2 maja 2011 - Bieszczady

0

Wyciągam stopę spod kołdry i dopada mnie zimno. Dziś jest naprawdę zimno, nie widać słońca za oknem, z ust leci para, a zimna łydka szybko chowa się pod kołdrą. Włączamy farelkę i robi się miło. W górach pada, widoczność zerowa. Fil z Łosiem wcinają paprykarz szczeciński, ja usiłuję zjeść kanapkę z pasztetem ale wyjątkowo mi nie idzie. Na horyzoncie mam naleśniki z jagodami. Jedziemy do Wetliny, szwędamy się po Cisnej (bardzo dużo się zmieniło od ostatniego mojego razu). Siekierezada zastawiona - smutna stoi na uboczu, na głównej drodze już powolutku panoszą się chińskie pamiątki, naturalny sok malinowy- reklamowany jako produkt regionalny, okazuje się robiony w Podkowie Leśnej. Nie lubię takiego żerowania i naciągania. Gzie się podziała Cisna z błotem, bez chodników, z pijaczkami, z rozśpiewaną młodzieżą, z deszczem i zieloną trawą? Wróciły wspomnienia domowego wina, wiśniówki w plastikowych kubkach z Siekierezady, popielniczek przybitych do stołu za pomocą siekiery, długich rozmów, szalonych powrotów, nie trzymania pionu, nowych znajomości, kapelusza na głowie kierowcy, Michała z Konika, spodni w czerwone paski, różowego swetra, spania na sianie, wielkiego kaca, prysznica w ubraniu, piwa z jajem, przemycanego spirytusu, robionej nalewki, Dziemiana z gitarą, spania na podłodze… Mogłabym tak bez końca. Minęło bezpowrotnie.

Zatrzymujemy się w Sanoku aby zwiedzić muzeum … Na pierwszym i drugim piętrze znajduje się zbiór ikon - naprawdę imponujący. Na drugim piętrze znajduje się galeria obrazów Beksińskiego – nie musze reklamować. Generalnie jak na muzeum w takim małym mieście, to jest naprawdę ciekawe i warto poświęcić czas. Wychodzę zaopatrzona w plakat i dwie pocztówki.

Jedziemy do Mielca, gdzie czeka moja Mama z gorącym białym barszczem. Wracając do Wawy utwierdzam się w przekonaniu, że na zmęczenie psychiczne najlepszy jest wysiłek fizyczny, jestem zrelaksowana mentalnie. Szczerze mówiąc nie chce mi się wracać…










1 maja 2011 - Bieszczady

0

Ustrzyki Górne – Szeroki Wierch – Tarnica (1346 m.) – Hudów Wierszek- Wołosate – Ustrzyki Górne

Budzę się. Nie jest dobrze ale nie jest też źle. Boli mnie kolano, drętwieją łydki ale za oknem świeci słońce. Postanawiamy zdobyć najwyższy szczyt w Bieszczadach (po polskiej stronie) czyli Tarnicę. Ponieważ chodzenie sprawia mi pewien kłopot decydujemy się wejść łagodnym szlakiem z Ustrzyk Górnych, a zejść ostrym w wiosce Wołosate. To był dobry pomysł, idę jak arabska żona kilkanaście kroków za moim mężem ale nie poddaje się. W końcu chcieć to móc, a ja bardzo chcę wejść. Połoniny przed Tarnicą są piękne, ogromna przestrzeni, piękna widoczność, słońce… Z oddali przeraża mnie tylko podejście pod samą Tarnicę, prawie pionowe, martwię się, że kolano mi strzeli. Na szczęście podejście z bliska wygląda zupełnie inaczej i udaje mi się spokojnie wdrapać na sam szczyt, pod krzyż. Oczywiście robi się zimno, wieje, ale my zaprawieni po wczorajszych przygodach wyciągamy rękawiczki i gorącą herbatę, pogoda nie jest w stanie zepsuć naszych humorów. Schodzimy ze szczytu i robi się ponownie ciepło. Schodząc w dół obserwujemy bacznie wdrapujących się ludzi, podejście jest strome i męczące. Podziwiam dziewczyny w baletkach z torebkami w ręku, podziwiam również panie w pełnym makijażu i krótkich spódnicach, z uwagą obserwuję młodzież trzymającą plecak na jedno ramię, podpitych gości w skórzanych kurtkach, rodziców z małymi dziećmi idących na szczyt mimo tego, że nadciąga czarna chmura i grzmi, laski trzymające butelki w ręku i parasole…

Wieczorem jedziemy na kolację do Wilczej Jamy w Smolniku. Wielkie rozczarowanie, czekamy na kolację dwie godziny (tak, 120 minut), połowa zamówienia nie przychodzi, to co przychodzi jest przeciętne… Nie wybieram się tam po raz drugi. Właściciele powinni zainwestować w prawdziwego menadżera kuchni, a nie samemu latać z kieliszkami i ogórkami. Niedaleko nas siada Ryszard Kalisz, taki swojski chłop :-) Po Wilczej Jamie próbujemy szczęścia w Wetlinie, niestety nie udaje nas się znaleźć nic fajnego i wracam do domu. Słowo „wracamy” zawiera podróż we mgle, po krętych górskich drogach, przy parującym asfalcie, mniej niż 50 km/h. Siedzę za kierownicą i jestem mega skupiona, na szczęście docieramy bezpiecznie do naszej stodoły. Zimno jak diabli, rozbieram się i podejmuję próbę odpalenia prysznica (jest naprawdę oszczędny, wody leci tyle co na mycie zębów), na szczęście nie zamarzł. Nie napisałam wcześniej, że nasza mikro łazienka nie ma szyby w drzwiach, zimno idzie szerokim łukiem. Zasypiam jak niemowlę.










30 kwietnia 2011 - Bieszczady

0

Ustrzyki Górne – Połonina Caryńska (1297 m.) – Brzegi Górne – Chatka Puchatka (1232 m.) – Przełęcz Wyżna

Budzimy się po szóstej, leżakujemy do siódmej, szybkie śniadanie i w drogę. Przed dziewiąta jesteśmy już na szlaku na Połoninę Caryńska, przy wejściu mijamy parę sympatycznych emerytów w krótkich spodenkach i podkoszulkach, dwójkę z kijami (odnoszę wrażenie, że dziewczyna pogardliwie patrzy na mój polar i plecach wypchany kurtką). Słońce świeci i pogoda jest cudna. Pierwsze podejście, a my… padamy. Brak powietrza, moje serce nie wyrabia z dostarczaniem tlenu do komórek, oddycham i oddycham, a tlenu w sercu brak. Zaraz wyskoczy z klatki piersiowej i padnie na czerwonym szlaku, sturla się w dół i tyle po nim słychu. Rozbieram się do podkoszulka, myślę sobie, że przegięłam z tym polarem i kurtką. Idziemy dzielnie w górę, idziemy i idziemy… Widać już połoninę, jest cudnie, świeci słońce, piękne widoki, uwielbiam moment w którym otacza mnie taka duża przestrzeń. Wspinamy się na szczyt połoniny, na górze nasi sympatyczni emerycie wcinają kanapki, zaczyna kropić, myślę sobie ubiorę kurtkę… Ubieram i zaczyna lać. Leje, leje, leje. Wyciągam pelerynę w ostatnim momencie, do deszczu dołącza grad i śnieg. Grad wali niemiłosiernie. Mam mokre getry, deszczo-śniego-grad uderza bardzo mocno, aż trudno iść, ale nie ma wyjścia – helikopter po mnie nie przyleci. Nagle blisko nas uderza piorun, aż mi serce staje, myślę, że w takiej chwili trzeba się położyć na ziemi i czekać aż przestanie. Biedni sympatyczni emerycie panikują i schodzą najbliższym zejściem na dół, myślimy, że bez sensu jest schodzić tutaj bo na następnym szczycie na pewno się rozjaśni. Mimo deszczu, śniegu, gradu stajemy i się rozbieramy ;-) Jest tak zimno, że trzeba wpakować pod kurtki polar, żałuję, że nie mam szalika i rękawiczek. Pogoda zmienia się bardzo szybko, temperatura spada o kilka stopni, a na mokrym tyłku to nawet o kilkanaście. Mimo deszczu humory dopisują. Ja mam malinową, plastikową pelerynkę, Łoś pomarańczową, Fil pogania nas okrzykiem: Chodźcie moje poziomeczki! Ja krzyczę, że jestem malinka, a Łoś za mną, że jest Unimil :-) Od majtek w dół wszystko mokre, deszcz rzeczywiście słabnie. Myślę, sobie, jak dobrze, że taszczyłam kurtkę i polar… Przeczucie mnie nie zawiodło, lepiej mieć ze sobą ciepłe ubranie. Schodzimy z Połoniny, błocko oblepia buty, czuję, że na nogach mam dwa kilo więcej. Czas na przerwę, wcinamy kanapki, pijemy gorącą herbatę i schodzimy na dół. Postanawiamy wejść jeszcze na Połoninę Wetlińską, druga góra tego samego dnia daje w kość, ale widoki rekompensują wysiłek, zaczynamy w podkoszulkach i stopniowo ubieramy resztę, na górze podobno lało ale jak dochodzimy to jest już ok. Przestrzeń, góry, niebo, to jest to, co Tygrysy lubią najbardziej! Kręcimy się chwilę przy Chatce Puchatka i zaczynamy schodzić w dół, na połoninie ludzie opalają się do słońca, jest cudnie, w oddali pasie się wielki jeleń! Schodząc z góry Łoś wymyśla dowcip: Czym się różni spacer z psem od spaceru z żoną? Żona nie lubi aportować. Podobno to bardzo śmieszny dowcip, panowie umierają ze śmiechu… Na dole łapiemy busa do Ustrzyk, jemy obiadokolacje, pijemy piwo na ławce, ja postanawiam umyć włosy (i wysuszyć je przy farelce) oraz zjeść chińską zupkę Vifon (piekielnie ostrrrrrra). Czas na spanie… Czy ja się jutro obudzę?

PS. Wcześniej budzi mnie Łoś, któremu tłumaczę, że jego łóżko znajduje się po drugiej stronie. Skutki uboczne piwa, żubrówki i malinówki…
















29 kwietnia 2011 – Bieszczady

0

Wyruszamy z Warszawy po szóstej rano, jedziemy w stronę Ustrzyk Górnych, nie mamy rezerwacji noclegu, nie wiemy jaka będzie pogoda oraz nie wiemy jakimi szlakami pójdziemy. Do Rzeszowa dojeżdżamy po 12:00 (ach te warszawskie korki), potem prosta droga na tamę na Solinie. Nad Soliną – zgodnie z moimi przewidywaniami - festiwal kiczu: śmierdzące gofry, zapiekanki, kiczowate pamiątki, wycieczki szkolne, dzieci puszczone samopas… Koszmar. Uciekamy szybko. Słońce zachodzi, nie jest to jednak romantyczny zachód słońca nad szczytami gór, tylko zajście za wielką, czarną chmurę… Zaczyna lać, leje prawie do Ustrzyk, jedziemy przez Terkę – jak się później okaże najlepsze miejsce do zjedzenia pstrąga. Po drodze mijamy Kalnicę, Smerek, Wetlinę, w końcu docieramy „na koniec” – Ustrzyki Górne. Zaczynamy szukać noclegu, sprawa nie okazuje się prosta, wszędzie rezerwacje albo już zajęte. Dom z dużym psem za płotem zajęty, goprowcy nie przyjmują, hotel PTTK jest za 115 zł za głowę (chyba ich pogięło). Postanawiamy wyruszyć w ostatnia uliczkę (jest ich tu wszystkich nie więcej niż cztery) w nadziei, że tam czeka nas nocleg. Nocleg nie czekał ale udało się znaleźć kobietę, której córka ma coś do wynajęcia. To coś do wynajęcia okazuje się szopą ;-) Generalnie jest ok., nie pada na głowę, mała grzałka dogrzewa pokoik, jest mikro łazienka i mikro ciśnienie w kranie (oddalam mycie włosów na bliżej nie określoną przyszłość). Czas na jedzenie… Do wyboru są trzy knajpy, idziemy do Kremenaros – najstarsza, najbardziej kultowa, najzimniejsza, najbardziej oddalona od naszego noclegu ale też najtańsza, jak oznajmia tabliczka nad wejściem – kategoria III . Fil wcina knyszę, ja pierogi ruskie, a Łoś zamawia kaszę (po którą mam dziwne podejrzenie, że kucharz musi iść do sklepu), bierzemy chleb ze smalcem i ogórem oraz piwo. Przeglądamy mapę i planujemy następny dzień, a następny dzień już blisko…


09.12.2010 - Tajlandia, Bangkok

0

Dziś mogę sobie zaśpiewać: „To już ostatni dzień na kolonii, szybko minęły te trzy tygodnie”. Bardzo szybko, dopiero siedziałam w samolocie do Kijowa, dopiero lądowałam w Hanoi… Wszystko było przede mną. Teraz wszystko jest już za mną, nie lubię tego stanu.

Dziś ostatni dzień w Bangkoku. Ponieważ odnalazłam pieniądze z zeszłego roku (!) postanawiamy wybrać się do Oceanarium – największe w południowej Azji, a przynajmniej tak się reklamuje. Miałam zaliczyć Oceanarium w zeszłym roku ale żal mi było pieniędzy, w tym roku znalazły się pieniądze z zeszłego :) Łapiemy taksówkę i po 30 minutach jesteśmy na miejscu. Wybieramy bilet z atrakcjami i wchodzimy w podwodny świat. Ryb i podwodnych stworzeń jest mnóstwo. Bardzo podoba mi się część pt. „How to survive?” – ryby jak kamienie, ryby jadowite, ryby hemafrodyty, skorupiaki, ryby przeźroczyste, ryby co gryzą… W trakcie zaliczamy zwiedzanie Oceanarium od zaplecza (widzę, największa płaszczke w swoim życiu), oglądamy rekiny i pływamy łodzią ze szklanym dnem (nic ciekawego). Później idziemy do lasu tropikalnego, kolejne ryby, dostajemy colę i popcorn i zasiadamy przed akwarium z pingwinami. Pingwiny są małe, może z 50 cm, skaczą do wody, pływają i są urocze :) Długo zabawiamy z pingwinami… Potem udajemy się w stronę „Happy fish, happy feet” – czyli na peeling stóp rybkami morskimi. Wsadzam nogi do okrągłego „jacuzzi”, w środku pływają małe rybki, które ścierają, zjadają martwy naskórek, generalnie uczucie jakby ktoś mnie łaskotał piórkiem po nodze. Super! W tle wielkie akwarium z rekinami i ławicami – baaaardzo przyjemny moment. Przed nami jeszcze podwodny tunel z rekinami – na szczęście rekiny przypływają dosyć często do szyby i udaje się zrobić zdjęcie. Ostatnią atrakcją jest kino 4D, zasiadamy na metalowych fotelach i zastanawiamy się co ciekawego będzie… Zaczyna się film (o dwóch takich, co chcieli ukraść skarb z muzeum), jeden z głównych bohaterów wskakuje do wentylacji… a my za nim! Fotele się ruszają! Z każdej strony dmucha powietrzem, po nogach łaskoczą rurki, od przodu leci para, a tyłek łaskocze :) Wrażenie niesamowite, super! Niestety to juz ostatnia atrakcja w Oceanarium. Generalnie warto było pójść, choć byłam już w większym.

Popołudnie spędzamy na zakupach, sattayach, włócząc się po Khao San Rd. Jeszcze tylko ostatnie pakowanie, ostatni prysznic, krótki sen i w drogę.

08.12.2010 - Tajlandia, Bangkok

0

Ranne, szybkie śniadanie i podróż na lotnisko w Ho Chi Minh City. Potem krótki lot do Bangkoku, urząd imigracyjny kontrola wiz i znowu jesteśmy w przyjaznym królestwie Tajlandii – krainie uśmiechu. Idziemy bezpośrednio do schuttle busa lecz gdy widzimy brak autobusu i brak oczekujących dociera do nas, że autobus musiał właśnie odjechać. Nauczeni doświadczeniem nie wierzymy że następny będzie w przeciągu pół godziny - jak zapewnia nas sprzedawca biletów. Pół azjatyckiej godziny może znaczyć od 30 do 100minut – nie damy się skusić.

Postanawiamy sprawdzić nowość w Bangkoku czyli City RailLink… połączenie otwarte bodajże 23 września tego roku - czyli szybką kolejkę łączącą lotnisko z centrum. Koszt biletów 30Baht na dwie osoby (ok. 3 złotych) czas podróży 30 minut. To tylko pokazuje, że nawet w dalekiej Azji można zbudować wygodne połączenie z centrum. U nas mimo lotniska w centrum miasta nie ma nic, nie licząc złodziejskiej linii 175. Dlatego turyści używają taksówek. Ostatnio jeden z zagranicznych gości przyjeżdżający robić biznes w Polsce, po przyjeździe do siedziby firmy w centrum zapytał „ To ile wy macie tych dużych rzek Warszawie?”

Bangkok i cała Banghalamphoo stoi gdzie stała… niepowtarzalny klimat Khao San Road nadal utrzymuje powiew dzikości i wolności w sercach najdziwniejszych oryginałów z całego świata. Chyba zaczynamy rozumieć dlaczego Bangkok uważany jest za mekkę backapackersów.. . Choć ze smutkiem musimy przyznać że Piwo podrożało. Na szczęście Pad Thai na ulicy smakuje tak samo - najlepiej na świecie . Fil uwielbia curry i co trochę ma curry time i wszędzie gdzie może zamawia curry (by potem oczywiście krytykować). Dzisiaj już na lotnisku mruczał sobie wesoło że czeka go znowu GreenCurry w GreenHousie i nie zawiódł się. Dostał takie jak lubi, gorące, ostre curry, które tym różni się od curry spotykanych w Polsce, że oprócz ostrości usta ma jeszcze smak słodki, kokosowy, mięsny, warzywny… Istna magia smaków. Azjatyckie dania w kupowane w Polsce są tylko ostre. Natomiast dania kupowane w Azji są ostre i mają fajerwerki smaków.(Pad Thai jest oferowany w Polse nawet w Sheratonie ale nie ma w nim ani jednej nutki tajlandzkiego smaku z Kaho San Rd)

Musimy się pochwalić że staliśmy się częścią tego miasta. Nasze zdjęcie w garniturach szytych na miarę dumnie prezentuje sprzedawca i zachęca do czytania przylepionego na ścianie naszego peanu pochwalnego po Polsku nt. jego pracy. Ileż było śmiechu i radości gdy nas poznał i pokazywał nam kolejne zdobycze oraz pytał czy tym razem też u niego coś zamówimy i gdyby tylko czas pozwolił to znów coś byśmy uszyli…

Aha i widzieliśmy dziś jeszcze Wielką Huśtawkę oraz buszowaliśmy po chińskim targu. Na targu uliczki są szerokości jednego człowieka, a każdej strony wybucha fontanna towaru od materiałów, koszulek, majtek, spinek, kokardek, notesów, butów, klipsów, pereł po truskawki :)

Kocham Bangkok.

07.12.2010 Wietnam, HCMC - MEKONG DELTA

1

pisane w zastępstwie

dzisiaj udaliśmy się na zwiedzanie delty rzeki MEKONG ... najważniejszej rzeki w tej części Świata
Rzeka Mekong ma ~4300 km z czego tylko troche ponad 200 w Wietnamie, a wcześniej w swoim biegu płynie przez Chiny, Birme, Laos, Tajlandie oraz Kambodże i wpada do Pacyfiku w Wietnamie tworząc ogromną delte i ta delta nazywana jest spichlerzem Azji, jest ogromnym producentem ryżu oraz owoców i warzyw...

będąc w delcie mieliśmy okazje spróbować oryginalną Mekong Whisky czyli żywą kobrę zalaną spirytusem z ziołami

widzieć walki kogutów

oraz spływać typowymi łódkami wieśniaczymi po kanałach delty

06.12.2010 Wietnam, Ho Chi Minh City (Saigon)

0

pisane w zastępstwie.

dojechaliśmy wieczorem i cały dzień zwiedzaliśmy miasto, chcieliśmy poczuć je i troszkę poznać
Ho Chi Minh City dawniej oraz nadal nieoficjalnie nazywane Saigonem to miasto w którym można sie nauczyć ciężaru powietrza... powietrze jest tak gorące i wilgotne że obciąża skóre oraz przytłacza drogi oddechowe
ulice są typowo azjatyckie pełne street fooda oraz tak zwanej własnej inicjatywy biznesowej, pełne wszelkiego rodzaju "markowych" produktów zaczynając od najdroższych zegarków PATEK PHILIPE i ROLEX'ów, mniej popularnych jak IWC czy CONSTANTIN BOUCHERON poprzez tańsze OMEGI i TAG HAUERY do całkiem popularnych CASIO'ów i podobnie rzecz ma się z ubraniami, perfumami oraz wszystkim o czym można pomyśleć... niestety prawdą jest też wszędzie powtarzane tutaj zdanie "you will get what you paid for" - jakość zależy od ceny i tak te tańsze podróbki rozpadają się już podczas oglądania te droższe są na tyle drogie że nie zawsze atrakcyjne...

w każdym razie zgodnie ustaliliśmy, że lubimy Saigon i wspólnie podziwiamy Wietnamskich elektryków



wieczorem byliśmy świadkami niezywkłego wydarzenia.
w ciągu dnia zwiedzaliśmy targ - typowy dla tej części świata targ - zadaszony budynek pełny maleńkich sklepików z sklepikarkami namawiającymi do zakupu wszystkiego co oferują po "wyjątkowo korzystnych cenach"
wyczytaliśmy że wieczorem jest tam też "night market" i ok 17 wyszlismy zobaczyć wersje night...
ku naszemu osłupieniu budynek był zamykany. O 17:30 zamknięto okoliczne ulice i z każdej bramy, z każdej dziury, zewsząd pojawiły się tłumy objuczonych Wietnamczyków i każdy z nich coś dźwigął i każdy z nich coś taszczył i każdy miał swoją role w wspólnym dziele budowy bo to co widzieliśmy to "powstawanie miasteczka" targowego na ulicy, w przeciągu 30 minut 5 okolicznych ulic zostało zabudowanych namiotami, budkami i obłożone szczelnie towarem który oczywiście powinniśmy po "super okazyjnych cenach" kupić.
Jednak obraz budowy, gdzie każdy miał swoją role, każdy uwijał się jak mróweczka wykonując swoje zadania powinien być obowiązkowym kursem dla wszystkich nas "zaawansowanych technologicznie i organizacyjne" europejczyków jak szybko i wydajnie można pracować, jak razem powstaje wspólne dzieło, jak wszystko jest zaplanowane, nie ma miejsca na przypadek i działanie samodzielne...
Oni budowali wspólnie ich indywidualne sklepiki, ale jako że ściany były wspólne oraz konstrukcja mocno przenośna wymagało to wspólnego trudu i procesu budowy

coś niesamowitego

05.12.2010 - Wietnam, Mui Ne

0

Mui Ne - Sajgon

Dziś obudził nasz deszcz. Dochodzi 7 rano, powoli przestaje padać, pewnie znów będzie gorąco. Popołudniu wyruszamy w drogę do Sajgonu (250 km).

Teraz czas na obfite śniadanie...

Z plażowania w ulewę nici, wyjątkowo leje. Pakujemy się i oglądamy film "Sweet November" taka sobie komedyjka romantyczna, w połowie filmu przestaje padać, płacimy za pokój i idziemy na ostatni spacer. Autobus ma przyjechać o 13 więc mamy dwie godziny. Idziemy na ostatnie zimne piwo i krewetki do Lam Tonga... O 13 jesteśmy w miejscu odjazdu autobusu z nami grupka backpackersów, pytamy o której będzie autobus, będzie za 10 minut... Kiedy każą nam czekać w restauracji jest już jasne, że to będzie azjatyckie 10 minut. 15, 20, 30, 1h, 1h 20 min... Jeeeest pojawia się autobus ale zanim odjedziemy, Ci co są już autobusie muszą zjeść lunch, więc czekamy kolejne 20 minut. Tak się robi biznes w Azji - autobus się nie śpieszy więc restauracja się kręci.

W autobusach typu soft sleeper kluczowe jest miejsce. Najważniejsze to nie leżeć na dostawce w przejściu. Dostawki (pomijając fakt, że nie są bezpieczne - przy hamowaniu leci się do przodu jak worek ziemniaków) są strasznie ciasne i generalnie śpi się z kimś "ciało do ciała, usta do ust". Jak tylko zaczynają wpuszczać do środka, zajmuje dwa miejsca blisko przodu, na 2 piętrze. Na pierwszym miejscu kokosi się Angielka ale jej szczęście nie trwa długo, wpada Wietnamczyk i mówi, że z pierwszych miejsc wynocha na dostawki, bo pierwsze są już zarezerwowane. Fil leży na pierwszym środkowym ale jest dwa razy większy od Wietnamczyka więc zerka tylko na niego i mówi, że to jest jego miejsce i tu będzie leżał. Wietnamczyk przegania Angielkę. Ruszamy...

Po chwili jazdy zwalniamy i Wietnamczyki zaczynają coś kombinować. Fil zerka do kierowcy i widzi, że na na desce rozdzielczej pali się mnóstwo czerwonych lampek. Generalnie wszystko co możliwe pali się na czerwono. Przyspieszamy, zwalniamy, przyspieszamy, zwalniamy i trochę lampek gaśnie. Prędkościomierz oczywiście nie działa. Jedziemy. Kierowca ma fantazje, to się czuje od pierwszego momentu. Wyprzedza na pierwszym zakręcie i... rzuca nas wszystkich do przodu. Chyba zdaje sobie sprawę, że przegiął. Fil zapina pas, mój niestety nie działa. Nie ma mowy o spaniu. Dalej jest już spokojnie. Przed Sajgonem pomykamy na długiej, prostej. Ile jedziemy nie wiem bo przecież prędkościomierz nie działa ;) A tu nagle...

"Jechał sobie powiem szczerze, Wietnamczyk w bus sleeperze
Mijał lasy, czarne chmury, jechał szybko było z góry
Za zakrętem stali, autobus mu zabrali
Chłopcy już się cieszą, backpackersi idą pieszo"

Tak, tak w Wietnamie też jest policja. Zatrzymują, robią przegląd tzn. przegląd ogranicza się do sprawdzenia czy działa klakson (to najważniejsze w Wietnamie) i wlepiają mandat za przekroczenie prędkości. Wietnamczyki klną, a przynajmniej tak mi się wydaje. Zwalniamy tempo jazdy, zresztą zaczyna się Sajgon.

Wysiadamy - uwaga - dokładnie w tym miejscu w którym chcieliśmy! Pierwszy raz w Azji, wiemy dokładnie gdzie wysiadamy :) Jest 19, plecaki na plecy i idziemy szukać noclegu. Sajgon pod tym względem jest jeszcze lepszy nić BKK, ma swoją dzielnicę backpackerską :) Drzwi w drzwi pokoje do wynajęcia, pierwszy nawet niezły ale ciut drogi, drugi, trzeci, czwarty też, kolejny śmierdzi grzybem ale tani, idziemy dalej, w końcu jest pokój za 10 dolarów ale recepcja wygląda tak, że nie zostawiłabym tam kota na przechowanie. Kolejne dwa pełne, w końcu znajdujemy miłą dziuplę w "Chi Cafe". Jest ciepła woda i łazienka, pościel wygląda na świeżą, nie śmierdzi, jest wiatrak i nawet klima, bierzemy.

Biorę gorący prysznic. Fil w tym czasie odkrywa, że w naszym pokoju są dwie dziury w ścianie - tak jakby ktoś zapomniał zamontować wiatraka. Przez dziury wlatują moskity. Idzie więc na recepcję wytłumaczyć pani, że trzeba czymś owe dziury zalepić. Podobno nie było łatwo ale w końcu przyprowadza dziewczynę na górę. Szczęśliwy wraca w taśmą, dwoma kartkami i krzesłem :)

Idziemy coś zjeść. Już widać, że Sajgon to szalone miasto w którym można się zakochać od pierwszego spojrzenia. Jestem zmęczona po całym dniu drogi, a tu na każdym kroku ktoś mnie zaczepia - visit my shop, see menu, just look, come to my shop please, best menu, just visit us, cheap cheap, just see... Do tego muzyka łomocząca z każdego zakamarka - reagge, rock, wietnamski pop... I jeszcze klaksony - pi, pi, pi, pi!!!! Wszystko to robi mieszankę wybuchową. Po godzinie byliśmy w naszej cichej dziupli.

Na dobranoc postanowiłam dokończyć film "Sweet november" w końcu to lekka komedia romantyczna dobra na zakończenie dnia. Skończyliśmy rano oglądać komedię, a druga połowa to był dramat. On ja kocha, ona umiera, on rzuca dla niej wszystko, ona prosi żeby odszedł, żeby zachował tylko wspomnienia. I co? I oczywiście przepłakałam ostatnie 30 minut filmu. Taka to romantyczna komedia była.

04.12.2010 - Wietnam, Mui Ne

0

Plażowanie. Jemy europejskie śniadanie i wyruszamy na plażę. Z nieba leje się żar, leżymy na leżakach, patrzymy na wodę. Prowadzimy rozmowę:
Ja: Jaka wielka fala, widziałeś?
Fil: Yhy…
Po dwóch minutach.
Fil: Idzie kolejna duża…
Ja: No…

Poza tym zastanawiamy się czy to już czas na zimne piwo, czy jeszcze nie. Okazuje się, że już. Do piwa jemy krewetki w czosnku i imbirze. Dzień leniwie mija. Po piwie kładziemy się n piasku i robimy nic, a dokładnie zajmujemy się komentowaniem rzeczywistości:
Patrz facet cały w tatuażach!
O, a widzisz tego śmiesznego psa?
Naprawdę duże fale…
Tych ludzi już gdzieś widzieliśmy?
Patrz jaki fajny surfer! (to już moje słowa ;)
Widzisz jak wysoko leci na kite'cie?

Tak upłynęły kolejne 4 godziny, po niech czas na szybki prysznic i wieczorną porcje krewetek. Wietnam to kraj w którym krewetki są tańsza od kurczaka więc korzystamy. Kolację jemy obok stolika pt. „Ostatnia Wieczerza”, zasiada tam 12 osób. Nad wszystkim czuwa Talib (chudy facet w dłuuugą brodą), obok siedzi kobieta Jaskiniowiec (z długim dredami i kościami w uszach), jest jeszcze Maryja, John Lennon, kobieta Wampir, Muzyk, japoński Surfer… i wszyscy jakoś się dogadują.

Łosiu, jak wrócimy to zaśpiewamy z Tobą, Twoja ulubiona piosenkę:
Już nie ma dzikich plaż,
Na których zbierałam bursztyny,
Gdy z psem do ciebie szłam
A mewy ósemki kreśliły, kreśliły
Już nie ma dzikich plaż
I gwarnej kafejki przy molo
Nie jedna znikła twarz
I wielu przegrało swą młodość, swą młodość