapalnie małych świeczek, potem wchodzi 7 mężczyzn i wymachuje a to świeczkami, a to piórkami, a to pochodniami w rytm bębnów i muzyki. Pół Gangesu zapchane łodziami, a sumie cale święto nudzi się po 20 minutach – dla mnie nic szczególnego.

Wracamy po godzinie, pakujemy się i nastawiamy zegarek na 5 rano. Jutro droga do granicy…

Ulice Varanasi


Nocne Puja

7 maja 2012 - Varanasi, Indie

0

Jeżeli w jakimś mieście na świecie zaczęło się życie to na pewno było to Varanasi. Prężnie działało już 1200 lat przed Chrystusem (!), od tego czasu chyba mało się tu zmieniło. (komentarz od Fil – Xi’an tam gdzie jest armia terakotowa – opisywane w lipcu 2011 działało już 2000 lat p.n.e ).

Jesteśmy w połowie drogi do Maranika Ghat, wesoło pstrykamy zdjęcia, podglądamy codzienne życie Gangesu, tu się myją, tu piorą, tu szczotkują psa, tu pija wodę… Nagle dopada nas Hindus i coś krzyczy, nie rozumiemy, ale widać że jest wściekły. Właśnie fotografowałam krowę, więc pierwsza myśl, że chodzi o to zdjęcie. Może ta krowa jest bardziej świętą od innych (choć nic na to nie wskazuje)? Podchodzi kolejny gość i tłumaczy nam, że podobno zrobiliśmy zdjęcie pogrzebu, a nie wolno. Próbujemy coś tłumaczyć, potem przepraszać ale nic to nie daje. W końcu wściekły gość mówi, że mamy zapłacić za kopiec drzewa (30 kg) dla zmarłego i w tej sposób odpokutować (liczba wściekłych gości się zwiększa). Aha, czyli jak zwykle chodzi o kasę. Nie dajemy się, odstawiamy mały teatrzyk, ja w ryk, ponieważ jest mnóstwo pyłków i mam naturalny katar, pociągam dramatycznie nosem. Mówię, do Fila: powiedz im, że się ich boję i nigdzie nie pójdę, Fil coś tam ściemnia, ale gość jest dobry w swoim fachu i nie daje się łatwo spławić. Trafiliśmy na godnego przeciwnika, chce od nas 500 dolarów jak nie to policja, paszporty, 3 miesiące więzienia i dodaje kilka innych słówek… Stoimy dobre 20 minut, reszta gości jest już znudzona i sobie idzie. Może ten też pójdzie? Niestety. Ponieważ padła kwota, a każda kwota podlega negocjacji Fil rozpoczyna… Ja się już trochę denerwuję, bo zwykle dużo szybciej nam szło w takich sytuacjach (no może poza uwięzieniem na granicy kambodżańskiej), gość swoje, Fil swoje. W końcu dobijamy targu, płacimy 500 rupii czyli jakieś 30 zł, a gość z furiata zmienia się w milutkiego jak kaczuszka przewodnika.

Skoro jest zapłacone chcę zobaczyć cały pogrzeb z bliska, żadne tam balkony, mam stać w pierwszym rzędzie z rodziną. Tak też się dzieje, zginął młody mężczyzna, najpierw jest polewany 7 substancjami na 7 świętych czakramów (np. miód, zioła, olejek sandałowy), potem zawijany w kolorowe, brokatowe materiały i obmywany z grzechów w Gangesie. Następnie ciało jest wyjmowane z materiałów i układane na stosie. Drzewo, szmatka, ciało, szmatka, drzewo. Całość jest polewana masłem albo jakimś innym tłuszczem, tak aby stos utrzymał temperaturę. Jak kogoś stać, dorzuca drzewo sandałowe. Stos podpala się świętym ogniem płonącym nad Gangesem nieprzerwanie od 3500 lat w tym gath’cie. Płomień znajduje się kawałek od miejsca gdzie palą zwłoki, przynosi się go na specjalnym sianie. Pilnujący ogień wyjmuje mały węgielek i wsadza w siano, zanim podpalający stos dojdzie do zwłok będzie trzymał w ręku pochodnię. Z taką pochodnią należy obejść zwłoki 5 razy dla 5 żywiołów (woda, ogień, ziemia, wiatr, serce) niestety nasz podpalający zwłoki ma kiepska pochodnię, bo sianko szybko płonie i zdąrzył obejść ciało tylko jeden raz, resztę nadrobił kreśląc koło nad głową zmarłego. Stos zapala się bardzo szybko. Ciało pali się od 2 do 3 godzin, potem mistrz ceremonii nabiera wody z Gangesu i gasi polewając 3 razy za siebie nie oglądając się aby dusza mogła osiągnąć stan nirwany, jeśli się obejrzy dusza będzie go nawiedzać w postaci złego ducha. Popiół ze stosu (i cała reszta) jest wyrzucany go Gangesu, gdzie czekają już poławiacze złota z sitami do przesiewania (a nuż się trafi jakiś złoty ząb, kolczyk albo pierścionek). Po wypaleniu stosu najbliższa rodzina idzie się ogolić, kobiety również i 10 dni modli się nad Gangesem, mówiąc święta mantrę. Po tym czasie mogą odejść i wrócić do normalnego życia.

Stoimy obok stosu i obserwujemy wszystko dokładnie, dym szczypie w oczy z nieba leje się żar. Stos płonie obok stosu, nikt nie płacze, bo to przeszkadza duszy w odejściu do nirwany. Po ciele zostaje mała kupka popiołu i parę kości, gdzieś widać czaszkę, gdzieś indziej stopy. Obok zwykłych stosów stoi też miejsce (niby klatka) tam palą mnichów. Dowiadujemy się, że nie pali się kobiet w ciąży, dzieci, ugryzionych przez kobrę (kobra jest świętym wężem Shivy, przedstawianym jako naszyjnik), świętych mężów i trędowatych (podobno trędowaty jest jak trup, więc nikt w niego nie inwestuje). Na koniec wchodzimy zobaczyć jeszcze święty ogień i siano, miejsce gdzie można kupić materiał do owijania ciała, olejki, tłuszcz etc. Dalej jest miejsce gdzie siedzą kobiety i mężczyźni bez włosów, czyli świeżo po pochowaniu kogoś z rodziny, na dole stoi krzywa świątynia Shivy, a przy brzegu kąpią się dzieci, kobiety robią pranie, ktoś nabiera świętej wody do pojemnika…

Udział w ostatniej drodze Hindusa zostanie na długo w mojej głowie.

Wychodzimy z pogrzebowej części, idziemy wzdłuż rzeki, przy brzegu śpiewają mantrę „Hare Kriszna, Hare Kriszna, Hare Rama, Hare Rama…” mijamy kolejne ghaty, obserwujemy toczące się życie. Jest bardzo gorąco dlatego postanawiamy wrócić łodzią, targujemy się i płyniemy Gangesem do hotelu. Jest mega gorąco, wchodzimy tylko do naszej restauracji bo dalej nie mamy siły, pijemy colę, dochodzimy do siebie i wracamy do pokoju.


Moja święta krowa...


Maranika Ghat






5-6 maja 2012 – Agra – Varanasi, Indie

0

Na potwierdzenie biletów czekam do 19, okazuje się, że Filip ma miejscówkę, a ja nie. Jestem w dalszym ciągu na liście oczekujących, akurat do tego pociągu bez możliwości wejścia. Pakujemy się i jedziemy na stację dopytać o moja podróż, nie chce zostawać w Agrze sama! Na stacji znajdujemy biuro Szefa Biletów, sprawdza listy i mówi, że mogę wejść i możemy siedzieć razem na tej jednej miejscówce. Ulga! Ponieważ mamy jeszcze jedna rezerwację, usiłujemy się dogadać aby ja anulować, niestety odsyłają nas na szukanie Internetu „i tam se anulujcie”. Wychodzimy ze stacji, idziemy szukać Internetu, na stacji jest dziki tłum, wszyscy chcą coś wcisnąć, przed stacją morze rikszarzy i każdy pyta o to samo „riksza?”, bez względu na to czy słyszał wcześniejsza odpowiedź i tak zapyta „riksza?”. Znajdujemy malutką budkę, wciśniętą między smażalnie ciastek, a sklep z napojami, facet ma telefon, a na zapleczu komputer. Czekam na połączenie z Internetem (jak za starych dobrych czasów), niestety nie udaje się. Wracamy na stację, szukamy innego wyjścia, Fil znajduje biuro Managera Stacji – może tam się uda? Niestety odsyła nas z kwitkiem, kapitulujemy.

Do pociągu zostało jakieś 30 minut, siadamy w kącie i obserwujemy ruchy na stacji. Najciekawiej jest kiedy podjeżdża pociąg z wagonami drugiej klasy (nie objęte miejscówką), jeszcze zanim się zatrzyma wsiada do niego mnóstwo ludzi, krzyczą, pakują toboły, coś się wysypie, rozwali, podają dzieci przez okna… Nikt nie chce skończyć podróżując uczepiony barierki na ostatnim schodku do pociągu… Fil przekonuje mnie, że to nie takie złe miejsce, bo przyjemnie wieje i można oglądać widoki.

Czekamy i czekamy aż podjedzie nasz pociąg, a tu nic. Dopytujemy czy na pewno jesteśmy na dobrym peronie. Kilka minut później podają pierwszy komunikat, nasz pociąg opóźniony o 15 minut. Taki komunikat podadzą jeszcze 5 razy… (komentarz od Fil – co ciekawe następne komentarze również mówią o 15minutowym opóźnieniu – od planowanego czasu - gdzie planowanym czasem jest już poprzedni opóźniony czas z komunikatu, tym sposobem opóźniony był tylko 15 minut ale jako że pięciokrotnie to w europejskim wymiarze czasie daje 65 minut – ehh liczyć tak jak oni to dopiero szczeście)

W końcu przyjeżdża, jedziemy pierwszą klasą numer dwa z klimatyzacją. Pociąg to małe, twarde półki do spania, daję poduszkę, kocyk, prześcieradło i ubranie na kocyk. Mamy z Filem górna półkę. Wdrapujemy się i ledwo się mieścimy, czarno widzę wspólne spanie na miejscówce, na której sam Fil się nie mieści (a my musimy jeszcze upchać dwa plecaki). Próbujemy kilka układów, nie ma dobrego więc wciskamy się aby tylko oddychać. Klima daje lodem, niestety nie można jej wyłączyć ani zmniejszyć. Pamiętając klimę z Tajlandii ubrałam się ciepło, podkoszulek i koszula oraz chustka na głowę. Nie mogę zasnąć, nie mogę się ruszyć, bolą mnie wszystkie kości, mam zdrętwiałe ręce i miednicę (nie wiedziałam, że kość może zdrętwieć). Po sześciu godzinach zwalnia się wyrko obok i NARESZCIE można się wyprostować! Przykrywam się kocykiem z Lufthansy, potem prześcieradłem, na koniec wielkim kocem (razem z głową) i zapadam w półsen. Śni mi się, że jadę do Nepalu i wspinam się na jakąś śnieżną górę… Śnieżną, bo przez moje trzy warstwy dociera jednak trochę klimy.

Po 14nastu godzinach jesteśmy w Varanasi. Różnica między temperaturą w pociągu, a na zewnątrz wynosi jakieś 30 stopni, gorąc nas powala.

Dworzec w Varanasi to ponad milion ludzi idących w różnych kierunkach, śpiących, jedzących, biegnących, płaczących… Ogrom kurzu, kolorów i zapachów (od tych przyjemnych owocowo-jedzeniowych, po zapach kupy o poranku). Łapiemy rikszę i jedziemy do Meer Ghat, będziemy spać przy Gangesie. Nie dojeżdżamy nad samą rzekę ponieważ alejki robią się coraz węższe, a riksze mają zakaz wjazdu. Pozostaje wycieczka pieszo. Jest mega gorąco, a my z plecakami pomykamy nad Ganges. Zaraz mamy mnóstwo przyjaciół, którzy chcą nam coś pokazać, zaprowadzić, uszyć… Z boku to wygląda zabawnie, dwoje białych i stadko śniadych podążających ich śladem. Mówię do Fila, zwolnij zobaczymy co zrobią, oczywiście zwalniają, jak się zatrzymujemy, oni też się zatrzymują. Jesteśmy bardzo zmęczeni więc nie nawiązujemy przyjacielskim stosunków, do końca naszej trasy wytrwał tylko jeden, co śmieszniejsze jeszcze chciał za to kasę ;-)

Wybieramy pokój w hotelu Alka, zamiast klimy wybieramy AIR COOLER, taka duża skrzynka z wodą i wiatrakiem, nie jest tak agresywna jak klima, przyjemnie chłodzi powietrze i trochę nawilża, co prawda jest głośna jak motor ale da się wytrzymać. Na jakiś czas mam dosyć klimatyzacji.

Śpimy, jemy późny lunch w Brown Bread Bakery i znowu śpimy. Pijemy gorącą herbatę na kolacje i znowu śpimy… aż do rana

5 maja 2012 – Agra, Indie

0

Wstajemy o 5:10, zabieramy to co pod ręką, idziemy zwiedzać Taj Mahal. Zaraz będzie wschód słońca, jest bardzo przyjemnie, odnajdujemy drogę do Bramy Wschodniej, kupujemy bilety. Ustawiamy się w dwie kolejki, panowie na lewo, panie na prawo, sprawdzają bilety, potem obowiązkowe macanie i wyrzucanie wszystkiego z torby, przechodziłam to tysiące razy w Chinach więc się nie stresuje, w końcu nie noszę przy sobie broni. Przeszłam pozytywnie macanie, smarowanie detektorem, a tu pani strażnicza wyciąga tripod i mówi, stanowczo i zdecydowanie NIE! Uśmiech blondynki i tłumaczę, że to do aparatu, do zdjęć, że nie ma na liście… niestety albo wyrzucam albo zanoszę do przechowalni. Fil w drugiej kolejce nic nie wie, że mnie nie wpuścili, więc biegnę szukać tej przechowalni, zanim się zorientuje, że mnie nie ma - powinnam wrócić. Najpierw wracam do kas i pytam gdzie ta przechowalnia, kierują mnie na prawo, biegnę przez riksze, wielbłądy, hindusów, małpy, stado dzikich psów, gdzie do cholery jest ta przechowalnia??? W oddali, jakby przez mgłę, słyszę swoje imię, ale tyle tu ludzi, wszyscy się drą to pewnie mi się wydaje… Odruchowo odwracam głowę i… widzę mojego męża ze swoim tripodem w ręku biegnącego za mną do przechowalni. Razem raźnej, słonce zaczyna prześwitywać, śmiejemy się, że wschód słońca nad Taj Mahalem dopadł nas przy wielbłądzim łajnie. Zawsze mogło być gorzej! Nie stoimy drugi raz w kolejce, przeciskamy się przez barierki, strażniczka odpuszcza mi macanki oraz detektor i tak szczęśliwie wchodzimy na pierwszy dziedziniec.

Taj Mahal jest jedną z piękniejszych rzeczy jakie widziałam w życiu, ogromny, dostojny ale bardzo lekki w formie. Otacza go piękny ogród, bramy oraz mur. Władca Shah Jahan po ukończeniu mauzoleum powiedział, że słońce i księżyc obetrą łzę z policzka. Taj Mahal jest określany również jako łza na policzku wieczności . Taj Mahal został wybudowany przez Shah Jahan jako grobowiec dla jego ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła przy porodzie, śmierć żony tak dotknęła Shah’a że osiwiał podczas jedne nocy. Budowa całego kompleksu została ukończona w 1653 r. niedługo później Shah został uwięzieni w Forcie Agra (na marginesie – uwięził go jego syn) i mógł podziwiać mauzoleum żony jedynie z okna. Po śmierci Shah’a w 1666 r. jego prochy spoczęły obok ukochanej Mumtaz.

Kilka mitów nt. Taj Mahal
- Taj Mahal jest hinduską świątynią – nie jest, został zaplanowany jako grobowiec, nie świątynia.
- Po drugiej stronie rzeki miał stanąć czarny Taj Mahal dla Shah’a – nie ma na to żadnych dowodów, nie znaleziono nigdy takich planów.
- Poobcinane ręce, wydłubane oczu architektów i rzeźbiarzy – legenda głosi, że Shah kazał poobcinał prawe dłonie architektom i wydłubać oczy rzeźbiarzom aby nie stworzyli nigdy nic piękniejszego, nie ma na to żadnych dowodów historycznych.
- Taj Mahal podmywany przez wodę, powoli zatapia się w rzece – mit, nie zatapia się, jest badany i stoi tam gdzie powinien stać.

Aby wejść do Mauzoleum Głównego należy zdjąć buty lub założyć jednorazowe ubranka, w środku obowiązuje zakaz fotografowania, szkoda bo marmurowe rzeźby wokół marmurowych trumien robią niesamowite wrażenie. Prawdziwe miejsce ze zwłokami znajduje się pod mauzoleum, nie możne go zwiedzać. Wszyscy są albo bez butów albo na butach mają ubranka, jedna tylko para chodzi w butach, Fil do końca zastanawia się jak oni to zrobili, trochę się uspokaja jak zaczynają mówić po polsku, w końcu Polak potrafi. Koło 8:00 zaczyna się robić gorąco, ostatnie zdjęcie, ostatnie spojrzenie, ostatni dotyk marmuru…

Po śniadaniu czas na małą drzemkę, a później ruszamy do Agra Fort. Jest bardzo gorąco, interesuje nas przede wszystkim to, co jest cieniu ;-) Na szczęście Agra Fort ma dużo schowków, zaułków, zadaszonych tarasów, korytarzy, przejść… Moim zdaniem jest ciekawszy niż Red Fort, zachowało się wiele marmurowych rzeźb i ozdób, są pięknie utrzymane ogrody. Z górnych tarasów widać również Taj Mahal i rzekę. Ośmieliłam się wejść do Fortu w krótkich spodenkach, nie był to dobry pomysł bo cały czas ktoś się na mnie gapił, Fil mówi, że to z powodu moich białych nóg, ja myślę, że jednak nogi powinny być tu zakryte. Wracam do spodni.

Pogoniliśmy jednego rikszarza, co chciał nas naciągnąć na sklepy (naciągać też trzeba umieć) i wróciliśmy do hotelu. Przygotowujemy się do nocnej podróży do Varanasi. Nasze bilety nie zmieniły statusu, tzn. wejdziemy do pociągu ale nie wiemy czy będziemy mieć miejsce siedzące, stojące czy leżące – Fil dowiedział się, że status zmieni się dopiero dziś o godz. 18. Fajnie, pociąg jest o 19 ;-) Do tego czasu mam zamiar się wyspać, póki co, nic nie wskazuje na to, że będę to robiła w nocy.

Już jutro Święte Miasto Varanasi…









4 maja 2012 – Delhi – Agra, Indie

0

Wstaliśmy o świcie czyli o 9:00.
Śniadanie jemy w Khosla Cafe, szklanka z sokiem się lepi ale kelner przynosi rurkę, więc wszystko jest ok ;-) Mamy dużo czasu, pociąg do Agry odjeżdża o 14:00, a dworzec jest w miarę blisko. Szwędamy się po bazarze, zaglądamy na stoisko z przyprawami, pijemy sok z mango, szukamy świętych krów… W południe opuszczamy hotel, na pożegnanie szef pyta czy nam się podobało i czy wrócimy, Fil mówi, że lodówka nie działała i na pewno nie wrócimy. W sumie ma rację, picie gorącej wódki nie jest tym co tygrysy lubią najbardziej.

Z plecakami wspinamy się do kolejnej restauracji dachowej – The New Mount Everest, pijemy lassi i sok z limonki i gapimy się na ulicę, to moje ulubione zajęcie w podróży…

Na dworzec docieramy koło 13:00. Odnalezienie peronu, pociągu, wagonu i miejsca zajmuje nam może z 15 minut. Wszystko jest dokładnie oznaczone, a na drzwiach każdego wagonu z miejscówką, wisi lista pasażerów i numer miejsca, cieszę się jak dziecko widząc swoje imię i nazwisko napisane po naszemu i indyjsku! W pociągu panuje ogólny brud. Brudne jest wszystko, ale na suficie są trzy wiatraki, które łagodzą sytuację. Tory to jedna wielka toaleta, jak zawieje do okna to… Na dworcu w Delhi nie jest jednak tak źle – na tory spada tylko to co ktoś zrobi w pociągu podczas postoju, Fil mówi, że u nas Polsce jest tak samo (a ja myślałam, że u nas w pociągu robi się do specjalnego pojemnikoszamba, które jest opróżniane na końcu trasy), święta naiwności. Wyjeżdżając z Delhi na przedmieścia atmosfera się zagęszcza, na torach można zobaczyć grupki mężczyzn i dzieci w kucającej pozycji, bez spodni / sukienek / spódnic z butelka wody w prawej ręce i gotową do działa ręką lewą…


Pociąg (czyt. Wędzarnia) jedzie w miarę sprawnie, siedzę pod oknem z dziadkiem, Fil po drugiej stronie nawiązuje konwersację… Jest bardzo gorąco, zaczyna mi się mieszać w głowie, siedzę i ni to śpię, ni to gapię się za oknem, przychodzi konduktor, Fil coś mówi, że mam wyciągać wizę, więc kopię w hmońskiej torbie, kopię i kopię… W końcu wyciągam paszport i mówię: paszport mam tu, wiza też… Fil dziwnie się patrzy, gość od biletów również… Bilet, pokaż mu bilet! W końcu dociera do mnie, że chodzi o sprawdzenie miejscówek. Czuje się uwędzona, nie mogę podrapać po ręce bo zdrapuje brud i zostają takie dziwne ślady na skórze (ślady w kolorze czystej skóry). Dzięki konwersacji Fila wysiadamy na właściwej stacji. Od samego początku dopada nas dwóch kierowców rikszy ale gładko dajemy sobie z nimi radę. Idziemy do informacji turystycznej sprawdzić naszą rezerwacje na jutrzejszy, nocny pociąg do Varanasi. Rezerwacja nie zmieniła statusu co oznacza, że pociąg nas zabierze ale nie mamy miejscówek. To TYLKO 14 godzin jazdy z Agry… Mam nadzieję, że nie wlądujemy na miejscówkach stojących między wagonami. Teraz nie mam czasu się tym martwić, czas znaleźć nocleg.

Bierzemy rikszę i ruszamy do Shanti Lodge, podobno mają ładny widok na Taj Mahal z dachowej restauracji. Wchodzimy i prosimy o pokój bez klimy, prowadzą nas przez stajenkę dla kóz do przybudówki – dobra, jest tanio ale spanie w stodole? Mówimy, że chcemy zobaczyć jednak pokój z klimą, wdrapujemy się na sam szczyt i… powala nas widok. Jest genialny, najlepszy widok na Taj Mahal w mieście! Nasz pokój jest tuż za restauracją i nie jest drogi, nie zastanawiamy się. Zamiast biec pod prysznic, biegniemy na sam dach robić zdjęcia. Jest rewelacyjnie! Po sesji zamawiamy indyjskie jedzenie, zimne piwo i siedzimy na dachu zajadając smakołyki. Lepiej być nie może… PS. Pytanie na dziś, czy grasujące po dachach małpy nie zwiną naszego prania? Nie chciałabym stracić bielizny.

PS2. Właśnie Fil się dowiedział od obsługi, żeby absolutnie niczego nie zostawiać na balkonie bo małpy porwą…

PS3. Właśnie zniknął prąd i odpalono generatory...



Przynajmniej widać, że nie mam płaskostopia...



3 maja 2012 - Delhi, Indie

0

3 maja 2012 To był bardzo pracowity dzień, ale od początku… Poranek zaczął się paskudnym śniadaniem. Do tej pory śniadania w Azji były lepsze, gorsze, mniejsze, większe ale nigdy paskudne. Pominę brudny talerz – bo to standard. Było niejadalne i już, na szczęście jest tak gorąco, że nie chce się jeść.

Po śniadaniu łapiemy motorikszę i jedziemy zwiedzać Red Fort - wielką fortecę zbudowaną z czerwonego piaskowca. Forteca stanowiła kiedyś o potędze Indii to w niej odbywały się uroczyste ceremonie z eunuchami, słoniami, muzyką, budowlami z drogiego kamienia. Do fortecy wchodzi się przez bramę Lahori, nad którą od 1947 powiewa indyjska flaga. To bardzo ważny element bo większość eksponatów, sal, zdjęć wewnątrz fortu dotyczy właśnie walki o niepodległość. Za Lahori Gate mijamy Chatta Chowk - bazar na którym kiedyś sprzedawano głównie złoto i udajemy się w stronę Muzeum Powstań Indyjskich. Bardzo mi się podoba bo jest dużo wiatraków… Następnie gonimy papugi i wiewiórki po czym udajemy się do Naubat Khan –miejsca gdzie kiedyś grali muzycy, potem przechodzimy Muzeum Wojen Indyjskich – bardzo fajne, bardzo dużo wiatraków i nawet jeden klimatyzator… Po muzeum idziemy w stronę Diwan-i-Am – miejsca gdzie cesarz przyjmował oficjalnych gości. Ciekawostka jest, że w dawnych czasach wszystkie kolumny osłaniano wielkimi zasłonami, tak aby położne na nich wzory z polerowanych muszli nie straciły koloru od słońca. Potem przechodzimy do Diwas-i-Khas najdroższego pawilonu wyłożonego marmurem, a następnie do Khas Mahal gdzie cesarz wiódł swoje prywatne życie. Obok znajduje się jeszcze mały meczet – Moti Masjid. Na koniec muzeum Archeologiczne z wiatrakami i dwoma klimatyzatorami…






Dobijamy targu z motorikszarzem i jedziemy w podróż po Delhi. Nasz kierowca mana imię Raji, dowiadujemy się, że motoriksza to duży wydatek 10 000 US $, a samochód 7 000 US $. W Deli jest ograniczona ilość licencji na motorikszę do 55 000, zastanawiamy się dlaczego nie przerzuci się na samochód i bycie taksówkarzem? Raji tłumaczy nam, że ludzie wola zatrzymać rikszę niż taksówkę, bo jest taniej. Raji został rikszarzem ponieważ nie ma wykształcenia, ma 4 braci i 3 siostry i rodziców nie było stać na edukację. Dlatego Raji ma tylko 2 dzieci, syna i córkę. Syn ma zostać inżynierem, lekarzem albo nauczycielem, dopytujemy czy nauczyciele dużo zarabiają w Delhi? Nie, zarabiają mało ale cieszą się szacunkiem, pozostałe dwa zawody mają i pieniądze i w miarę dobrą reputację. Raji płaci synowi za prywatną szkołę i inwestuje w język angielski, pytamy czy chciałby aby syn prowadził kiedyś jego rikszę, odpowiada, że absolutnie nie, bo to ciężka praca…

Raji zawozi nas do miejsca poświęconego pamięci Gandhiego - park ze specjalnym miejscem w którym jest płaska płyta, na której leżą świeże kwiaty oraz płonie wielki znicz. Przed wejściem do samego miejsca pamięci należy zdjąć buty. Po lewej stronie bezpłatne półki, po prawej dwoje strażników i półki płatne. Mówię do Fila, że zostawiamy buty w bezpłatnych, przez 5 minut nikt nam nic nie ukradnie, Fil milczy ale się zgadza. Wchodzimy, idziemy po zielonych matach, nagle Fil stwierdza, że jednak wróci po buty, a może tych dwóch strażników jednak ma ochotę coś ukraść? Wraca z butami w plecaku. Idziemy po zielonych matach, stoimy przed pomnikiem, w jednym miejscu czuję, że maty są przyjemnie mokre i chłodne, macham do Fila... W końcu fajnie stanąć w chłodnej wodzie! Fil przychodzi i mówi wprost, że czuje, że ktoś tu jednak nasikał dlatego jest mokre. Czar pryska i już nie cieszę się ze stania na mokrej macie…



Wracamy rikszy i jedziemy do Humayun’s Tomb. Grobowiec robi ogromne wrażenie, jest ciekawszy niż Red Fort. Zbudowany z czerwonego piaskowca i białego marmuru, odwiedzony przez Baracka Obamę podczas wizyty w Delhi (chyba najważniejsza wiadomość :-), wpisany na listę kulturowego dziedzictwa międzynarodowego. Warto!


Po grobowcu odwiedzamy jeszcze hinduską świątynię – Luxury Temple, gdzie Fil otrzymuje błogosławieństwo i czerwoną kropkę na czole. Ja za swoje błogosławieństwo musze zapłacić, a i kropkę muszę sobie namalować sama. Szkoda, że nie można robić zdjęć, bo świątynia jest fascynująca.

Raji prosi nas jeszcze abyśmy dali się namówić na jeden sklep, jestem nieugięta ale mówi, że dostanie za to kupon na paliwo, więc zgadzam się na jeden sklep. W sklepie jest nawet miło – jest klimatyzacja. Oblatujemy dwa piętra w dwie minuty – zarabiamy na kupon paliwowy i jedziemy do hotelu. Jak miło stanąć pod prysznicem… Zimnym prysznicem… W sumie nie ma ciepłej wody więc wybór jest ograniczony.

Odpoczywamy i idziemy na wieczorną rundę po bazarze. Zwiedzamy ulicę z warzywami, kupujemy limonki (woda z limonką smakuje lepiej), przymierzamy buty – niestety na bazarze mają tylko european size, co oznacza, że dla mnie nie ma nic. Jemy kolację w nowej restauracji dachowej – Sayam Restaurant. Pierwszy raz w życiu jem wiewiórkę! Miał być kurczak ale kurczak nie jest to na pewno! Nie przypomina to w smaku żadnego znanego mięsa. Zostaje tylko wiewiórka. Wiewiórek jest tutaj dużo więc łatwo je złapać i przyrządzić… Nie wiem co będzie jutro, bo to była wiewiórka zrobiona na ostro. Ostro na wejściu…


W pokoju profilaktycznie popijam polskiego drinka – wódkę z colą.

Jutro jedziemy pociągiem – indyjskim pociągiem do Agry zobaczyć Taj Mahal.

2 maja 2012 - Delhi, Indie

3

Wszyscy straszyli: lądujecie i czujecie smród, wszędzie śmierdzi, na chodniku leżą kupy, zaraz w coś wejdziecie, obrzucą wam buty krowim łajnem i każą płacić za czyszczenie, Indie to jedno wielkie gówno… i to wszystko gówno prawda. Gówna brak. Owszem zdarza się, że coś leży na ulicy ale bez przesady, w tym klimacie po kilku minutach wszystko jest wysuszone na wiórek i nie śmierdzi. Byłam przygotowana na coś gorszego, a tym czasem jest całkiem miło.

Lądujemy, przed otwarciem drzwi biorę wielki wdech – zaraz mnie powali smród… a tutaj ładnie pachnie, na lotnisku dywanik, miły pan sprawdza paszport, życzy udanego pobytu, łatwo dostępne, klimatyzowane metro… Gorzej jest jak się wysiądzie z metra, ulice nie mają nazwy, tzn. mają ale nie są nigdzie napisane. Szwędamy się i szukamy Paharganj Area, nie jest to łatwe, niby dzielnica blisko stacji, ale gdzie jest ulica Main Baazar? Widzimy, że za nami podąża para z plecakami, to Francuzi. Dogadujemy się, że oni tez idą na Paharganj ale nie wiedza gdzie to jest. Tak poznajemy ulice inżynierów, ulicę z lokalnym jedzeniem, kilka innych ulic… W końcu Fil mówi: dość! Wyciąga GPS, kilka minut i wiemy gdzie iść! Mijamy wiewiórki buszujące w świętym krowim łajnie, kilka ulic, skrętów, skrótów i jesteśmy na miejscu. Zaczyna się poszukiwanie noclegu, zajmuje nam to dłużej niż zwykle bo tanie pokoje są brudne, a drogie są drogie ;-) Oglądamy blisko 10 hosteli i decydujemy się na Vivak Hotel.


Krótkie spanie, jemy późne śniadanie na dachu i idziemy na rozeznanie dzielnicy. Żebraków nie jest strasznie dużo, rikszarze namawiają jak wszędzie, Fil pije pierwsze bananowe lassi, mnóstwo sklepików, każdy chętny i gotowy aby nas naciągnąć ale… my te sztuczki już znamy. Zaprzyjaźnianie się, tłumaczenie listu, niższa cena, darmowa mapa, shopping center, shop only looking, nie robią na nas wrażenia, jest to jeden z momentów w których czuję się bogata w doświadczenie podróżnicze.


Po okrążeniu okolicy decydujemy się pojechać do Jama Masjid - największy meczet w Indiach, mogący pomieścić 25 000 wiernych, wybudowany między 1644 a 1658, ma trzy wejścia i dwa minarety. Na jeden z minaretów można wejść, wchodzimy wiec po 121 schodkach i podziwiamy panoramę Delhi. Przed wejściem do meczetu należy zdjąć buty, opatulają mnie również różowym szlafroczkiem (w którym się gotuję). Kamienie w meczecie są parzące (doświadczyłam empirycznie), dlatego nie należy schodzić z rozłożonych chodników, na szczęście w środku można schronić się w cieniu i posiedzieć na kamiennej posadzce. Jako białas jestem dużą, lokalną atrakcją, Fil również. Robią nam mnóstwo zdjęć, robią sobie z nami zdjęcia, dają nam dzieci do potrzymania i zrobienia zdjęcia… Fil mówi, że to rodzaj błogosławieństwa od białego człowieka. W środku meczetu jest sadzawka z wodą, obmycie w niej nóg sprawia błoga przyjemność, woda brudna jak diabli ale jak przyjemnie chłodna. Wychodząc z meczetu, gość wciska nam kit, że pilnował nam butów i należą mu się rupie – niestety nie jestem tak naiwna i gość obchodzi się smakiem.






Kolacje jemy na kolejnej dachowej restauracji. Prosimy piwo, chłopak mówi, że nie mają niestety koncesji na alkohol ale… czy nie przeszkadzałoby nam gdybyśmy dostali piwo w zamkniętym czajniku na kawę i dwa kubki? Za to właśnie kocham Azje :-)


Widok z restauracji na Paharganj Area

Filowi udało się już zepsuć mój plecak (zrobił w nim wielką dziurę) oraz kosmetyczkę, która ostatecznie naprawił igłą. Pranie się suszy na rozwieszonym sznurku, wiatrak chodzi pełna parą, Internet śmiga (jak na azjatyckie warunki), żyć nie umierać!

PS. Czekam aż ktoś wymyśli wódkę, którą można pić w 40 stopniach…