22.11.2010 – Wietnam, Halong Bay

0

Hanoi – Halong Bay – Cat Ba

Podróżowanie w Wietnamie (ogólnie w Azji) wiąże się w czekaniem. Rano czekamy na transfer do Halong Bay, potem czekamy na dżonkę. Potem czekamy jeszcze na przewodnika, całą grupę, dwie osoby na rowerze, na lunch, na transfer do Cat Ba, na spóźnione inne osoby, na pełny autobus (w Azji hautobus nie rusza póki wszystkie miejsca nie zostaną zapełnione, co w sumie jest logiczne, puste miejsce nie przynosi dochodu), potem czekamy jeszcze na kolację… Większość czasu spędziliśmy więc na snuciu planów co będzie kiedy wsiądziemy na łódź, co będzie na lunch, jak będzie wyglądała droga, co będzie wieczorem… Podróżowanie uczy pokory, cierpliwości i wynajdywania zajęć tam gdzie na pierwszy rzut oka ich nie ma.

Halong Bay rzeczywiście jest jednym z cudów świata. Zatoka zatapiająca ponad 2000 skalnych wysp robi wrażenie. Oprócz samej zatoki zwiedziliśmy ogromną jaskinię oraz pływającą wioskę (tą w której Martyna Wojciechowska kręciła jeden odcinek Kobiety na końcu świata). Dziś jedliśmy różne rzeczy, na łodzi małe sajgonki, ryż, rybę, tofu, ogórki i coś zielonego (nie przypomina mi nic znanego) na kolacje były krewetki w cieście, rosołek PHO (wersja wegetariańsko - ogórkowa), tofu, lack- lack, i coś dziwnego (też nie przypominało mi nic znanego :-) ale było całkiem smaczne i przypominało gotowaną kapustę pekińską.

Osobny paragraf należy się wysepce Cat Ba na której aktualnie mieszkamy. Hotel Sunflower 2, jest klasy dość niskiej, w mojej ogólnej gradacji odwiedzonych hoteli, poniżej niego znajduje się tylko hotel Sjesja w Pradze. Sunflower 2 mógłby grac w horrorze, thrillerze i porno jednocześnie. Horror i thriller bo za recepcją prowadzą w dół schody na których panują egipskie ciemności i śmierdzi świeżo krojonym trupem (jak w Pile 6 czy 9), na ścianach rosną sobie różnokolorowe grzyby, lampa styka się z prysznicem (Fil inżynier mówi, że to nieizolowane kable z dyndającą żarówką i nie mam prawa nazywać tego lampą), a drzwi ledwo się domykają… A dlaczego mógłby grać w porno? Dzięki swojej świetnej lokalizacji, w dzielnicy karaoke.

Podróże kształcą. Dziś nauczyłam się nowego znaczenia słowa karaoke. Wychodzimy po kolacji na miasto, razem ze świeżo poznanym Hansem, obok naszego hotelu znajduje się mała kafejka i duży czerwony napis karaoke. Przed lokalem siedzi 6 panienek w dość skąpych strojach, myślę sobie kelnerki… Ale 6 kelnerek i żadnego klienta? Podejrzane. Dwa kroki dalej znajduje się kolejna kafejka karaoke i znów siedzą kelnerki… Za nią kolejna i kolejna… We wszystkich kafejkach palą się różowe i czerwone światła, święta naiwności, że ktoś tam śpiewa karaoke ;) …a między tymi kafejkami znajduje się nasz hotel.

Dzień dobiega końca. Prawdziwy backpackers nie boi się niczego. Ciekawe czy o północy nie pojawi się maniak z piłą?

Jutro rano idziemy na trekking a, następną noc spędzamy na wodzie w dżonce (uff z piłą trudniej dopłynąć od łodzi).








21.11.2010 - Wietnam, Hanoi

0

Ponad 12 godzin lotu, niezliczona ilość odpraw i check-inów, zmęczenie, ból głowy. Kiedy samolot uderza kołami o pas czuję, że zaraz wszystko minie. Zaraz będę w domu. Będę znowu w Azji.

Czas i inne pojęcia nabierają tutaj zupełnie nowego znaczenia. Dzień zaczynamy od znalezienia noclegu, oczywiście taxi drajwer wie lepiej i jedzie nie tam gdzie chcemy - ale kto by się tym przejmował na początku. Ważne aby szybko zrzucić plecak, umyć zęby i wyruszyć na miasto. Niedospani wychodzimy w poszukiwaniu jedzenia. Odświeżamy sprawność czytania azjatyckich map oraz zdobywamy nową: przechodzenie przez ulicę.

Azjatyckie mapy nigdy nie pokazują tego co jest w rzeczywistości, nazwy są zapisane fonetycznie albo po azjatycku, albo tak jak się mówi zwyczajowo, albo zupełnie inaczej. Na mapie którą dostajemy nawet nasz hotel, przy którym stoimy znajduje się w kompletnie innym miejscu. Gubimy się i szukamy jedzenia, człowiek najedzony myśli bardziej racjonalnie. Dochodzimy do jeziora, siadamy w malej knajpce i zamawiamy po pierwsze zimne piwo (!) po drugie kurczaka w sosie lemonowym i lock lacka. Zastanawiamy się nad ruchem ulicznym...

W Wietnamie istnieje jedna główna zasada ruchu drogowego, mianowicie brak zasad. Kolory świateł, podwójna ciągła, jednokierunkowa to tylko luźne pojęcia, którymi nikt na drodze nie zaprząta sobie głowy. Przechodzenie przez ulicę jest na początku wielkim przeżyciem, miliony motorów, samochodów, rowerów, ludzi, zwierząt... Wszyscy trąbią, krzyczą, nikt nie zwalnia. Aby przejść trzeba wykazać się determinacją, odwaga i mieć oczy nie tylko w tyłu głowy. Szczególnie przydatne są na tyłku.

Pierwszy dzień w Wietnamie to również dobra okazja aby przejechać się motorem po mieście :) Nie, nie samodzielnie. Łapiemy moto taxi i jedziemy na dworzec kupić bilety do Sapa. To było niesamowite przeżycie... Przytulam kierowcę, zamykam oczy, a serce wali jak szalone. Wietnamczyk pewnie ma niezłą frajdę, kiedy przejeżdża rozpędzony pod prąd i slalomuje między stolikami z jedzeniem. Doświadczenie niesamowite, o mało nie zgubiłam kasku z głowy.

Wieczorem szwędamy się po mieście, czujemy klimat. Motory, ulice drogie i markowe, ulice slumsowate, drogie restauracje i uliczny street food, wszystko wymieszane i uduszone na wolnym ogniu. Siadamy w jednej knajpce zamawiamy rosół PHO i krewetki w trawie cytrynowej - jest pysznie. Do tego naleśnik z bananem i czekoladą... Fil usypia na kolacji, ja chłonę miasto. Wracamy do hotelu i pakujemy się na jutro. Jutro jedziemy na Halong Bay.



Lotnisko w BKK, czekam na transfer do Wietnamu



Street food

Sierpień 2010 - Suwalszczyzna

0

Zanim wyruszyliśmy kilkanaście razy sprawdzaliśmy prognozę pogody. Niestety wszystkie serwisy przepowiadały zimno, zachmurzenie i deszcz... Na szczęście prognozy się nie sprawdziły i mogliśmy się cieszyć idealną pogodą. Pierwszego dnia (ponieważ miało padać, wiać, chmurzyć) zdecydowaliśmy się jechać na Litwę do Druskiennik i popływać w Aqua Parku.

Aqua Park w Druskiennikach robi wrażenie... Jest podzielony na dwie części, pierwsza dla dzieci, druga dla dorosłych. W części dla dorosłych są sauny, jacuzzi, różnego rodzaju zabiegi na ciało dla tych co w stroju i bez... Kolorowe drinki, podobno jest nawet striptiz (prawdopodobnie w weekendy). Kupiliśmy bilet bez ograniczeń czasowych i daliśmy nura do wody. Najpierw basen, potem zjeżdżalnie, później część dla dorosłych: miód i sól na ciało, sauny (suche, wilgotne), jacuzzi, basen wewnętrzny i zewnętrzny, w przerwie swinina, inhalacje, gorące kamienie, rozgrzewająca herbata, basen muzyczny i bar w basenie... Pinacolada w jacuzzi smakuje pysznie.

Po Aquaparku kolacja w włoskiej knajpce, niestety nie zdążyliśmy spróbować świniowych uszu bo kuchnia tego wieczoru kończyła już pracę. Wróciliśmy tam na śniadanie, pyszne gorące kanapeczki z szynką i serem. Mniami.

Po sytym śniadaniu udaliśmy się zwiedzać Klasztor Kamedułów nad Wigrami.
Jan II Kazimierz - po "potopie" - postanowił wypełnić swoje śluby lwowskie i przekazał aktem z 6 stycznia 1667 roku Jezioro Wigierskie wraz z otaczającą puszczą, zakonowi kamedułów. W rok później nastąpiła ich uroczysta introdukcja (wprowadzenie) na Wigry. Początkowo zakonnicy zamieszkali we dworze i drewnianych zabudowaniach, lecz po pożarze w 1671 roku rozpoczęli budowę kościoła i murowanego klasztoru. Wówczas powstało 17 eremów. Od strony wjazdu na wyspę, którą połączono groblą z lądem, zbudowano wieżę zegarowa, refektarz, dom gościnny dla świeckich osób, dom królewski, domek furtiana oraz pomieszczenia gospodarcze i piwniczne. Na zachodnim krańcu wyspy założono sad i ogród botaniczny, a w części południowej zwierzyniec. Stworzono również staw rybny w zatoce jeziora. W latach 1694-1745 wzniesiony został także barokowy kościół pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny - wg projektu Piotra Putiniego. Kościół posiadał wspaniały wystrój wnętrza.
W kościele pod prezbiterium znajduje się krypta z niszami gdzie chowano zmarłych zakonników. Ciało układano na desce, wsadzając pod głowę kamień lub cegłę. Gdy wszystkie nisze były już zajęte wyciągano kości i wrzucano je do wspólnej mogiły pod kościołem. W prezbiterium znajdują się kości sprzed 200 lat.

Nisza w krypcie Kościoła Kamedułów

Widok z wieży na Kościół Kamedułów

Widok na jezioro Wigry

Po zwiedzeniu klasztoru postanowiliśmy pojechać do Starego Folwarku poszukać noclegu oraz kajaków. Stary Folwark (oraz schronisko PTTK) jest pięknie położony nad samym brzegiem jeziora Wigry, dokładnie naprzeciwko klasztoru. Co prawda w schronisku warunki mocno spartańskie ale czego się nie robi się dla widoku z okna... Udało nam się szybko zamówić kajaki i wyruszyliśmy na spływ Czarną Hańczą (18 km), trasą Stary Folwark - Wysoki Most (schronisko U Wieśka). Wyruszając na spływ Czarną Hańcza należy przepłynąć jezioro Wigry, a następne znaleźć most drogowy za którym zaczynała się rzeka. Wrażenia z przepłynięcia pod mostem bezcenne! Kajakując udało nam się zobaczyć: piękną czaplę, perkoza, niezliczona ilość bocianów, różnego rodzaju ryby, białe łabędzie, psa w kajaku oraz prawdziwe banie. Jednak najbardziej ucieszył nas napis Schronisko u Wieśka 1 km... To, jak bolały ręce w nocy wie tylko ten, kto raz dorwał się do wiosła.

Wjazd na kajakową autostradę


Relaaax, take it easy....


Wieczorna burza

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od poszukiwania Grobów Jaćwingów (chylę czoła przed tym kto znajdzie to miejsce bez nawigacji z funkcją POI).
Najbardziej charakterystyczną formą grobu był kurhan o zmiennej średnicy 6-21 m, zbudowany z kilku warstw kamieni. Na cmentarzysku występowały zarówno groby ciałopalne jak i szkieletowe. Największe skupiska kurhanów usytuowane są w centralnej części rezerwatu na osi północ – południe na wyniesieniach terenu. Dziś większość grobów ulega zatarciu. Tylko niektóre z nich osiągają wysokość do 0,5 m i są kuliście obłożone kamieniami. Na części kurhanów porastają drzewa.
Groby Jaćwingów

Następnym przystankiem była Cisowa Góra, morenowe wzniesienie w kształcie regularnego stozka we wschodniej częsci Suwalskiego Praku Krajobrazowego. Góra stanowi charakterystyczny punkt oriantacyjny na terenie Parku. Uważana jest za symbol suwalszczyzny. Z wierzchołka można podziwiać przepiękną panoramę.

Widok z Cisowej Góry

Po Cisowej Górze postanowiliśmy udać się w stronę Góry Zamkowej. Parkujemy, idziemy, idziemy przed nami mały pagórek, wdrapujemy się na szczyt i... zastanawiamy się, jak na takiej małej górce miała się mieścić osada? Okazuje się, że wdrapaliśmy się nie na tą górę, ta właściwa mieści się dalej, w krzakach. Góra Zamkowa ma bardzo bogatą i ciekawą historię:
W końcu I lub początku II wieku, domy na Górze Zamkowej strawił pożar. Przez blisko 300 lat - do V wieku nikt tu nie mieszkał. Od VIII lub IX wieku góra staje się ośrodkiem kultu, gdzie palono ofiarne ognie i czczono święte drzewa. Ginęli tu także ludzie, składani w ofierze. Miejsce to ponownie zasiedlono i w XI wieku poważnie wzmocniono (wał obronny wynosił ponad 800 m długości). W tym okresie góra wraz ze swym otoczeniem stanowiła centrum osadnicze jednego z dużych plemion jaćwieskich. Historycy uważają, iż grodzisko było ośrodkiem włości Kresima - kunigasa Skomandra. Próbował on zjednoczyć całą Jaćwież, w celu walki z Krzyżakami (niestety bezskutecznie).
W drodze na Zamkową Górę


Widok z Zamkowej


Następnym miejscem w które pojechaliśmy było Głazowisko w Bachanowie. Spodziewaliśmy się wielkiego pola pełnego głazów i kamieni. Oczami wyobraźni widziałam głazy rozrzucone po horyzont, duże, małe, wystające i schowane pod ziemią... A tu wielkie rozczarowanie. Małe pole, a na nim kupka kamieni, czuję niedosyt. Schodzimy w dół pola i trafiamy na bardzo urokliwy i romantyczny zakątek, strumień, głazy, drzewa i słońca. Cudnie!

Głazowisko Bachanowo

Po chwili, zwiedzanie Głazowiska zostało zakończone i pojawił się głód. Jedźmy do Jeleniewa, jedziemy do Żytkiejm, jedźmy na Smolniki, a może Suwałki? W poszukiwaniu Karczmy Myśliwskiej straciliśmy prawie godzinę, finalnie okazało się, że Karczma Myśliwska istnieje "only in myth". Stanęło na kartaczach w Smolnikach, zjadłam tylko jednego, bardzo sycące. W Smolnikach znajduje się punkt widokowy o wymownej nazwie "Pan Tadeusz", filmowano tutaj "Dolinę Issy" oraz przemarsz wojsk napoleonńskich w "Panu Tadeuszu". W dole widać jeziora Kojle (z parwej) i Perty (z lewej) oraz nieco bliżej, małe okrągłe jezioro Purwin. Za jeziorami wznoszą się niewielkie, zalesione wzniesienia - góra Zalewki, Olejna i Tabaczyna. Daleko w tle widać charakterystyczny stożek Cisowej Góry.

Punkt widokowy w Smolnikach

Ostatnim punktem wyprawy były słynne mosty w Stańczykach, po drodze jednak zatrzymaliśmy się w miejscu gdzie zatrzymywali się wszyscy. Nie wiedząc do czego idziemy, wyruszyliśmy za ludzkim stadem. Okazało się, że jesteśmy w miejscowości Bolcie, gdzie zbiegają się granice Polski, Litwy i Rosji (ściśle mówiąc należącego do niej tak zwanego Obwodu Kaliningradzkiego). Jest to jeden z 6 tego typu punktów styku znajdujących się na obrzeżach Polski. Pamiątkowe zdjęcie i... ruszamy na mosty w Stańczykach. Oficjalna strona mostów pod linkiem http://www.stanczyki.com/ Mosty robią wrażenie, duże wrażenie!

Na zakończenie jeszcze grzeszenie w centrum Kaktusik w Augustowie, szarlotka śni mi się do dziś. To było prawdziwe obżarstwo.

Nocą wróciliśmy do domu...

Lipiec 2010 - Nałęczów

0

Wstąpiliśmy do Nałęczowa na spacer po Parku Nałęczowskim, czas płynie tam wolniej i spokojniej (ach gdyby tak móc zatrzymać się tam na tydzień bez telefonu i komputer). Spacerując po parku trafiliśmy do palmiarni w której znajdowała się pijalnia. Niestety woda "zdrowotna" nie nadawała się picia... O fu! Wracając do domu wstąpiliśmy do gospodingu i tym samym zakończyliśmy weekend.

11 grudnia 2009 - Bangkok, Tajlandia

0

Co można robić ostatniego dnia w Bangkoku? Oczywiście chłonąć atmosferę KhaoSan Road, buszować po sklepikach z podkoszulkami, figurkami, kadzidłami... Oglądać lewe paszporty, prawa jazdy i certyfikaty. Kupić kokosa od gościa z kitką i siedzieć na krawężniku. Posłuchać muzyki na żywo w jednej z tysiąca knajp, obejrzeć tatuaże, sprawdzić zabiegi u ulicznych kosmetyczek, wysłuchać namolnych "lady, massage, bum-bum"... A przede wszystkim można coś zjeść! Kierujemy się do knajpy z owocami morza, krab mruga do mnie w akwarium. Ponieważ nigdy nie jadłam kraba, proszę o wrzucenie wybranego osobnika na ruszt. Fil zamawia czerwoną rybę. Krab jest dobry ale... żebym się tym najadła to nie powiem. Sos zawiera chilli więc nie mogę go zjeść, może z sosem zrobiłoby na mnie większe wrażenie.

Jeszcze kilka godzin i pakujemy się do samolotu powrotnego. Jestem pewna, że tu wrócę. Na KhaoSan Road wszystko się kończy i zaczyna.



10 grudnia 2009 - Kanchanaburi, Tajlandia

0

Tiger Temple czyli Świątynia Tygrysów - "bierzesz odpowiedzialność za wszystko co wydarzy się po przejściu bramki" - podpisuję i wchodzę. Czuję się nieswojo, idziemy wzdłuż drzew i krzaków, polami, wąwozem... Nie wiem czego się spodziewać, czy tygrysy biegają tak jak psy? Czy ktoś ich pilnuje? Kiedy będę wiedziała, że tygrys jest blisko? Przed nami pojawia się grupa ludzi, są ludzie muszą być tygrysy. Okazuje się, że tygrysy leżą na piasku i śpią, są na łańcuchach i mają swoich opiekunów. (Nie wierzę do końca w te łańcuchy - nie wyglądają solidnie). Stajemy w kolejce, zostawiamy rzeczy i czekamy na przydział opiekuna. Mała dziewczyn bierze mnie za rękę i prowadzi do pierwszego tygrysa. Jestem sztywna. Oczywiście, że się boję... Jeden ruch łapy tygrysa i po mnie, nawet nie musiałby pokazywać zębów. Przy drugim tygrysie dziewczyna widzi, że jestem kłębkiem nerwów i na rozluźnienie daje mi do ręki ogon tygrysa (!). Potem idzie już łatwiej...

Tiger Temple prowadzą mnisi, podobno zbierają pieniądze aby przywrócić tygrysy do naturalnego środowiska. Nie jestem do tego przekonana, wejście nie jest tanie, turystów mnóstwo, a warunki bardzo ubogie. Ktoś na tym zarabia, ale raczej nie tygrysy... Mimo wszystko wrażenia z wizyty niezapomniane.




9 grudnia 2009 - Krabi --> Bangkok

0

Dzień rozpoczynam talerzem owoców, zapowiada się fantastycznie. Idziemy na plażę, zaletą plaży w Ao Nang jest brak ludzi. Ogromna, pusta plaża tylko dla nas. Zaczął się odpływ, woda jest tak gorąca, że parzy w stopy. Pierwszy raz doświadczam czegoś takiego na plaży. Woda w morzu kojarzy mi się z zamarzniętymi stopami i zielonymi glonami, tutaj jest inaczej. Skrajnie inaczej. Fil idzie w głąb morza, wchodzi tak daleko, że jest tylko kropką na horyzoncie. Woda sięga kolan. Zmęczeni plażowaniem udajemy się na tajski masaż. Trwa kilkadziesiąt minut i momentami mam wrażenie, że mogę tego nie przeżyć. Mam naciągnięte wszystkie mięśnie, kości strzelają, dobrze, że nic mi nie pękło. Po wyjściu czuję się... lekka! Zero napięcia w karku, w kręgosłupie, w mięśniach.

Ostatnie dni mieszkaliśmy w Cashewnat bungalows, prowadzą go muzułmanie. Podobno minusem jest, że nie można kupić alkoholu. Dla mnie to żadnej problem, domki są w miarę ok, nawet są dodatkowe atrakcje w postaci pająków.

Wieczorem lecimy do Bangkoku. Lądujemy, łapiemy autobus na KhaoSan Road i stajemy w korku. Trochę nas to dziwi, taki duży korek o tej porze? Po chwili kierowca mówi, że dalej nie może już jechać, bo jest dziś święto i musimy tu wysiąść. Przed nami kilka kilometrów. Okazuje się, że dziś urodziny króla! Na ulicach mnóstwo ludzi ubranych w różowy, królewski kolor, wszędzie koncerty, uliczne jedzenie i dodatkowe atrakcje. Pewnie ekscytowałoby mnie to bardziej gdybym nie musiała iść kilku kilometrów przez tłum z plecakiem.






8 grudnia 2009 - Krabi, Tajlandia

0

Plaża na wyspie Phi Phi, to chyba najbardziej znana plaża w Tajlandii i okolicy. To miejsce w którym kręcono film "Niebiańska plaża" z Leonardo Di Caprio. Wybieramy się na nią speedboatem czyli szybką motorówką. Jest naprawdę szybka, przy starcie zwiewa mi czapkę z głowy ;) Krajobraz jest naprawdę boski, Railey Beach widziana z morza robi niesamowite wrażenie... Mijamy też wyspę ze skałą w kształcie kurczaka - Chicken island oraz niezliczone formacje skalne z plażami. W końcu docieramy do Phi Phi na plażę Maya Beach. O kameralnej atmosferze nie ma co marzyć, na plaży tłumy, dzikie tłumy. Przy brzegu mnóstwo szybkich motorówek, co chwilę odpływają i przypływają... Siadamy na niebiańskim piasku i pijemy tajskie piwo :) Byłoby tu piękniej gdyby nie ludzie :) W drodze powrotnej odwiedzamy jaskinię Vikingów, plażę z małpami, snurkujemy w okolicy Hin Kiang i Lohsanna Bay oraz opalamy się na Bamboo Island. Bardzo pracowity dzień...












6 grudnia 2009 - Bangkok --> Krabi

0

Lumpini Park to jedno niewielu miejsc w Bangkoku gdzie można spotkać spokój, naturę i świeże powietrze. Założony ok 1920 r. miał służyć ekspozycji tajskiego rękodzieła i kwiatów, na szczęście cel nigdy nie został osiągnięty. Obecnie park służy mieszkańcom jako miejsce uprawiania różnego rodzaju aktywności. O świcie można spotkać ćwiczących jogę, tai chi, biegających, rozciągających się, tańczących z wachlarzami. Co ciekawe, ćwiczą tu ludzie w każdym wieku, z jednej strony babcie z wachlarzami z drugiej młodzi i break dance. Jesteśmy w parku o świcie, oczy mi się zamykają, postanawiam się przespać na ławce. Niestety zaraz po wyciągnięciu nóg, podchodzi policjant i mnie szturcha, jego mina wskazuje "nie wolno spać w parku"...

Popołudniu jedziemy do Chinatown i na India Market. Ilość i różnorodność towarów poraża, jeśli czegoś tu nie ma, tzn. że nie ma tego w ogóle. Można kupić worek butów za niecałe 5 dolarów ;) Z marketu na KhaoSan Road wracamy statkiem. To jeden z szybszych sposobów poruszania się po mieście. Na łodzi jest taki ścisk, że nie zawsze można zapłacić za bilet... "Konduktor" dzwoni blaszaną tubką i daje znać, że czas płacić, niestety nie zawsze można się do niego dopchać, w związku z czym kilka przejazdów (a raczej przepływów) jedziemy na gapę.

Wieczorem lecimy na Krabi.