12 lipca 2011 - Pierwszy raz w Pekinie...

0

Pierwszy raz w Letnim Pałacu.

Do Letniego Pałacu jedzie się metrem ok. 40 minut, dwie przesiadki z Palcu Tiananmen. Park i zabudowania robią wrażenie, to druga rzecz (po Wielkim Murze), która naprawdę mi się podobała. Udało nam się wejść do wszystkich obowiązkowych punktów: Garden of Harmony, Wenchang Gallery, Tower of Buddhist Incense, Suzhou Street… Do niektórych miejsc wbiegliśmy przed zamknięciem ;-) Mimo tego, że spędziliśmy tam ponad pięć godzin nie było nudno, co chwile nowe miejsce do oglądania, nowy zakątek, nowy pomnik, nowy most… Generalnie super.

Pierwszy raz złapani na check point.

W pekińskim metrze obowiązują ścisłe zasady bezpieczeństwa. Przy każdym wejściu każą scanować torbę, mają też czujniki do wykrywania metalu i inne takie tajemne zabawki – tak jak na europejskich lotniskach. Tym razem złapali nas na… niewinnej butelce Coli. „Ochroniarka” mówi, że musimy oddać Colę, Fil mówi, że to tylko Cola. Oczywiście my nie rozumiemy jej, ona nas. Po chwili odkręcamy i pijemy Colę, łyczek za łyczkiem… Ona się uśmiecha i nas puszcza, skoro pijemy to znaczy, że nie ma tam bomby :-)

Pierwszy raz na Ceremonii Opuszczenia Flagi.

Wracamy z Pałacu Letniego, na Placu Tiananmen jesteśmy zaraz po 19. O zachodzie słońca na placu opuszczają flagę państwową. Myślę sobie – super, mamy godzinę, zobaczę całą ceremonię. Wychodzimy z metra i wpadamy w dziki tłum. Tłum czekający już kilka godzin na codzienne opuszczenie flagi. Myślę sobie – przechytrzę tłum i przejdę podziemiami, prosto na plac, pod sama flagę. Niestety podziemia są zamknięte – bo jest ceremonia opuszczenia flagi. Wszędzie pełno policji i żołnierzy. Stajemy grzecznie przy barierce, nie widzę nic poza czubkiem słupa z flagą… Stoimy tak 40 minut. W końcu otwiera się Zakazane Miasto, wychodzą dwa szereg żołnierzy, podchodzą do słupa, opuszczają flagę, składają flagę, marszem wracają do Zakazanego Miasta i… koniec. Całość trwa może z 5 minut. Wszystko widziałam tak dokładnie ponieważ przechytrzyłam Chińczyków i Fil wziął mnie na ramiona ;-)

Pierwszy raz płakałam przy jedzeniu.

Po opuszczeniu flagi idziemy w kierunki LeoHotel, głodni. Bardzo, bardzo głodni. Fil mówi widziałem fajną knajpkę. Idziemy zatem do fajnej knajpki. W fajnej knajpce jest obrazkowe menu. Zamawiam to na czym nie ma papryki czyli kaczkę, Fil bierze wołowinę jako starter, a potem kociołek z wieprzowiną. Miło gaworzymy przy piwie, a tu nadchodzą dania… Kaczka jest posypana grubo chili, wieprzowy kociołek też. Nie poddaje się, jestem tak głodna, że zjem wszystko. Zjadam trochę kaczki, wieprzka i czegoś bliżej nie określonego. Wypijam prawie duszkiem piwo i łzy płyną mi po policzkach… Ostro !!! Mam nadzieje, że nie sprawdzi się zasada „ostro na wejściu, ostro na wyjściu”. Nie poddaje się, gryzę głowę kaczki (upieczony móżdżek smakuje nijak ostro, dziób trochę chrupie). Po przyjściu do Leo obowiązkowa dezynfekcja - Żubrówka Biała jakby nie było jesteśmy akcjonariuszami CEDC i musimy nakręcać sprzedaż

Pierwszy raz próbujemy robić rezerwację hotelu przed przyjazdem.

Okazuje się, że nie ma miejsc, ale w to nie wierzymy ;-) Jedziemy i zobaczymy kto wygra Polska czy Chiny w tej mało równej walce ;-)

PS. Pierwszy raz robiłam manicure.

Przedwczoraj pierwszy raz zrobiłam sobie manicure z Chinach. Dziecinnie proste, wystarczy wsadzić paznokcie pod ciśnieniowy spryskiwacz trawników. Skórki idealnie oddzielone, paznokcie wygładzone, ręce czyste. Genialne i darmowe. Polecam!

P.P.S. Pierwszy raz noodle w pudle.

Chiny słyną w Polsce z zupek chińskich z Radomia (przepraszamy za kryptoreklame firmy VIFON ;-) ) Zupki Instant są tutaj bardzo popularne i stanowią podstawę wyżywienia backpakera i typowego Chińczyka ;-) Za nami już pierwsza zupka kurczakowa, przed nami krewetkowa. Zupki w pudle kosztują całe 4 yuan’y i są naprawdę dobre tym bardziej, że wrzątek jest łatwo dostępny wszędzie samoobsługowo i za darmo.



Jem pieczoną głowę kaczki z dziobem i resztą :)




Wyświetl większą mapę

13 lipca 2011 - I love Szanghaj

0

Wstajemy, bierzemy prysznic, pakujemy zabawki i jedziemy metrem na Beijing South Railway Station. Stacja kolejowa jest większa niż nasze lotnisko, aby dostać się do pociągu trzeba przejść odprawę, scanowanie plecaków, sprawdzanie biletów. Jeszcze tylko sesja fotograficzna na peronie (pociąg wygląda kosmicznie) i ruszamy do Szanghaju (numer pociągu G13, gate 16). Jedziemy z prędkością ponad 300 km/h, trasa 1480 km, zajmuje nam 4 godz. 50 minut. Super!

Wysiadamy w Szanghaju, szukamy rozkładu linii metra i zonk! Nigdzie nie ma darmowych, papierowych mapek, nie ma nawet takich przekłamanych z reklamami. Chcemy też kupić bilety do Xian na sobotę ale nigdzie nie ma okienek z biletami… Idziemy, idziemy przez dworzec i trafiamy do: International Tourist Information. Jesteśmy uratowani, tam na pewno mówią po angielsku. Niestety radość trwa do pierwszego zadanego pytania. Fil zadaje kolejne, a ja tracę cierpliwość. Olewamy informacje i idziemy szukać dalej. Pociąg do Xian odjeżdża z Shanghaj Railway Stadion i tam też postanawiamy się udać aby kupić bilety. Odnajdujemy schemat sieci metra (12 linii :-) uczymy się drogi na dworzec na pamięć i wsiadamy do metra. Bułka z masłem :-)

Wysiadamy, chodzimy po podziemiach i szukamy dworca, trafiamy w końcu na Ticket Office - na jednej kasie pisze English Counter. Zadowoleni stajemy w kolejce do English Countera. Nauczeni doświadczeniem spisujemy na kartce numer pociągu do Xian oraz datę odjazdu. Podchodzimy do okienka, prosimy o bilet, pokazujemy kartkę, a „Sukin English Counter” (jak za 5 minut nazwie go Fil), mówi „no seets only standing place”. Robimy głupią minę, jak to nie ma miejsc śpiących, co ten facet gada… Do Xian jedzie się 14 godzin pociągiem, a on mówi o miejscach stojących? No więc zaczynamy od początku, że my chcemy bilet do Xian, z leżącą, twardą miejscówką, na sobotę. Wkurzony gość mówi, że nie ma. Nie wierzymy. Jak nie ma na sobotę, to drukuj pan na niedzielę, niestety też nie ma „no seets only standing place”. Nie wierzymy, pewnie gość coś kręci, stajemy w chińskiej kolejce, do chińskiej obsługi, nie chcą nam sprzedać po angielsku to kupimy bilety po chińsku. Chłopak co stoi w kolejce przed nami trochę duka po angielsku, prosimy aby napisał nam nasze zamówienie po chińsku. Chłopak zgrabnie kalibruje krzaczki, a kobieta z sąsiedniej kolejki mówi, że biletów nie ma… Też nie wierzymy, zresztą chłopak obiecuje nam pomóc – pyta w okienku o bilety dla nas i dowiaduje się, że… biletów do Xian nie ma już na cały tydzień. Jutro na pewno coś wymyślimy aby dostać się w sobotę do Xian. Trzymajcie kciuki!

A teraz wrażenia z wieczornego Szanghaju :-)

Są takie miasta, które człowiek kocha od pierwszego wejrzenia :-) Szanghaj jest właśnie dla mnie takim miastem, może dlatego, że trochę przypomina Bangkok? Jest bardziej międzynarodowy niż Pekin i nie ma takiego chińskiego zadęcia. Czuję się tu dobrze. Śpimy w hostelu Blue Mountain zaraz kolo stacji metra Lubang Rd. (linia 4, wyjście 3), hostel jest naprawdę ok. (ciepła woda, pokój suchy i przyjemny, nie ma pleśni ani grzyba na ścianie, czysta pościel, suszarka i Internet w pokoju).

Idziemy zwiedzać miasto. Jestem bardzo głodna, po wczorajszej wtopionej kaczce mało jadłam co by mój żołądek doszedł do siebie. Teraz zjadłabym konia z kopytami, no może bez kopyt. Zastanawiam się czy jest sens ryzykować z chińskim jedzeniem, w końcu nie wiadomo co się trafi, a nuż znów nie będzie jadalne, a następny posiłek to dopiero śniadanie… Dziś nie mogę sobie pozwolić na pudło bo jestem naprawdę głodna i musze zjeść coś normalnego (tak Mamo, zjadłabym kalafiora, fasolkę, pomidory i cokolwiek tam jeszcze Babcia ma w ogródku, brałabym wszystko jak leci ;) Idę i tak myślę i myślę… a problem rozwiązuje się sam bo przede mną pojawia się restauracja z międzynarodową kuchnią, która ZAWSZE smakuje tak samo. Tak, pojawia się z nieba McDonalds! Zjadam najpyszniejszego na świecie McChickena, mniam, mniam… Najedzona mogę ruszać dalej w miasto :-)

Trafiamy do części French Concession, a dokładnie na Tianzifang. Już wiem, że to moje ulubione miejsce, mnóstwo małych butików i knajpek, wąskie alejki, pięknie oświetlone. Cudo! Szwędamy się chwilę, przyjdziemy tu jutro na kolację :-) Mam nadzieje, że upoluje coś dobrego.

Następnie jedziemy zwiedzić Bund nocą. Aleja, która jest połączeniem starego świata z nowym. Z jednej strony rzeki m.in. Astror Hotel (1846r), Peace Hotel (1929), China Daily News (1864), a drugiej dzielnica Pudong z kosmicznym centrum finansowym i innymi drapaczami… Widok robi wrażenie, robimy milion fotek.

Zmęczeni wracamy do hostelu. Jutro czeka nas ciężki dzień, tyle zwiedzania…

PS. Fil wyrobił sobie kartę chińskiego skauta, karta daje zniżki w hostelach :-)





Wyświetl większą mapę

11 lipca 2011 - Wielki Mur

0

Wyruszamy samodzielnie eksplorować Wielki Mur - w związku z tym wstajemy po 6 rano, przemykamy przez hostel, nie ma czasu na śniadanie. Po drodze kupujemy słodkiego lembasa. Wsiadamy do metra – linia 2, wysiadamy na stacji Xizhimen, jesteśmy na Bejing North Railway Station. Chcemy kupić bilet do miejscowości Badaling, pierwsze okienko – pudło, drugie okienko – pudło, druga część stacji – pudło, podziemne kasy – pudło, dopiero w małej budce przez dużym dworcem zauważam kolejkę… Tak, tam można kupić bilet do Badaling. Na budce jest napis – po chińsku, generalnie na dworcu wszystko jest napisane po chińsku. Z biletem w ręce idziemy do właściwego wejścia, kontroler zerka i pośpiesza, w sumie to nawet każe już biec, omijam ochronę – każą mi szybko biec - nie muszę scanować torby. Wbiegamy na perony, pociągi daleko, kolejny kontroler wskazuje drogę i też każe biec. Biegniemy. Wskakujemy w ostatniej chwili. Czy to pociąg do Badaling? TAK. Miejscówek już nie ma więc kimamy na podłodze.

Przed Wielkim Murem Wielki Tłum. Kupujemy bilet wejścia i wdrapujemy się po schodach, a za nami, przed nami oraz obok nas Wielki Tłum. Stoimy sobie na wartowni i oglądamy początek trasy, nagle podchodzi dziewczyna i pyta czy może sobie zrobić ze mną zdjęcie. Nie rozumiem o co chodzi, ale mówię ok. W sumie to tylko zdjęcie. Wielki Mur może i jest atrakcją ale… BLONDYNKA na Wielkim Murze to jest dopiero coś! Tak, jestem sławna ;-) Po nastu zdjęciach przestałam liczyć… Co prawda nie rozdawałam autografów ale ten oślepiający błysk fleszy ;-) Filipa też fotografowali. Fil mówi, że dziś zostanę królową facebooka - oczywiście chińskiego ;-)



Jest gorąco, bardzo gorąco. Po 3 godzinach łażenia decydujemy się na powrót, marzy nam się prysznic oraz jedzenie. Zamiast pociągiem postanawiamy wrócić autobusem linii 919, podobno jedzie do centrum Pekinu. Obserwujemy tłumek, ludzie pchają się do autobusów (919 podjeżdża co chwilę), zerkamy co z biletami, na szczęście kupuje się w środku. Siedzimy wygodnie na miękkiej MIEJSCÓWCE - wracamy do Pekinu. Potem tylko metro, Pl. Tiananmen i jesteśmy w Leo.
...

Wieczorem wyruszamy aby zdobyc bilety na pociąg Pekin - Szanghaj. Filip kupuje bilety po chińsku. Filip nie zna chińskiego, kasjerka nie zna angielskiego, niemieckiego, polskiego, rosyjskiego, żadnego... Filip zapisuje caly notes, bolą go ręce ale mam bilety na odpowiedni dzień i na odpowiedni pociąg. Bilet jest po chińsku i trochę trudno nam przeczytać gdzie mamy siedzieć ale o to będziemy się marwić za dwa dni.


10 lipca 2011 - Pekin, wieczór

0

pt. kaczka pekińska. Głodni wyruszamy z Leo w poszukiwaniu kaczki po pekińsku. Fil się napalił, jak woźny na święto szkoły. Jest w Pekinie więc kaczka po pekińsku obowiązkowo. Znalazł w Lonely Planet adres restauracji i idziemy go szukać… Docieramy na najładniejsza ulicę, podziwiamy sklepy, czerwone lampiony, Fil szuka kaczki. Niedaleko bramy na Plan Tiananmen widzę długą kolejkę, mówię do Fila: Tu na pewno jest Twoja kaczka! Fil się śmieje i nie wierzy. Podchodzi bliżej, czyta i okazuje się, że mam rację. Długaśna kolejka do knajpy (!) Śmiejemy się, że kto by stał w takiej długiej kolejce po kaczkę… Czekaj Fil sfotografuję tych ludzi, to jest numer, taaaaka kolejka po kaczkę, koń by się uśmiał!

I koń się śmieje bo po chwili dyskusji stajemy na końcu tej kolejki. Ponad 20 minut oczekiwania w kolejce zarządzanej przez pana kolejkowego z krótkofalówką. WCHODZMY DO NAJMODNIEJSZEJ KACZKI PO PEKIŃSKI W PEKINIE! W między czasie sprawdzamy w słowniku jak napisać „kaczka po pekiński” po chińsku ;-) Menu jest też w wersji anielskiej, choć w środku nie widać europejczyków. Zamawiamy dwa zestawy z kaczki. Na zakąskę - cebula z gęstym sosem słodko-kwaśnym, jak coś ma mnie otruć - będzie to właśnie to ;-) Po chwili wjeżdża mięso z kaczki i cieniutkie naleśniki. Obserwuję, że pieczone mięso wkłada się w naleśnik i dowolnie roluje. Jest pycha! Kaczka mięciutka, z kruchą skórką, tłuściutka… Palce lizać! Do tego wielki kufel chińskiego piwa i świat wygląda zupełnie inaczej :-)

Obok nas siedzi trzech chińczyków, zamawiają podobny set do naszego plus kufel piwa plus chińskie białe ryżowe wino (40%). Po chwili również zaczynają się dobrze bawić. Aby podróżować nie trzeba znać języka, body language mówi wszystko. Za nami siada chińczyk, który jest mocno zdegustowany ceną jedzenia – mimo, że nie rozpoznaje słów, rozumiem wszystko. Obok siedzą dwie siostry, nie rozmawiamy ale mamy wspólne poglądy na „Kaczy kuper po pekiński vel. Piczon”, Fil zerka z zainteresowaniem i robi zdjęcie. Ja i siostry nie może opanować śmiechu :-)

Objedzeni wracamy do Leo.

PS. W knajpie wszyscy są równi i wszyscy płacą wg tego samego menu. My biali byliśmy traktowani jak żółci.

Chiny - kraj kontrastów


W drodze na kaczkę po pekińsku

10 lipca 2011 - Przyjazne miasto Pekin

0

W Pekinie jest bardzo dużo hosteli… dla Chińczyków. Dla Europejczyków znaleźliśmy całe cztery w interesującej nas okolicy. Rozrzut cen jest żaden. Czy hotel jest dla białych czy żółtych dowiadujemy się już w drzwiach, gest oznaczający „won mi stąd” jednoznacznie definiuje kategorię śpiących gości. Tak więc zostajemy w Leo Hostel. W Leo można rano obejrzeć Jamesa Bonda, nie zważając na okienko pojawiające się ekranie pt. „Activate your Windows”. W Leo cena herbaty jest 2,5 razy większa niż piwa, chyba przerzucę się na poranne piwo (ale piwo z cytryną?).

Wyruszamy do Zakazanego miasto. Fil kupuje loda na ulicy z kartonowego pudełka. We wszystkich przewodnikach pisze nie kupować lodów. Pytam się czy to ostatni lód w jego życiu i czy ma mi w związku z tym coś ważnego do powiedzenia. Fil mówi, że tak, ma mi coś do powiedzenia „Znasz dostępy do kont i oszczędności?”. Romantyzm q… ginie! Lody kupują wszyscy żółci i Filip. Lód kosztuje 1 yuan (jakieś 40 gr), tanio. Smakuje jak guma balonowa z dzieciństwa ;-) Jest już wieczór i nic nam nie dolega, wprost przeciwnie, humory dopisują.

Zakazane Miasto jest ogromne. Jest mega, mega, mega ogromne. Śmieję się przy wejściu z wypożyczonego przez Fila audio przewodnika, myślę, że to obciach. Przy pierwszych domach jestem szczęśliwa, że Fil wie w którym miejscu labiryntu się znajdujemy. Audio przewodnik ma GPS i podświetlaną mapę :-) Moją papierową mapkę mogę sobie wsadzić. Zakazane miasto jest ładne i ciekawe ale po Angkor Wat nic już nie jest w stanie mnie zachwycić. Pekin to miła i ciekawa bajka, Kambodża i Angkor to prawdziwa baśń 1001 nocy.

W Zakazanym mieście przechodzimy przez: Bramę Południową, 5 Marmurowych Mostków, Bramę najwyższej Harmonii, Pałac Najwyższej Harmonii, Pałac Pośredniej Harmonii, Pałac Trwałej Harmonii, Ogrody Królewskie, Pałac Niebiańskiej Czystości, Pałac Niebiańskiej Jedności, Pałac Ziemskiego Spokoju, niezliczone pałace nałożnic i kochanek, Pałac Czerwonego Śniegu, Salę 3-dniowej Nocy Poślubnej, Pałace Cesarzowej Cixi (namieszała na tym dworze ;), Salę z hakiem na huśtawkę Cesarzowej, Pałac nauczyciela języka angielskiego, niezliczone domy służby, mandarynów, eunuchów… Niezliczone są również tajemne przejścia, dziedzińce, place, schodki…
Najfajniej jest pod koniec wyprawy, wszystkie pałace pustoszeją, ludzie znikają, zostajemy na prawie indywidualną sesję fotograficzną. Przez chwile mam poczucie, że Zakazane miasto należy do mnie…


9 lipca 2011 - Pekin, wieczór

0

Niestety nadal nie opanowaliśmy jak ominąć cenzurę żeby dodać zdjęcia... pracujemy nad tym.

Filip po raz drugi podkreśla, że nikt go dzisiaj nie okantował.

Zanim wyszliśmy na miasto Fil wywinął pokazowego orła na posadzce. Mignęły mi jego nogi i ręce w niecodziennej pozycji i wysokości. Na szczęście nic się nie stało! Ręce i nogi całe, głowa na miejscu, z myśleniem chyba też ok. :-) Już wiemy dlaczego wszędzie jest napisane „Caution wet floor”. Wychodzimy poszwędać się po uliczkach, trafiamy na targ warzywno-owocowy ale niestety jest zamknięty, jest bardzo gorąco. Wpadamy na chwile do hostelu i budzimy się po godzinie… Głodni ruszamy na polowanie. Najpierw na Plac Tiananmen, potem kolo Zakazanego Miasta, jeszcze dwie ulice i trafiamy na Wanfujing. Sklepy, ludzie, słodycze, biżuteria, samochody… oraz dość duży street food! Nie możemy się zdecydować dlatego zaczynamy od szaszłyka z owoców oraz pierożko-placuszków z czymś w środku, poźniej siadamy na noodlową zupe i noodle z wołowiną, do tego dwa, duże zimne piwa. Wybór jedzenia jest duży: pieczone małe pisklątka kurze, mini kaczki opiekane na patyku, szaszłyki ze skorpionów, żuków, larw, węża, ośmiornica parzona, pieczona, gotowana. Tradycyjne mięska – nie wiadomo jakiego pochodzenia ;-) Dużo rzeczy nie potrafię nazwać ale wygląda smakowicie.

Na Tiananmen przygotowania do opuszczenia flagi, ale my wracamy do hotelu, musimy kupić wodę na wieczór i noc. Jutro też będą opuszczać flagę ;-) Nic nie tracimy.

Jeszcze prysznic, ostatnie zapiski i sen…


9 lipca 2011 - Chiny, Pekin

0

Raz dwa trzy próba bloga z chińskiej recepcji...

Niestety nasz stary blog podróżniczy nie działa w Chinach :( Jest w domenie .com i ze słowem blog w adresie co oznacza, że nie przechodzi chińskiej cenzury. O facebooku można zapomnieć. Tymczasowo będziemy pisać tutaj, a jak wrócimy to wszystko przerzucimy pod stary adres (http://ladypodroze.blogspot.com/).

9 lipca 2011 - Pekin, popołudnie

0

Informacja z lotniska: „Chiny to kraj w którym więcej osób uczy się języka angielskiego niż mieszka w Anglii.” Jeśli to prawda, to efekty tej nauki są skromne. Na lotnisku i w hotelu jest w miarę ok., ale ulica to będzie wyzwanie. Czuję, że będziemy rozmawiać głównie rękami oraz pismem obrazkowym. Wszędzie chińskie krzaczki.

Airbus A380 był szczelnie wypełniony Chińczykami. Trafiliśmy na bardzo chińską część i od razu zapoznaliśmy się z chińską kulturą. Chińczyk jak je to mlaska, ciamka, siorbie… Podobno jeszcze pluje i rozwala jedzenie. Chińczyk jak siedzi w samolocie 9 godzin to co 15 minut „ziewa na lewka”- otwiera całą buzie i robi „aaaaaaauuuuuuuu”. Chińczyk na pewno nie używa dezodorantu ani antyperspirantu (ale na to już byłam mentalnie przygotowana). Ponieważ samolot ma jednak ograniczoną powierzchnię, nie poznaliśmy dokładnie CAŁEJ chińskiej kultury ;-) Filip mówi, że łatwo przyjmuje panujące w danym miejscu zwyczaje i lubi poznawać obce kultury ;-) Aż się boję co będzie dalej…

Do centrum dotarliśmy kolejka i metrem (bułka z masłem :-), oswajamy się z językiem i krzakami.

Śpimy w LEO Hostel, jak najdziemy coś innego / lepszego to pewnie jutro się przeniesiemy. Fil zakupił Spirte'a i zastanawia się czy dobrze zapłacił bo tu są różne pieniądze w różnych wersjach (raz moneta raz papierek). Acha i jeszcze zepsuliśmy maszynę do sprzedaży biletów – ale o tym cicho sza!

Teraz prysznic, odpoczynek, kielonek i idziemy zapolować na mięsko na patyczku albo nudle. Choć na pierwszy rzut oka nigdzie nie widać street fooda.

PS. Filip mówi, że dobre zapłacił za napoje i nikt go nie orżnął ;-)

PS2. Kradniemy rolkę papieru ;-) tzn. wymieniamy.


Przy wejściu do Leo Hostel

23 - 25 czerwiec 2011 - Hel, Gdynia, Sopot

0

Jedziemy nad morze do Violi i Marcina :)

Pogoda nad morzem nie rozpieszcza. Zamiast słońcem, Hel wita nas chmurami i deszczem.

W przerwie między jednym deszczem, a drugim idziemy obejrzeć fokarium. Chwilowo świeci słońce, ale temperatura powietrza oscyluje w granicy 13 stopni...

Plaża :)

Udajemy się na wycieczkę rowerową z Sopotu do Gdyni, w tle Grand Hotel.