23 października 2011 - Londyn

0

Żegnamy hostel i Hindusa, jedziemy zobaczyć Buckingham Palace. Jest to oficjalna rezydencja brytyjskich monarchów i jednocześnie największy na świecie pałac królewski wciąż pełniący swą pierwotną funkcję. Oficjalna londyńska rezydencja królowej. Na placu przed pałacem od 1913 roku stoi pomnik królowej Wiktorii. Współcześnie Pałac Buckingham, prócz roli londyńskiej siedziby królowej Elżbiety II i rodziny królewskiej, jest również miejscem uroczystości państwowych oraz oficjalnych spotkań głów państw. Dla Brytyjczyków pałac stanowi symbol Wielkiej Brytanii – tutaj Londyńczycy składali kwiaty po śmierci księżnej Walii Diany. Stoję pod bramą i wypatruję futrzastej czapy strażnika. Zastanawiam się czy królowa pije w środku herbatę? Nie ma tu nic fascynującego, idziemy do parku. Zastanawiamy się gdzie udać się dalej... Pada na Opactwo Westminsterskie, miejsce koronacji królów, pochówku pisarzy i uczonych (chociaż William Szekspir i William Blake ze względu na mało przykładnie prowadzone życie nie dostąpili tego zaszczytu) oraz ślubu Kate Middletown. Niestety opactwo jest zamknięte więc całujemy klamki. Oglądamy zegar Big Ben, fotografuję się ze słynną, czerwoną budką telefoniczną, wracamy na Soho, jemy obiad, chodzimy uliczkami i... niestety przygotowujemy się do powrotu do domu.






Pokaż Londyn na większej mapie

22 października 2011 - Londyn

0

Mój drugi dzień w Londynie, plan bardzo ambitny i napięty. Zaczynamy standardowo od... śniadania. W hostelowej stołówce panuje względny spokój, ludzie zaczynają się pojawiać, pić kawę, chrupać grzanki, a z kuchni dolatują znajome, polskie przekleństwa. Profilaktycznie nie mówię po polsku, nie chcę być z nimi łączona, bo jest mi wstyd. Rozciągnięte dresy, brudne podkoszulki i włosy, papieros w ustach i kwiecista mowa. Bez komentarza. Pierwszą atrakcją jest Tower of London, czekamy na zwiedzanie z przewodnikiem, a tak naprawdę strażnikiem. Odpowiednio ubrani, nazywani Yeomen Warders, a popularnie "beefeaterami" są wg mnie jedną z największych atrakcji Twierdzy Tower. Z opowieści snutej przez strażnika dowiaduję się, że Tower of London było więzieniem, z którego podobno nie było ucieczki, ponieważ wejście było zaraz nad wodą – podpływano łódkami i tam prowadzono więźniów do celi. Więziono tu m.in. króla Anglii Henryka IV, królową Annę Boleyn, Thomasa More'a, Thomasa Cromwella, Lady Jane Grey, żeglarza Waltera Raleigha, a w 1941 r. Rudolfa Hessa. Zwiedzamy większość zakamarków twierdzy, szczególnie do gustu przypada mi komnata z kamieniami. Nie znam kobiety, której oczy nie zaświeciłyby blaskiem na widok diamentu Koh-i-noor (Góra światła). Oczywiście nie jest największy i najpiękniejszy ale ma niesamowitą historię i klątwę. W Indiach krąży opowieść, że Koh-i-noor został odkryty na czole chłopca porzuconego nad brzegiem rzeki Jamuna, noworodka zaniesiono wraz z diamentem na dwór władcy. Dziecko okazało się Karną, synem Boga Słońca. Kamień (o wadze 600 karatów) został osadzony w posągu boga Sziwy na miejscu trzeciego oka, oka olśnienia. W hinduskim tekście pochodzącym z roku 1306, z którego pochodzi pierwszy dokument potwierdzający jego istnienie, napisano, że na kamieniu ciąży klątwa przynosząca śmierć osobnikom płci męskiej - "Tylko bóg lub kobieta może go bezkarnie nosić". Historia kamienia obfituje w wiele morderstw, zdrad i namiętności... Oczywiście w skarbcu znajdują się jeszcze inne kamienie m.in. Centenary czy Cullinan.



Symbolem Tower są kruki. Popularna legenda głosi, że dopóki na wieżach Tower będą żyły kruki, tak długo trwać będzie imperium brytyjskie. Legenda ta powstała w epoce wiktoriańskiej, nie wcześniej niż z końcem XIX w. Wiadomo jednak, że kruki mieszkają w wieżach zamku co najmniej od czasów panowania Karola II w XVII w. Zadaniem jednego ze strażników Tower (Ravenmaster) jest opieka nad krukami i ich dożywianie. Inna wersja legendy mówi, że gdy wszystkie sześć kruków opuści kiedyś twierdzę Londyn zginie. Aby tak się nie stało podcięto im skrzydła i są pilnie strzeżone.


Zwiedzanie Tower jest fascynujące, ale nie może trwać wiecznie jeśli chcę zobaczyć inne miejsca. Udajemy się na most Tower Bridge. Po drodze kupuję paczkę świeżo prażonych orzeszków z czymś słodkim (miód?), grzeją ręce :) Tower Bridge (ukończony w 1894) przecina Tamizę na wschodnim końcu Londynu. Od początku swojego istnienia uznawany był za arcydzieło ówczesnej inżynierii. Porównywano go ze słynną już wieżą Eiffla, zbudowaną pięć lat wcześniej. Potężny, ważący ponad 2000 ton, napędzany parą mechanizm mostu, regulował otwarcie jego środkowej części. Umożliwiał swobodne przepływanie wielkich statków. Stary mechanizm mostu obecnie nie jest już używany. Robimy sesję zdjęciową, odpoczywamy, zajadamy się orzeszkami, łapiemy promienie słońca i ruszamy dalej.



Teraz czas na jedną z głównych atrakcji - British Museum - muzeum historii starożytnej. Jestem oszołomiona, nie wiem od czego mam zacząć zwiedzanie - Grecja, Rzym, Egipt... Postanawiam zacząć od mumii. Z tego co się orientuję to jedna z największych kolekcji w Europie. Po mumiach przechodzimy do sali zegarów, znajdujemy kamień z Rosetty, wojowników z Wysp Wielkanocnych, posążki Wisznu i Sziwy z Indii, kultura Afryki, hieroglify, płaskorzeźby z Partenonu, biblioteka, zbroje Samurajów, Oceania, Meksyk, Majowie... W sali Azjatyckiej robi mi się niedobrze, jeszcze jedna mumia czy rzeźba, a odpłynę Arka Przymierza w nieznanym kierunku. PRZERWA! Po przerwie przechodzimy jeszcze raz przez bibliotekę, oglądamy małe eksponaty i decydujemy się wyjść. Na to muzeum trzeba przeznaczyć kilka dni, jest bardzo wciągające. Jestem pewna, że jeszcze tu wrócę.


Metallica - pierwszy fan!


Kamień z Rosetty




Podczas chodzenia ulicami Londynu zauważyłam, że bardzo dużo ludzi nosi papierowe torby z napisem Primark. Tak oto odkryłam sklep Primark. Dziki tłum wymieszany z tanimi ubraniami, dodatkami, akcesoriami do domu... Istne szaleństwo. Błądząc między wieszakami odkrywam męskie swetry, nie wiedziałam, że takie egzemplarze istnieją naprawdę!


Wieczorem spotykamy się z najlepszym barmanem w Londynie i idziemy wspólnie na kolację. Zamawiam standardowo angielskie fish&chips, Fil też zamawia coś angielskiego ale trudno to jakoś nazwać - kiełbasa z puree? Pijemy drinki w B@1, stoimy pod pubem i wypytujemy o nocne życie Soho... Szędamy się wspólnie po Soho, stając na drinka to tu, to tam. Jestem mocno wstawiona i pewnie dlatego tak dobrze bawię się w sklepie poświęconym cukierkom M&M's. Pozujemy z Filem z figurkami cukierków, oglądamy bieliznę z cukierkami, rzucamy się maskotkami, kręcimy film z kolorami cukierków, dostajemy szału na punkcie M&M'sów :)






Be@1 Coctail Bar :)


Wyświetl większą mapę

21 października 2011 - Londyn

0

Mój pierwszy raz w Londynie i czuję, że współgram z tym miastem. Na ulicach kocioł nacji, sari miesza się z islamskimi burkami, wysokie obcasy, baleriny i kalosze, kreacje prosto z wybiegów i ciuchlandów, drogie marki i zapach tanich perfum, wszystko w jednym. Przyjemność sprawiłoby mi siedzenie i oglądanie ulicy, niekończący się Channel Fashion Show... Niestety lista miejsc do odwiedzenia jest długa i obserwować trzeba będzie w przelocie.

Podróż po Londynie zaczynamy od Nothing Hill, trafiamy na ulicę gdzie trwa pchli targ. Kapelusze z piórami, stare zegary porcelana, meble, zdjęcia, wisiorki, suknie, ramy, posążki, wachlarze, kolczyki... Cuda wianki na kiju! Szukam domu Amy Winehouse ale bez mapy to sobie mogę szukać do upadłego. Nothing Hill kojarzy mi się jeszcze z tytułem komedii romantycznej w której grała Julia Roberts i Hugh Grant... Jedyna komedia romantyczna, którą jestem w stanie obejrzeć - głównie ze względu na ekscentrycznego Walijczyka, Spike'a :)




Jedziemy metrem na stację Piccadilly Circus, oczywiście pstrykam zdjęcie z figurka Erosa. Zaczyna się ściemniać, jesteśmy zmęczeni i ruszamy do naszego hostelu zostawić bagaże. Wieczorem śmigamy na najlepsze drinki, robione przez najlepszego barmana w Londynie - Coctail Bar B@1... Soho zaczyna mi się nieśmiało podobać, klimat podobny do KhaoSan RD. Oczywiście zdecydowanie ciszej i spokojniej ale można wyczuć wątki wspólne - alkohol, taniec, jedzenie, luz, blues :) Ponieważ nie doczytujemy, że metro jest czynne do późnych godzin nocnych, wracamy na późną kolację do naszej dzielnicy. Siadamy w King Edward VII Pub zamawiam miskę małży w winie, Fil standardowo angielskiego burgera, do tego bierzemy dwa Cider'y. Małże re-we-la-cja, Cider ble-ble-ble, ni to piwo, ni to napój. Najedzeni, podążamy spacerem przez dzielnicę Stratford do hostelu.





Pokaż Londyn na większej mapie

sierpień 2011 - Łańcut

0

Zabieramy moich dziadków i jedziemy wspólnie do Łańcuta obejrzeć Storczykarnię. Wchodzimy do parku i... nie wiemy gdzie iść. Przy bramie zdechła mapa z której nic nie wynika, nie ma oznaczeń, nie ma tabliczek ani strzałek. Podążamy na czuja, niestety w złym kierunku. Dobrych kilkadziesiąt minut zajmuje nam trafienie na odpowiednią alejkę. Wokół zamku znajduje się park o charakterze angielskiego parku krajobrazowego. Obecny jego kształt w znacznym stopniu powstał pod koniec XVIII i na początku XIX wieku kiedy należał on do Stanisława i Izabeli Lubomirskich. Księżna marszałkowa Izabela Lubomirska z zamiłowaniem dbała o sukcesywne powiększanie i ulepszanie zamkowych ogrodów, zamkowej Oranżerii oraz parku. Park ma obszar 36 ha i dzieli się na: park wewnętrzny w obrębie fosy i park zewnętrzny poza fosą na wschód od zamku. W skład parku wewnętrznego wchodzą Ogród Włoski, Ogród Różany oraz Ogród Bylinowy; znajduje się w nim również glorieta (ok. 1800) - ładne słowo na budowlę w ogrodzie. Na terenie parku znajduje się szereg obiektów zabytkowych: Oranżeria (1802), Zameczek Romantyczny (1800), ujeżdżalnia (1830), stajnie (1898), wozownia (1902), szkoła muzyczna (dawniej dom ogrodników), Storczykarnia (1904/2008), oraz kort tenisowy. W obrębie parku znajduje się także niewielkie jezioro. Spodziewałam się, że Storczykarnia będzie większa. W środku (jak nazwa wskazuje;) znajdują się storczyki o bajecznych kolorach i kształtach, jest kafejka z lodami.







Wyświetl większą mapę

25 lipca 2011 - Pekin

0

Dzień zaczął się burzą. Poczekaliśmy chwilę i ruszyliśmy do przeciekającej stacji metra, cel na dziś: pandy. Udajemy się do zoo, przestaje padać. Pandy są przeurocze, leniwe i leżące. Małe pandziątka wylegują się na drzewie, szkoda, że nie brykają na postawionej obok huśtawce – koń na sprężynie, to byłby widok. Przy pandach spędzamy ponad godzinę, reszta zoo nie robi wrażenia, może poza śmieciami wrzucanymi do klatek zwierząt :( Na szczęście przy pandach było w miarę czysto.

Po zoo jedziemy metrem do Starego Pałacu Letniego. Jest to wielki park z jeziorami, sadzawkami które pokrywa kożuch kwitnących nenufarów. Największą atrakcją są ruiny Starego Pałacu Letniego, splądrowanego i spalonego przez wojska anglo-francuskie w 1860 r. Poza autentycznymi ruinami pałacu w całym parku rozproszone są także „inne ruiny” aby stworzyć odpowiedni nastrój ;-) Przez chwilę zastanawiam się czy te autentyczne ruiny są na pewno autentyczne? Doczytuję, że Kamienny Pałac w labiryncie jest wybudowany niedawno – jak atrakcja dla turystów.

W Starym Pałacu Letnim spędzamy czas do późnego popołudnia, następnie ruszamy na Pl. Tiananmen w poszukiwaniu busów do Jinshanling (mało uczęszczany kawałek Wielkiego Muru). Niestety, jak się dowiadujemy nie jeżdżą tam busy turystyczne, pozostaje opcja wyjazdu z hostelu (odpada) albo taxi (odpada). Samodzielny dojazd też odpada, drogi i mało pewny, że zdążymy ze wszystkimi przesiadkami. Zatem jedziemy jutro jeszcze raz na Badaling :-)

Z Pl. Tiananmen przechodzimy całą ulicą Wangfujing, mijamy Katedrę Północną (jeden z niewielu kościołów chrześcijańskich w Pekinie, a następnie jedziemy metrem do hostelu. Zaskoczyło mnie dzisiaj, co można robić przed kościołem? Śpiewać (a raczej fałszować w niebogłosy) karaoke. Nie było to raczej pieśni kościelne ani psalmy. To był prawdziwy, czysty fałsz…

PS. Już wiem co jest z tymi męskimi pępkami i podnoszeniem koszuli. „(…) Chińczycy w czarnych spodniach z podkoszulkami podciągniętymi ponad brzuch, aby powietrze mogło owiewać pępki i w ten sposób stymulować qi - siłę życiową – która ich zdaniem tutaj ma swój prawdziwy ośrodek.” Dziękuję Tiziano Terzani :-)










Ruiny Starego Pałacu Letniego


Wyświetl większą mapę

24 lipca 2011 - Pekin

0

Odkrycie z wczorajszego wieczoru – Ghost Street! Ulica oświetlona z dwóch stron morzem czerwonych lampionów, pełna restauracji i chińskiego jedzenia. Ghost Street wygląda niesamowicie! Następnym razem wybierzemy się na pędraki i owoce morze BBQ, Fil już upatrzył miejsce. Zauważyliśmy, że do tych lepszych knajpek są kolejki. Kolejka też wygląda ciekawie – przed wejściem do restauracji ustawionych jest mnóstwo krzesełek, chcesz wejść dostajesz numerek i siadasz na krzesełku. Dostajesz herbatę do picia i słonecznik do łuskania, czekasz grzecznie aż ktoś skończy i kelnerzy wywołają Twój numerek stolika… Na Ghost street można również kupić łapę niedźwiedzia, taka wypatroszoną, zasuszoną z pazurami i kawałkiem futra.

***

Wyprowadzamy się z P.Loft Youth Hostel i wprowadzamy się do Lama Temple Youth Hostel, który leży na granicy hutongu, blisko stacji metra. Rozkładamy się w nowym miejscu, jemy śniadanie i jedziemy zwiedzić Temple of Heaven.

Temple of Haven to 267 hektarów parku i zabudowań, jest co zwiedzać! Kupujemy bilet z wejściówka do wszystkich miejsc (35Y), zdecydowanie bardziej opłaca się kupić jeden bilet przy wejściu, niż kupować oddzielnie przy kolejnych pawilonach (w Chinach nie zawsze jest to regułą ;-) W parku zwiedzamy:

- Hall of Prayer for Good Harvest – wyczytałam, że to najbardziej znana na świecie pekińska świątynia. Sławna nie tylko nie ze swojej architektury ale również z nawiązań do chińskiej filozofii oraz wiedzy z dziedziny astronomii.
- Przechodzimy obok 7 meteorytów – które tak naprawdę są dużymi, białymi kamieniami, zwanymi w przeszłości gwiezdnymi.
- Mijamy Rosarium i docieramy do Imperial Vault of Heaven oraz Echo Wall – okrągły mur długości 60 metrów, jeśli jedna osoba stanie na zachodzie, a druga na wschodzie muru i będą szeptać, to będą słyszeć się tak dobrze jak rzez telefon… Przynajmniej tak jest napisane, chiński wrzasko-pisk uniemożliwił eksperymentowanie.
- Circular Mound Altar - miejsce w którym cesarz prosił o coś związanego z zimą ale nie rozumiem kilku słów w przewodniku :-) Całość to platforma z białego kamienia o trzech poziomach, każdy poziom otoczony swoją barierką. Na szczycie znajduje się specjalny punkt – Heavenly Center Stone – jeśli stanie się w jego miejscu i zacznie przemawiać, pojawi się silny efekt rezonansu akustycznego, tak jakby rozmawiało się z samym niebem… Niestety dzikie, chińskie tłumy uniemożliwiły przeprowadzenie doświadczenia.

Po parku wracamy do hostelu, bierzemy prysznic i idziemy w poszukiwaniu jedzenia. Niestety Ghost Street dziś odpada. Szukamy czegoś innego… znajdujemy wspaniałą uliczkę Nan Luo Gu Street. Mnóstwo małych butików z ręcznie robionymi rzeczami, niecodziennych ubrań, smakołyków, kafejek, pubów, herbaciarni, restauracji. Jemy dobrą kolację i wracamy w strugach deszczu…

Wilgotność powietrza sięga obecnie w Chinach 90%, temperatura nie schodzi poniżej 30 stopni. Idąc ulicą mam wrażenie, że zostaje za mną w powietrzu ślad, tak jakbym szła w kisielu albo w masie szklanej. Dziwne uczucie.


Ghost Street - ulica pełna jedzenia, czynna 24h/dobę

Meteoryty czyli białe kamienie :)

Temple of Heaven

Rosarium



Wyświetl większą mapę

23 lipca 2011 - Pekin

0

Powtórzę się: nie był w Chinach ten kto własnoręcznie nie zdobywał biletu kolejowego / informacji na stacji / kto nie walczył o miejsce w kolejce do pociągu / kto nie biegł do właściwego wagonu. Cała reszta to pikuś. Pan Pikuś. We właściwym wagonie szukamy naszego numeru wyrka. Następnie wdrapujemy się na odpowiedni poziom. Fil spał na poziomie 1, ponieważ jest większy i wypełnia całe łóżko, mała szansa, że położy się koło niego pasażer na gapę ;-) Ja spałam na poziomie 2, nade mną kimała jeszcze Chinka. Tylko pociąg ruszył rozpoczęły się pielgrzymki po gorąca wodę. Wrzątkiem można zalać noodle w pudle i zjeść na kolację. Fil również wydobył swoje noodlowe pudło, po co przepłacać za jedzenie w pociągu :-) Chińczycy strasznie mlaskają podczas jedzenia. Szczególnie kiedy jedzą małe pomidorki. Mlask prze-okrutny.

Noc upłynęła spokojnie. Do mlaskania i chrapania można się przyzwyczaić. Pociąg typu hard sleeper oznacza, że wyrko jest twarde. Twarde jak deska. Rano nie czułam kręgosłupa ale mimo wszystko wyspałam się. Kolo 9 pociąg zatrzymał się na stacji, ponieważ wcześniej też się zatrzymywał, przykryłam się kołderką. Fil mówi, że coś się tak cicho zrobiło… Ja mu odpowiadam, że jakoś torby zniknęły… Zerkamy na prawo, zerkamy na lewo… To już PEKIN! Wszyscy wysiedli.

Jesteśmy na stacji Beijing West. To znaczy za chwile sobie przeczytamy na jakiej jesteśmy stacji bo do końca nie byliśmy pewni gdzie przyjedziemy. Szukamy metra, mówię Filowi, że tu nigdzie nie ma znaku metra, pewnie jeszcze nie dokopali. Fil mówi, że na pewno jest bo jest rozkład sieci metra. Niestety miałam rację, metra jeszcze nie ma na tej stacji, szukamy zatem autobusu, Fil uzyskuje cenną informację, że autobus 21 jedzie do metra. Metrem dojeżdżamy do części Pekinu - Dongchang, a nastiępnie wkraczamy w dzielnicę hutongów, gdzie znajduje się nasz hostel – P.Loft Youth Hostel. Hostel był wcześniej więzieniem, fabryką amunicji… W opuszczonych przestrzeniach zbudowano coś na kształt hostelu. Niestety fajną przestrzeń zabudowano bez pomysłu, z chińską tandetą. Nie podoba mi się. Jutro już śpimy w innym miejscu, w dzielnicy dla dorosłych :-)

Dziś zwiedziliśmy Lama Temple. Świątynia Lamy wabi kolorami, pachnącymi kadzidłami oraz egzotycznym wystrojem. Cala świątynia to 5 pawilonów:

- w pierwszym pawilonie króluje Budda Przyszłości w asyście czterech Niebieskich Królów
- w drugim stoją trzej buddowie odziani w długie, złote szaty (Przeszłość, Teraźniejszość i Przyszłość)
- kolejny to pawilon Wiecznego Błogosławieństwa (z leczącym Buddą)
- następny to Pawilon Koła Prawa, znajduje się w nim posąg Tsongkhapy, założyciela szkoły buddyzmu tybetańskiego
- ostatni Pawilon Wanfu zawiera wielki posąg Buddy Maitrei – postać wyrzeźbiona w pojedynczym pniu drzewa sandałowego, wznosi się na 17 metrów, pozostałe 6 jest ukrytych pod ziemią.


Do jutra!

Na dworcu z dzikim tłumem

Wejście do Lama Temple

Fragment jednej ze świątyń

Hutongi za dnia - czyli w drodze do P.Loft Hostel

Lama Temple


Wyświetl większą mapę