9 października 2012 - Sukhothai

Budzi mnie pianie koguta. Zerkam na zegarek, jest 6:30. Nie wstaję. Budzę się dopiero przed 9. Dziś ma od południa padać, więc lepiej szybko pojechać na zwiedzanie. Fil zamawia na śniadanie dyniowe curry z ryżem, ja pozostaje przy sadzonych jajkach na tostach. Okazuje się, że mieszkamy zaraz obok wejścia do Historycznego Parku Sukhotai. Kupujemy bilet i rozpoczynamy wędrówkę po świątyniach: Wat Mahathat, Wat Si Sawai, Wat Tra Phang Ngoen, Wat Sa Si, Ta Pha Daeng Shrine, Wat Sorasak, Wat Tra Phang So i King Monument. Wymieniłam tylko te większe i ważniejsze, bo po drodze wstępujemy do całej masy pomniejszych świątyń, mijamy pomniki i inne ruiny starej, tajskiej stolicy. Park jest fantastyczny, dla nas to taki mini-mini Angkor War, pięknie utrzymany, dobrze oznakowany, bardzo ciekawy. Pogoda jest idealna, gorąco, czasem zawieje monsunowy wiatr, a co najważniejsze nie pada :-) Kilka razy pogoda robi podchody do rzęsistej ulewy ale ostatecznie poza minutową mżawką nie ma opadów. Koło południa wychodzi słonce i robi się bardzo gorąco. Obchodzimy całą centralną część parku i decydujemy, że na jutro zostawiamy pozostałe dwie części. Świątynie w nadmiarze nie są strawne. Myślimy aby zostać w Sukhotai na dłużej, jest zdecydowanie taniej niż w Bangkoku, mnóstwo pysznego, taniego jedzenia, świetny hostel za grosze, czego chcieć więcej? Teraz czas na popołudniowy odpoczynek i lunch. Wieczorem idziemy na miasto i… znów do parku, gdyż jak się dowiedzieliśmy bilet jest dzienny, a nie jednowejściowy.

PS. Fil zwrócił mi uwagę, że nie relacjonuje zbyt dobrze. Po pierwsze jechaliśmy wczoraj najtańszym, rządowym autobusem. Ominęliśmy 3 okienka, gdzie chcieli nam sprzedać droższy bilet, argumenty były różne, poczynając od standardowej pierwszej klasy, rozkładanych siedzeń po możliwość zrobienia siku w autobusie. Przekonałby nas tylko ostatni argument - gdybyśmy akurat byli podtruci, ale ostre curry wybiło w żołądkach wszystko. Autobus rządowy też miał rozkładane siedzenia i niczym nie różnił się od autobusu pierwszej klasy – poza ceną oczywiście i brakiem kibla (co jest duża zaletą, bo nie śmierdziało).

Po drugie nie opisałam wczorajszych zakupów słodyczy. W trakcie drogi do Sukhotai naszło mnie na coś słodkiego, autobus się zatrzymał i postanowiłam kupić galaretki na patyki obtoczone cukrem. Pięć kulek nabitych na kijek, kijków w woreczku 5, w sumie trzy kolory. Wyjmuje pierwszy kijek i pakuje kulkę do buzi, sekundę później pakuję drugą… Po chwili sztywnieje mi język. Kulki są piekielnie ostre!!! Wypijam butelkę wody. Przechodzi mi ochota na słodkie. Fil w tym czasie zajada suszone, świniowe mięso.
















Bociek suszy skrzydła







Old City Guesthouse - tu śpimy

8 października 2012 - BKK -> Sukhothai

Jedziemy na północ do Sukhotai. Jak mi się nie chce wstawać. O dach bije monsunowy deszcz, aż strach wyjrzeć przez okno (he mamy takie okno, że nic przez nie nie widać ;) Wlokę się pod prysznic, a później na śniadanie. Wieje przyjemny monsunowy wiatr, zjadam dwa sadzone jaja, dwa tosty + bekon i wraca mi ochota na życie :) Szukamy w deszczu taksówki i udajemy się na północny dworzec autobusowy. Po doświadczeniach chińskich, kupno biletu to bułka z masłem (i szynką ;). Szukamy peronu nr 2, mamy do sprawdzenia 130 ;) Dwie minuty, zero napięcia i jesteśmy we właściwym miejscu. Emocje pojawią się jak na ławce obok siada facet z kogutem, nie będę siedziała w autobusie koło koguta! Ogarnia mnie lęk, który ustępuje w chwili odjazdu, gość z kogutem został na dworcu. Monsun trwa w najlepsze, ale mi to nie przeszkadza, przede mną 7 godzin jazdy więc może lać, ile wlezie.

Po trzech przystankach jesteśmy w Sukhotai. Wysiadamy i dopada nas mafia taksówkarska, a właściwie mafia songthaew. Songthaew to taki a'la pick up z ławkami w miejscu paki. Zamiast dogadywać się z kierowcą, podążamy w kierunku informacji - trzeba najpierw wiedzieć jak wrócić do BKK. Kiedy mamy już spisane wszystkie informacje rozglądam się za taksówką. Nie jesteśmy jedyni, pojazdu szuka również chłopak w okularach. Naszą trójkę przechwytuje mafijny i ciągnie do swojego pojazdu. Jednak Fil kątem oka widzi odjeżdżającą, NIEPEŁNĄ inną songathaew! Wskakuje na pakę w trakcie jazdy, robi zamieszanie, pośpiesznie wypytuje czy jadą w tym kierunku co potrzeba (tak, jadą do Old Town) i każe nam wsiadać! Przez głowę przechodzi mi wspomnienie z Kambodży, kiedy pomysłowość i oszczędność Fila została ukarana uwiezieniem na dworcu (!) i brawurowa ucieczką. Tym razem jest inaczej, wskakuje z chłopakiem w okularach i... jedziemy. Po kilometrze, kierowca zatrzymuje się i idzie ku nam z niezbyt szczęśliwą miną. Myślę, kurde (to łagodne określenie) pewnie chce nas wywalić, nie uśmiecha mi się iść w monsunowym powietrzu z plecakiem. Na szczęście przychodzi negocjować. Fil negocjuje już za całą grupę (nie wiem czy cała grupa jest szczęśliwa ;) i udaje mu się wytargować niezłą cenę :) Cało i zdrowo docieramy do Old City Guesthouse.

Zamiast mieszkać w New Sukhotai (tam gdzie mieszka większość) wybieramy Old Sukhotai, miejsce blisko ruin. Idziemy na kolację, jemy po dwa dania, kupujemy colę, przepijamy białym żubrem i udajemy się spać.

Jutro ciężki dzień - zwiedzanie.




"Szaszuka" czyli tajsko-indyjska jajecznica



"Drzewo ofiarne" na jednym z dworców można kupić przchylność bóstw

Old City Guesthouse



Sukhotai - mądrości









Odcisk stopy Buddy

Sukhotai wieczorem

Pad Thai with beef - to co proste najlepsze

Red curry - kokosowo ostre

Sałatka z papają i krewetkami - piekielnie ostra

...a tu były kanapki z krewetkami ;)

7 października 2012 - Bangkok

0

Między Soi Rambutrii, a Khao San Rd postawili Starbucks Coffee. Szok. Globalizacja dociera wszędzie. Wcale mnie to nie cieszy. Nie ma już pań kosmetyczek pod gołym niebem, nie ma już masażystek pod chmurką, zniknęło kila street foodów, stoisk i hosteli. Pojawił się Starbucks, McShit, Burger King (opanował całą Khao San Rd) oraz większe KFC. Komercjalizacja postępuje w zastraszającym tempie, jak tak dalej pójdzie, nie będzie sensu tu jeździć bo wszystko będzie takie samo jak u nas. Od dziś oficjalnie bojkotuję gównianą kawę ze Starbucksa, który delikatnie mówiąc wszedł między wódkę, a zakąskę. Wygląda tu jak kwiatek przyczepiony do kożucha.

Nasz ulubiony guesthouse (Green House) się odnowił, na pierwszym piętrze są położone nowe płytki, w pokojowej łazience też. Co prawda dalej tu i ówdzie wychodzi grzyb, ale to raczej wina klimatu. Na dole zamiast małych klitek jest duży bar i otwarta kuchnia, profesjonalny sprzęt dla ulicznych grajków oraz mnóstwo stolików. Na pierwszy posiłek zamawiany yellow curry i smażone noodle z wołowiną i zielskiem. Nie muszę chyba pisać co, kto zjadł. Do tego zimne tajskie piwo…

Po podróży chodzimy trochę jak w transie, nie można iść spać bo trzeba się szybko przestawić czasowo, ale z drugiej strony oczy się same zamykają. Nie pomaga pogoda, powietrze monsunowe jest ciężkie, wilgotne i zachęca do spania. Przed wyjazdem sprawdzałam prognozy pogody i miało cały weekend lać, bez szans na słońce, generalnie burza za burzą. A jak było? Zdecydowanie słonecznie, chwilami pochmurnie, raz miało padać ale się nie zdecydowało. Gdyby tak miało być, to super! Monsuna dziś nie doświadczyliśmy.

Mamy na liście kilka rzeczy, których do tej pory nie udało nam się zwiedzić w BKK. Postanowiliśmy zobaczyć jedną z nich – dom Jima Thompsona. Za każdym razem jak czytałam w przewodniku, że jest to miejsce warte zobaczenia, myślałam – dom, jak dom, co tu się podniecać. Tym razem jednak postanowiłam zobaczyć osobiście, czym to się ludzie zachwycają. Łapiemy taksówkę i tłumaczymy gdzie chcemy dojechać, gość w ząb nie rozumie o co nam chodzi, pokazuje mu mapę ale on nie potrafi nic z niej przeczytać (w zasadzie to chyba nie umie czytać), w końcu Fil łapie Tajkę i mówi, żeby mu wytłumaczyła, gdzie chcemy dojechać, bo jakiś niekumany. Dogadujemy się i po chwili mkniemy w korkach na miejsce, tzn. obok miejsca, bo nawet po tajsku taksówkarz nie zrozumiał o co chodzi. Wysiadamy i postanawiamy dojść na piechotę ostatni kawałek, prowadzę Fila taką drogą, że nawet on się zastanawia czy powinniśmy tam iść, profilaktycznie pyta pani nad szambem. Pani z szamba odpowiada, że to dobra droga. Punkt dla mnie ;-) Idziemy na klongiem (czyt. długim kanałem, dawną drogą wodną), idziemy i idziemy i dochodzimy na miejsce. Mój nos mnie nie mylił! Co prawda przy wyjściu okazuje się, że była prostsza droga dojścia, ale wtedy nie byłoby tak ciekawie. Fil do końca dnia będzie żałował, że nie kupił wody od bezzębnej staruszki…

Teraz dwa słowa o domu i właścicielu. Jim Thompson był Amerykaninem, który przyjechał do Azji, w trakcie II wojny światowej. Miał w niej służyć, ale nim do czegokolwiek doszło, wojna się skończyła. Niedługo potem został wysłany do BKK i… postanowi już zostać na zawsze. Zajmował się jedwabiem, produkcją i eksportem – dzięki temu dorobił się pięknego domu w tajskim stylu. Dom rzeczywiście robi wrażenie, piękna architektura, ogród, antyki. To wyjątkowo spokojne miejsce, w tym szalonym mieście. Warto zobaczyć. Największą zagadką Jima Thompsona jest jego śmierć. Wyszedł na krótki, samotny spacer w górach Malezji i nigdy nie wrócił. Nie znaleziono nigdy jego ciała, ani żadnych śladów.

Wieczorem idziemy jeszcze na targ amuletów, pooglądać królewski pałac z królewskiego trawnika, jem kolację (nie trafiam z zupą, dostaje solankę zamiast tom yum), poprawiam smak mięsem na kiju oraz bananowi-ananasowym shakiem i padam.








Kokony jedwabnika (zdjęcie poniżej) wrzuca się do wrzącej wody i snuje nic jedwabiu (na zdjęciu powyżej)





Targ amuletów



Tylko mnich potrafi odróżnić amulet działający od amuletu, który nie posiada mocy

Znajdź amulet zapewniający powodzenie w miłości i płodności ;)
















6 października 2012 - Warszawa -> Moskwa -> BKK

0

by Filip:

Aeroflot linia mocno niepopularna.

My się złego nie boimy i do Bangkoku polecimy. Korzystając z wyprzedaży biletów rosyjskich linii AEROFLOT podjeliśmy wyzwanie i wykorzystamy jeszcze trochę pozostałego urlopu. Lecimy zobaczyć monsun w Azji południowo-wschodniej oraz chcemy na żywo zobaczyć festiwal bólu – czyli festiwal wegetariański na Phuket. Planu szczegółowy jest tylko na pierwszy dzień, białe curry na śniadanie, żółte curry na lunch i czerwone curry na kolacje. A potem niech się dzieje wola nieba … Niestety nic nie jest tak piękne jak być powinno. Pierwsze niepowodzenie wyjazdu spotyka nas w sklepie na lotnisku gdy nie możemy zapłacić ani jedną ani drugą kartą płatniczą która jedzie z nami.

Szybkie logowanie do banku w strefie Internetu na lotnisku utwierdza mnie w przekonaniu że karty działają i będzie dobrze. Odlatujemy do MOSKWY. Terminal F lotniska Szeremietiewo lata świetności ma już za sobą, jest ciasny, brudny starością oraz logiczny inaczej w układzie. Jak to typowy terminal międzynarodowy oznakowany głównie w cyrylicy. Sklepy wolnocłowe w Moskwie skupiają się na dobrach luksusowych oraz drogiej wódce i whisky. Wódka kupiona na Okęciu ma zdecydowanie lepszy faktor cenowy. Aby umilić sobie oczekiwanie decydujemy się w drodze do Azji przez Rosje na wstąpienie do IrishPubu na tzw. jasne pełne. Niestety obydwie zabrane karty płatnicze nie chcą współpracować i tylko pomoc barmana Jurija powoduje że pijąc piwo mamy tylko 100 rubli w gotówce a reszte wydał nam w twardej walucie. Piwo pozwala się rozluźnić i chwilowo odpuścic sobie złość na banki które wydały nam karty płatnicze. Decydujemy ze damy im jeszcze jedna szansę w Tajlandii, a od razu po powrocie rozwiążemy umowę na obydwie z nich. Na szczęście na wyjazd jesteśmy uzbrojeni w zapas twardej waluty aczkolwiek świadomość braku ewentualnej „karty bezpieczeństwa” wymaga kolejnego łyku produktu zawierającego alkohol. ;-)

Kilka słów o lotnisku powyżej wyczerpało całość pozytywów, którymi można opisać terminal F Szeremietiewa. Na lotnisku wśród tranzytowców z łatwością można rozpoznać Rosjan. Nigdy nie uważałem się za rasiste, ale jednak z przykrością muszę stwierdzić że por tafie rozróżnic Rosjan po ich fizjonomi, i nie chodzi nawet o to, że najczęściej ich twarze kojarzą się z nie grzeszącą myśleniem facjatą ale wrażenie prostoliniowości jest co najmniej nieodparte. „delikatny” makijaż Rosjanek oraz kąciki palacza na każdym rogu sprawiają, że chcemy uciec i omijać Szeremietiewo w następnych podróżach. Tam nie ma nic do czego byśmy tęsknili.

Idziemy do kolejki do przy 44 bramce a tam polska wycieczka. Przewodnik Bartek i przyległa mu grupa jadą do Birmy. W planie szybkie zwiedzanie Bangkoku a potem Rangun. Przyznają się ze zrobiły na nich wrażenie nasze 7kilogramowe plecaki ,które nadawaliśmy razem z nimi w Warszawie oraz nasz brak szczegółowych planów. Gdy opowiadamy ich o naszych chęciach obejrzenia festiwalu wegetariańskiego żałują, że nie jada z nami albo że nie jesteśmy częścią ich bandy.;-). W końcu odprawa i idziemy na swoje miejsca do nowego Airbusa A330. Tutaj AEROFLOT prezentuje się zdecydowanie lepiej. Nowy samolot i w droge…

p.s. karta sprawdzona w Bangkoku – działa.