12 listopada 2013 – Taunggyi - hot air baloon festival

0


Dzień spędzamy ogólnie na odsypianiu nocy i zwiedzaniu wioski w której mieszkamy. Może to nie jest wioska, a mini miasteczko. Wszytsko jest ok., poza ilością pyłu i kurzu, która unosi się za każdym razem kiedy ktoś przejedzie skuterem, wozem, czy pojazdem własnej konstrukcji (to całkiem popoularne).

Wieczorem wybieramy się za to na festiwal światła i balonów do pobliskiej miejscowości Taunggyi. W związku z festiwalem w samym Taunggyi i u nas w Nyaungshwe jest bardzo trudno o nocleg, w sumie znalezienie noclegu graniczy z cudem. Dobrze, że mieliśmy wcześniejszą rezerwację. Droga do Taunggyi trwa godzinę i kosztuje 10000 kyatów od osoby, w tym jest również powrót oraz czekanie kierowcy. Na festiwalu jesteśmy koło godziny 18 i zaczyna robić się chłodno, powrót mamy zaplanowany na północ, wtedy będzie już zimno.

Każdy festiwal w Azji rządzi się swoimi prawamia ale jest kilka wspólnych cech, jedną z nich jest jedzenie. Tysiące małych stoisk z jedzeniem każdego rodzaju, zupy, przekąski na patyczkach, sattaye, nudle, ryż w trzech kolorach, słodycze, pieczone kogucie grzebienie, chrząszcze, robaki, pieczone świńskiej ryjki, świnskie ogony i wszystko inne ze świni czego my normlanie nie jemy… Drugą rzeczą która łaczy festiwale jest brak zasad bhp i morze ludzi. Weźmy pierwszy przykład z brzegu: karuzela – koło młyńskie. U nas są zapinane koszyki, zwykle w środku przypina się pasek lub łańcuszek, stoi grzecznie kolejka, ktoś pomaga wsiadać i upenia się, że nie wylecisz z karuzeli. W Birmie koło młynskie to świetna zabawa, wskakujesz gdzie chcesz i jak chcesz, siedzenie na ławeczce (nie zapinasz się nic a nic) jest nudne, najfajniej jest skakać po konstrukcji i kręcić kołem swoim ciężarem. Jak wskoczy tak kilka osób to można się szybciej rozkręcić. Na sam widok robi mi się niedobrze i musze się oddalić. Karuzele dla dzieci nie wyglądaja lepiej.

Nad samym tłumem nikt zbytnio nie panuje, choć musze przyznać, że czuję się dość bezpiecznie (no może poza momentami, kiedy balon nie może wystartować i leci z ogniem na ludzi ;) Wydaje mi się również, że jest bardzo mało kieszonkowców, większa szanse, że samu coś się zgubi niż, że ktoś ukradnie. Jedynym problemem jest alkohol, który w Birmie leje się strumieniami. Idąc alejką na której znajdują się festialowe dyskoteki co chwilę stoi hostessa z próbna whisky, gdyby sumiennie zaliczać wszystkie smaki to na końcu alejki chód byłby mocno zygzakowaty. Fil spróbowal i określił to następująco: mandalay whisky – smooth dla niewtajemniczonych smak smooth whisky = popluczyna whisky z wodą na ciepło. Nie przypadło mu do gustu. Większość bardzo dużo pije, koło północy mało kto chodzi prosto. Mimo wszystko jesteśmy świadkiem tylko jednej sceny, kiedy policja lub jakaś miejscowa służba interweniuje. Jak to Fil powiedział: „Niestety większość bombowców lata poziomo na równi z balonami – problem pijanych uczestników imprez zbiorowych zdecydowanie nie jest tylko polskim problemem, ale tutaj brak jakiejkolwiek agressji tutaj są tylko serpentynujący bawiący się i kroczący wprzód…a czasem w bok i tył.. chlup…”

Najważniejsze są jednak balony! Na placu wielkości ok. trzem boisk do piłki nożnej rozkładają się kolejno drużyny. Każdy region Taunggyi może przygotować tylko jeden balon, drużyną dowodzi jeden lider, może mieć asystentów :) Przygotowanie balonu trwa kilka tygodni, w tym czasie bierze się wolne z pracy i pracuje nad designem, konstrukcją, materiałami. Nigdy do końca nie wiadomo czy balon poleci i czy wszystko uda się złożyć pod okiem sędziów. Balony dzielą się na ładne (świeczkowe) i wybuchowe (ze sztucznymi ogniami). Te pierwsze to misterne wzory ułożone z różnych kolorów lampionów w krótych palą się małe świeczki, te drugie mają specjalne konstrukcje do których przyczepione są fajerwerki.

Jak wygląda proces składania balonu na festiwalu?

1. Najpierw przyjeżdzają samoachody z poszczególnymi częściami: balon, knot, pochodnie, miski na olej, ewentualnie stelarze i inne składowe dekoracji. Razem z drużyną pojawia się ekipa zachęcająca do pracy, grajkowe i muzyczni motywatorzy z bębnami, metalowymi talerzami i gongami.

2. Sędzia zaczyna liczyć czas i cała epika zaczyna szybko składać poszczególne część. Najpierw rozkładana jest czasza balonu, w tym czasie dziewczyny zapalają święczki i wsadzają je do małych lampionów. Jeśli zrobią to za wcześnie świeczki wypalą się i lampiony nie ozdobią czaszy balonu. Jeśli zrobia to za późno, balon będzie wstawał i nie zdążą przyczepić świeczek.

3. Po rozłożeniu balony i przygotowaniu elementów ozdobnych, odpalane są pochodnie i balon jest napełnany ciepłym powietrzem. Zwykle kilka osób wchodzi w pochodniami pod balon (nikt się nie poparzył!). Balon zaczyna rosnąć, w tym czasie cała ekipa rzuca się do dekoracji, małe świeczki nie mogą czekać.

4. Balon udekorowany świeczkami jest już gotowy, teraz należy szybko zainstalować knot, podpalić go ogniem, do specjalnej miski łapać olej który z niego cieknie (mógłby poparzyc osoby trzymające balon – tak balon trzyma się głównie ręcznie :) podczepic ostatanie dekoracje i… zacząć się modlic aby wystartował.

Cała akcja ze skladaniem balonu odbywa się na boisku w dzikim tłumie. Co chwile ktoś krzyczy, że idzie ogień i należy zejśc z drogi, że leją olej, że potrzebują miejsca, że balon ucieka, że leci z ogniem… Nie wyobrażam sobie aby w Polsce ktoś dopuścił taka organizację :) Mimo zagrożeń, które czyhają przy rozkładaniu balonu jest to fantastyczne przeżycie! W momencie, w którym balon unosi się w powietrze cała ekipa skacze ze szczęścia, ściska się i tańczy w rytm tego co wystuka ekipa grającą. Przy pierwszym balonie, którego drużynę obserwowałam na boisku prawie popłakałam się ze szczęścia, kiedy poleciał w górę :)

Niestety był również jeden balon, który nie wzniósł się ponad ziemię. Cała drużyna ze łzami w oczach, spuszczone głowy, żal. Nie ma tańców, nikt nie gra, nikt nie skacze. Przykro było na nich patrzeć jak w milczeniu pakują balon i cała konstrukcję.

Balony złożone z fajerwerków składa się trochę inaczej. Najpierw stawia się balon, a potem w tempie ekspresowym przyczepia się stelaż do którego przyczepione są fajerwerki. Problem jest taki, że fajerwerki należy podpalić w ostatnim momencie kiedy balon jest na ziemi. Kiedy jest ten ostatni moment? Dobre pytanie, a z moich obserwacji wynika, że nie wiadomo :) Jeśli balon nie ma zamiaru tak szybko polecieć do góry to fajerwerki będą strzelać bezpośrednio w ludzi pod balonem! Nie jest to bezpieczne, bo ognie są zwykle duże i mocno strzelające. Co należy wtedy robić? Zwiewać i to szybko. Czasem nawet stanie w odległości kilkunastu metrów od balonu nie pomoże… Co ciekawe jesli balon się wzniesie, pokaz ogni jest fantastyczny, jakby zaprogramowany przez komputer. Tak naprawdę kiedy i jaki ogień wybuchnie reguluje… sznurek, po którym idzie iskra :)

W trakcie festiwalu przez chwilę moim przewodnikiem jest birmańczyk z zielonym ręcznikiem na głowie, opowiada mi jak powstawał balon z jego regionu. Nawet obiecał mi przedstawić lidera, ale tłum nas rozdzielił i już go nie znalazlam.

Koło 22 robi się dośc chłodno. Udajemy się w poszukiwaniu herbaty. Wstepujemy do jednej knajpki pod foliowym dachem i pytamy i herbatę, najpierw po angielsku, potem na migi i w końcu uda mi się dogadać, że chce gorącą herbatę. Połowa sukcesu, teraz jak im powiedzieć, że słabą i w dużym kubku? Obrotny birmańczyk bierze już mała szklaneczkę, ale ja mu pokazuję, że chche w kuflu od piwa, chwila konsternacji, ale zrozumiał. Zalał wodą może 1/3 kufla, a ja mu pokazuję, aby lał dalej. Jest to bardzo dziwne dla niego bo tutaj pije się herbatę w małych szklaneczkach, bardzo mocną i ze skondensowanym mlekiem. Na szczęście udało się i dostaję prawie pełny kubek. Fil zamawia whisky z colą. Siedzimy tak i popijamy nasze drinki, ja już dygoczę z zimna, w opasce, kapturze, skarpetch i sandałach. Po czym pan właściciel przynosi nam zupkę, mówimy, że nie zamawialiśmy ale… weź to wytłumacz po birmańsku. Kosztujemy i okazuje się, że zupa to „rosół z babcynej kury”. Dość przepieprzony ale pyszny! Zjadam prawie cała miskę i od razu robi mi się gorąco. Nie ma to jak świeży rosół z kury z domowego wybiegu. Zjadłam nawet loklaną zieleninę :)

Po rosole wracamy oglądac kolejne balony ale tym razem nie idziemy na płytę tylko stoimy na małym wale i oglądamy balony z oddali. Fantastyczne widowisko. Do hotelu wracamy koło 1 w nocy. Jestem padnięta ale nie żałuje ani minuty.



































11-12 listopada 2013 – Bus Yangon --> Nyuangshwe - męskim okiem

0

Podróże po Azji to coś czego nie da się opisać w kilku słowach, a jednak podejme trud :-p starając się przekonać czytelników – nie oglądaczy zdjęć – tu zdjęć nie będzie

Powtarzając za cytatem L.Kołakowskiego ze strony głownej „
Nie, nie dla wiedzy podróżujemy. (...) Nie, nie żądza wiedzy nas gna ani ochota ucieczki, ale ciekawość, a ciekawość jak się zdaje, jest osobnym popędem…
” I za każdym razem niby wiemy czego oczekiwać, a za każdym razem jest inaczej, każdy kraj, każdy przejazd to w pełni indywidualne przeżycie i odczucie, które nie zawsze jest zrozumiałe… to wciąga jak chodzenie po bagnach i chce się więcej i mocniej…
Bo na przykład dlaczego w Gruzji chcąc jechać marszrutką do Svanetii trzeba być godzine przed odjazdem, nie ma rozkładu, nie ma oficjalnych godzin a wszyscy wiedzą, że pomimo że odjazd jest o szóstej ale koło busa trzeba być o piątej… A jak już się jest na miejscu tak jak wszyscy inni współpasażerowie o 5 rano koło busa, to się wsiada i zajmuje miejsce i grupowo czeka żeby bus odjechal o 0600, i to nie jest, że bus czeka na zapełnienie miejsc, bo tych już nie ma o 0505, bus nie czeka też na zawiadowce, który machnie chorągiewką na start… Bus czeka, bo publicznie wiadome jest, że bus do Svaneti odjeżdża o 0600, wieć tak być musi

Dlatego gdy już zdobyłem bilety na lokalny autobus z Rangunu do Nyuansgshwe i na bilecie napisano specjalnie dla mnie arabskimi cyframi odjazd 0500pm i wyznaczono miejsca 15 i 16 gdy po kolejnych zapewnieniach zaczynałem wierzyć, że bus będzie naprawde bezpośrednio do celu usłyszałem to na co czekałem, autobus odjeżdża o 0500 musicie być na dworcu pół godziny przed odjazdem, co znaczy że z hotelu musicie wyjechać o trzeciej najpóźniej o 0315… bo to godziny szczytu i mogą być korki… coż było robić czekac grzecznie na taxówke i zacząć kolejną podróż… Na szczeście taxówke pomogła znaleźć WEI WEI i dzięki jej pomocy kierowca poczuł się odpowiedzialny za dowiezienie nas na miejsce na czas… Znając z mapy kierunek dworca zdziwiło mnie gdy kierowca obrał kierunek całkiem przeciwny i zjechał z drogi głównej by pokazać nam koloryt i zapach przedmieść oraz gorszych okolic miasta stołecznego, na mój sprzeciw popatrzył na mnie i zaczął gestykulować oraz powtarzać jedno słowo TRAFFIC… czyli trafilismy na lokalnego objeżdżacza, który jest gotowy nadłożyć kilkanaście kilometrów ale żeby jechać zamiast stania w korku co mi tam nie płace za kilometry lecz za osiągniecie celu o czasie więc skupiłem się na fascynujących widokach za oknem…

Po Rangunie jeździ bardzo duzo taksówek – prawie wszystkie sa białe z kogutem na dachu oraz oznaczeniem cyfrowym numeru licencji na drzwiach, wszystkie mają radio i klimatyzacje, niestety żadna nie ma taksometru oraz legenda głosi, że żadna nigdy nie skorzystała z dobroci przycisku A/C… obu-czonie poświadczam wszystkie samochody na ulicach Rangunu jeżdżą z otwartymi wszystkimi szybami – nawet te całkiem nowoczesne i prywatne, które jestem pewny że posiadają w pełni automatyczną klime wietrzą wnętrze kabiny – może to dlatego, że nie jest już lato i upały minęły – w sumie było tylko 32 stopnie a Google deklarowało odczuwalne 38Celsiuszy.

I tak pędzimy po lokalnych drogach z otwartymi szybami w chmurze pyłu jak prawdziwi kowboje trzymając się kurczowo siebie i uchwytów a nasz kierowca, żeby zdążyć na czas jedzie…

Znakomita większość samochodów w Birmie to używane samochody sprowadzane z bogatszych Tajlandii lub Japonii gdzie obowiązuje ruch lewostronny, bo taki panował również w Birmie jako kolonii brytyjskiej do czasu gdy demokratyczny rząd z Generałem Ne WINem na czele ułatwił życie swym obywatelom i w 1970 za pomocą dekretu w ciągu jednej nocy zmienił ruch na prawostronny... ot tak …od jutra jeździmy z drugiej strony drogi… Jedyna zmiana jaką wprowadzili to zakratowali stare drzwi w autobusach miejskich i z drugiej strony wycięli drugie, bo jednak zrozumieli niebezpieczeństwo pasażerów wysypujących się z autobusów na szose zamiast na pobocze.



W ciągu pobytu Rangunie doliczyłem się 5 samochodów z kierownicą z lewej strony drogi a reszta to odważni kierowcy, którzy aby wyprzedzić muszą się „troche” wychylić…

Po ok. 35 minutach ruch się zagęszcza i zdecydowanie obszar zaczyna wyglądać jak okolice dworca, jest dobrze myśle o ja naiwny…

Dworzec główny autobusowy w Rangunie dla kursów jadących na północ to takie małe miasteczko uliczek z garażami i autbusami, każda fima ma własne stanowisko, co lepsze czyli większe firmy mają nawet miejsca do posadzenia pasażerów, a inne tylko miejsce gdzie stoi ich autobus.
Brak centralnego spisu, brak planu lokalnego brak nawet centralnego rozkladu i koordynacji autobusów, brak alfabetu łacinskiego czy chociażby cyfr arabskich na tablicach informacyjnych i autbusach – to nie jest raj dla turystów, my „skazani” na poczucie odpowiedzialności kierowcy siedzimy w taksówce i czekamy aż znajdzie odpowiednią szope.
Cały czas „jedziemy” w sznurze samochodów najczęściej na luzie z wyłączonym silnikiem czekamy na kolejny ruch o kilka metrow do przodu.
Przejechanie tylko samego „dworca” zajeło nam 55 minut podczas gdy kierowca przy wjeżdzie na dworzec zadzwonił do firmy, która sprzedała nam bilety zapytać gdzie się mieszczą i po 40 minutach korkostania widząc panikę w moich oczach zadzwonił jeszcze raz chyba powiedzieć żeby na nas poczekali
Dojechaliśmy, nasze bagaże zostały opieczętowane w bagażniku i zajęliśmy miejsca.. w cenie biletu oprócz miejsca na „rozkładanym fotelu” była również poduszka i butelka wody a reszta współpasażerów miała atrakcje w postaci 4 odważnych białych którzy będą jechali razem z nimi…
Zajmować miejsca można zaczynać…
Najpierw trzeba sprawdzić działanie i głośność systemu HI-FI i telewizora dla pasażerów
autobus był po tuningu i nad kierowca wisiał na przesuwnym ramieniu płaski telewizor ok. 40” oraz na całej długości dodatkowe głośniki dla lepszej jakości(czyt głośności) dźwięku. Najpierw zaczęto wyświetlać re-transmisje jakichś modłów z jakiegoś odpustu - a może to była tylko modlitwa o bezpieczną podróż kto wie… było głośno… było radośnie… działo się… Gdy modły się skończyły asystent kierowcy włączył jakiś koncert lokalnego rockbandu ale muzyka zdecydowanie nie przypadła do gustu współpasażerom więc wskutek protestów dość szybko ustąpiła miejsca hitom filmowym.
Zapowiedziano wieczór w Brucem Willisem i Szklana Pułapką w standardzie turystycznym. Jako że film stary i nawet w Birmie wszyscy go znają więc obejrzeliśmy troche na skróty Szklaną Pułapke 1- atak na biurowiec Nagatomi , potem przejrzeliśmy Szklana Pułapke 2 – atak na lotnisko w święta oraz Szklana Pułapke 3 – z Simonem który mówi podczas okradania banku rezerw federalnych, i tak w ciągu niecałych trzech godzin obejrzeliśmy 3 filmy – to się nazywa azjatycka wydajność choć może to wynik braku bloków reklamowych sam już nie wiem…
Po filmie nastąpiła cisza nocna i było by całkiem nieźle, gdyby nie jakość dróg i zawieszenia która powodowała, że wietrzne dzwonki na szczęście, które wisiały koło kierowcy składające się z prawdziwych dzwonków i dzwonczeczków jednostajnie „DZWONIŁY”. Na początku myślałem, że jednostajnie dzwonienie zamiast liczenia baranów może pomóc w szybkim zasypianiu i zagłuszaniu trzasków i zgrzytów dochodzących zewsząd ale pod koniec podróży zrozumiałem, że one tam raczej wiszą aby kierowca nie zasnął– mi się nie udało i jemu na szczęście też nie…
dojechaliśmy szczęśliwie do celu o 0600 rano i na szczęście nie było tak źle jak czytaliśmy o dojechaniu na miejsce o 2-3 nad ranem i przymusowym oczekiwaniu na wschód aby znaleźć nocleg, jedzenie cokolwiek…

Dojeżdżając o 6 rano jest jasno można zacząć szukać noclegu w nadziei, że pozwolą zająć pokój ciut wcześniej i nie będą czekać na rozpoczęcie doby hotelowej o 1400, nam się udało RememberINN powital nas śniadaniem podczas gdy pokój został przygotowany i był w cichej części hotelu – w sam raz na odespanie nocy w autobusie
Również z tego miejsca mogę zdementować plotki o przeraźliwym zimnie panującym w autbusach nocnych – to jest ten czas gdy Birmańscu kierowcy włączaja klimatyzacje i bez czapki koca i skarpetek nie da rday, nasz autobus jechał z zamkniętymi oknami = czyli klimatyzacja ON lecz najprawdopodobniej wskutek wieku i stanu technicznego przetrwalem bez czapki i skarpet, mi było przyjemnie a Magda jak Birmańczycy ukrywała się w bluzie pod kocem

11 listopada 2013 – Yangon – spacer po mieście

0

Spacer zaczynamy koło stupy Sule Paya – samo centrum miasta. Nie wchodzimy do środka bo podobno nie warto, zawsze to 4$ kieszeni. Nastepnie przechodzimy koło City Hall, duży żołty budynek w stylu kolonialnym i idziemy do starego Immigration Office. Słońce mocno grzeje, więc szybko udajemy się na cienistą strone ulicy. Przechodzimy kolo dziewczyny,która siedzi przy stoliku z dwoma stacjonarnymi telefonami…

W Birmie nie ma międzynarodowego zasięgu komórkowego, jest również problem z tradycyjną łącznością. Aby skontaktować się z kimś w odległej części kraju można przyjśc do dziewczyny z telefonem na stoliku. Przychodzisz ze swoja komórką, odszukujesz w książce numer, po czym tradycyjną metodą wystkujesz go na aparacie i… dzwonisz :)

Na ulicach Yangonu jest bardzo dużo stoisk z książkami, birmańczycy to naród który wbrew pozorom czyta dużo książek. Jeśli nie stać Cię na kupno książki możesz wykonac ksero, a uliczny introligator zszyje calośc i zrobi oprawkę.

Idąc dalej mijamy bdudynek Najwyższego Sądy, Custom House oraz Law Court (obok znajduje się biuro pisarzy, którzy zredagują odpowiednie odwołanie), po czym skręcamy w małe śmierdzące zaułki. Oczywiście Yangon jak każde inne, duże miasto w Azji ma swoje drugie oblicze. Śmierdzące kanały ze ściekami, resztki owoców i warzyw, dzikie koty i psy, bloki całe w pleśni i grzybach, okna w pajęczynach…

Wychodzimy z zakamarków i trafiamy na ulicę, gdzie w cieniu drzew pracują wróżowie. Lokalni przepowiadacze przyszłości, wróżą w ręki. Nawet mają specjalne tabliczki i napisy - co oznacza która linia na dłoni, na brak chętnych nie narzekają.

Przechodzimy przez dzielnicę chinską i indyjską, mijamy świątynie Sri Kala. Wszędzie pełno ulicznego jedzenia, sprzedawców oraz rzemieślinów róznych spacjalizacji np. naprawiacze i krawcowie pasków do spodni. Takie rzeczy tylko w Azji :)

Z centrum łapiemy taksówkę i jedziemy do Wai Wai. Trzeba wziąć ostatnią kapiel i przygotować się do nocnej podróży. Ale to już opowieść na zupełnie inną notatkę…

telephone service

księgarnia

safety first - mycie loga nad sklepem kubkiem wody

alegoria reżimu birmańskieggo... policja z zewnątrz i wewnątrz

wróżbita uliczny

10 listopada 2013 – Yangon

0

Wstajemy przed 4 rano, aby złapać taksówkę i po 5 zameldować się na lotnisku Don Muang w Bangkoku. Lecimy liniami NokAir – najzabawniejsze samoloty świata ;) Mam nadzieję, że równie komfortowe i bezpieczne. Przed odprawą po raz kolejny zastanawiam się, czy starsi panowie „starsi panowie dwaj, już śnieg na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle żar”, którzy siedzą przed nami, są ze swoimi tajskimi dziewczynami / żonami / przyjaciółkami ? Czy oni im za to płacą ? Czy one może są tylko przewodniczkami ? Różnica wieku ogromna, ok. 30 lat - choć przypadku azjatyckich kobiet nigdy nie jest się pewnym ich wieku. Esz… Pewnie panowie są na emeryturach i podróżują sobie beztrosko po Azji z opłaconymi towarzyszkami…

Wracając do samolotu to w środku jest trochę bardziej komfortowy niż Ryanair, lot trwa ok. godziny, a dostajemy niespodziewanie, jak na tak krótkiej trasie - wodę i babeczkę z nadzienie warzywnym. Ledwo zamykam oczy, a już się muszę budzić. Lotnisko w Yangon’ie ma już swoje najlepsze lata za sobą. Tu przykurzone okna, tu brudny dywanik, tu latający ptaszek… Odprawa idzie jednak szybko i po chwili jesteśmy już przy wyjściu. Szukamy Wai Wai… Wai Wai mieszka w Yangonie i wynajmuje pokoje w swoim domu, w sumie na wynajem ma ich trzy ;) Korespondowałam z nią jeszcze w Polsce i z ostatnich słów wynikało, że będzie na nas czekać. Niestety żadnej Wai Wai na lotnisku nie ma. Postanawiamy sami do niej dotrzeć. Ale zanim wyruszymy w trasę potrzebujemy lokalnej waluty.

Wyciągamy nasze super, extra, nowe dolary bez rys, bez zagięć, bez śladów używania i podchodzimy do okienka z wymianą walut. Nikt nie przyczepił się do naszych pieniędzy, bardziej skupili się na oryginalności banknotu - tak nowe jak świeżo drukowane. Za nasze dolary dostajemy grubaśny plik pieniędzy związany gumką recepturką ;) Jak to nosić? Póki co pakujemy wszystko do plecaka i idziemy szukać transportu. Dogadanie się w Birmie w języku angielskim nie jest proste, łatwiej idzie nam po birmańsku… Kierowca taksówki po długich tłumaczeniach w końcu kiwa głową, że rozumie i że jedzie – uff!

- Fil, a czy my wiemy ile ta trasa będzie kosztować?
- Nie.
- A nie lepiej było ustalić to z góry?
- Nie.
- A jak będzie za dużo to będzie za późno na targowanie…
- Nie.
(zaległa cisza)

No dobra, nie znam się na birmańskich taksówkach i birmańskich taksówkarzach. Może mężczyźni dogadują się lepiej w kwestii pieniędzy… Choć w Azji nigdy nic nie wiadomo. Póki co jedziemy. Sam Yangon na pierwszy rzut oka wygląda ładnie, duże wille po bokach, zadbane ogrody, równe ulice. Dziwią mnie tylko wszech obecne druty, siatki i płoty kolczaste. Znak, że coś się tu jednak działo. Po kilkunastu minutach docieramy pod dom Wai Wai – okolica niczego sobie, piękne domy, dużo zieleni. Trochę martwię się o to ile zapłacimy, taksówkach nie ma nawet licznika (!) Okazuje się, że kursy z lotniska w Yangonie są sztywne i wynoszą od 5 do 7 dolarów ;) Nasz chce 7 ale Fil uznaje, że trasa była na 5 i płacimy 5000 kyat

Lokujemy się w pokoju i… idziemy spać. Prześpimy kilka kolejnych godzin, aż obudzi nas głód. Na szczęście w pobliży znajduje się polecana restauracja – Green Elephant. Jest to bardzo przyjemne miejsce, restauracja jest na dużym zadaszonym tarasie, otoczonym zielenią, wystrój wnętrza kolonialny, wszystko czyste i pięknie podane. Obsługa bardzo miła i nie nachalna. Bardzo dobra restauracja na pierwsze spotkanie z birmańskim jedzeniem. Wg Lonely’a Planeta to restauracja dla turystów najdroższej kategorii w Rangunie. My za dwa główne dania, dwa świeże soki, deser i dużą butelkę piwa płacimy ok. 18 USD Porcje są bardzo duże, nie jestem w stanie zjeść nawet połowy miski noodli. Mam nadzieję, że dalszej podróży będziemy trafiać na takie przyjemne miejsca.

Po jedzeniu wybieramy się do Shwedagon Pagoda – najpiękniejszej pagody w jakiej byłam. Dla birmańskich buddystów jest to najświętsze miejsce na świecie, do którego raz w życiu każdy powinien się udać. Pagoda widoczna jest z prawie każdego miejsca w mieście, położona na północ od centrum na niewielkim wzniesieniu. Wchodzimy wejściem wschodnim, mijamy stragany z dewocjonaliami, świecące obrazy z migającym buddą, plastikowe kopie pagody, święte różańce, modlitewniki, makatki etc. To samo co w Medjugorie – bardzo dobrze pamiętam, że tam zobaczyłam po raz pierwszy trójwymiarowy obraz Chrystusa na krzyżu, który w zależności od kąta spojrzenia, mrugał oczami. Niesamowite, tutaj też mają takie cuda! Przed wejściem do pagody zostawiamy buty w depozycie i na bosaka idziemy do centralnej części. Nigdzie nie widać kas ani punktu opłat, dziwne. Zwykle zanim odda się buty już trzeba płacić. Widok złotej stupy jest niesamowity... Otoczona przez złote i mniejsze stupy, misternie rzeźbione pagody, owiana kadzidłami… Bajkowy widok! Wtedy łapie nas strażnik i prowadzi do punktu opłat. Wracamy na ziemię. Obchodzimy dokładnie stupę dookoła, na szczęście zaczyna się zmierzchać i posadzki nie parzą w stopy („wejście w skarpetach surowo zabronione”). Czekamy do zmroku, kiedy to całość zostaje podświetlona. Jest cudownie!

Stupa to "dzwonowata" świątynia stożkowa z reguły biała lub pozłacana, ta którą tu oglądamy jest wyjątkowa - jest z litego złota - 322stopy wysokości - ok 1800 metrów sześciennych litego złota Dwa słowa o szczycie stupy czyli chorągiewce, która wskazuje wiatr i kuli która kończy iglicę: 1100 diamentów, 1383 innych kamieni szlachetnych (m.in. rubiny, szmaragdy) na chorągwi, 4351 diamentów na kuli, zwieńczeniem jest 76 karatowy diament.

Wieczorem udajemy się jeszcze zwiedzać dzielnicę w której mieszkamy, trafiamy na lokalny targ, jemy miejscowe przysmaki (np. placek z bananem i czekoladą ;), pijemy owocowe soki, piwo i gubimy klucz do pokoju. Na szczęście w porę się orientujemy i udaje nam się go znaleźć. Pierwszy dzień w Birmie za nami.

Mamy jeszcze mnóstwo przemyśleń nt. tego, że Birma jest bardziej jak Wietnam niż Tajlandia ale to na inną notkę. Czas spać.

dodane troche informacji praktycznych po męsku:
przed wyjazdem znajdowaliśmy horrorowate opowieści o wymianie walut, że najlepszy kurs tyko na lotnisku, że wymiana na mieście przypomina historie o cinkciarzach z naszych polskich dobrych lat, w ciemnych zaułkach z torbami pieniędzy i popularnym oszustwem typu sztos - wymiana dolarów na plik gazet.... pisze zdecydowanie dementując, Birma się cywilizuje, bankomaty widzimy często - na prawie co drugim skrzyżowaniu, a biura wymiany walut na większych skrzyżowaniach i miejscach turystycznych w Yangonie, nawet pod sama pagodą Schwedogan już wewnątrz ogrodzenia po uiszczeniu opłat wejściowych jest 3 bankomaty i bankowe biuro wymiany walut obsługujące tylko dolary, euro i dolary singapurskie,
kurs na razie wszędzie taki sam
1USD to 966 kyat przy wymianie 100USD, dla banknotów o niższych nominałach 20-50USD kurs 946, najniższe banknoty dolarowe to kurs 926kyatów.
Najwyższy rzadko spotykano banknot to 5000 kyatów lecz w powszechnych użyciu są raczej jedno-tysiączki
co do taxówek
- jeżdżą jak wszędzie na świecie
- brakuje im tylko taksometrów
- tutaj kurs jest zawsze na umowę - ryczałtowo
- po mieście negocjacje zaczynają od turystycznych 3-4tys kyat wystarcza 2500kyat
a teraz czas na zdjęcia
Schwedagon pagoda

prawie te same ujęcia w ciągu dnia i po zmierzchu
wesoły samolot NOK AIR - tym lecieliśmy
WEI WEI place - z typowym dla Rangunu - drutem kolczastym fantazyjnie rozwieszonym nad płotem
Green Elephant Restaurant
bankomat i biuro wymiany walut w Schwedagon

7 - 8 listopada 2013 - Doha

0

Do Kataru (Doha) lecimy 4,5 godziny, czas mija bardzo szybko. Jednak w pięciogwiazdkowych liniach lotniczych czuć różnicę jakości i podejścia do klienta. Na lotnisku nie trzeba rzucać się do kolejki do samolotu, wchodzi się numerami rzędów, na pokładzie nic się nie korkuje, pomagają bardzo ładne stewardesy. Wszystkie mogłyby startować w konkursie miss. W samolocie działają telewizory, można wybierać z ponad 70 filmów, mają również premiery. Co prawda kino bolywood nie działa po angielsku, no ale trzeba się było uczyć hindu ;) Rodzaj jedzenia można wybrać już przy rezerwacji biletu, w porze obiadowej dostajemy posiłek jaki wcześniej wybraliśmy. Ciasto czekoladowe, z czekoladowym kremem, wiśniami i czekoladową kruszonką jest wyśmienite. Oczywiście alkohol leje się strumieniami… lecą Polacy…

Lotnisko w Katarze jest ogromne, wysiadamy na terminalu i szukamy wyjścia, pytamy kilku osób, błądzimy, w końcu okazuje się, że nie ma wyjścia - „No exit!”. Aby wyjść na miasto należy pojechać na inny terminal, na terminal z wyjściem ;) Wszystkie kobiety na lotnisku ubrane są na czarno „burka style”, za to mężczyźni… Wyglądają jak z żurnala, w długich białych sukniach, z białymi lub czerwonymi chustami na głowie, idealnie przystrzyżone bródki, idealnie przystrzyżone włosy, wypielęgnowane dłonie… Widać, że nie wiele robią poza przeglądaniem paszportów. Lotnisko położone jest bardzo blisko miasta, kilkanaście minut jazdy taksówką. Szybko docieramy do hotelu „Kingsgate”, mamy całkiem przyjemny pokój, jakieś 40 mk ;)

Na recepcji dowiadujemy się, że Muzeum Sztuki Islamskiej jest czynne do 20:00, a 30 minut przed zamknięciem wpuszczają ostatnich gości, jutro otwarte dopiero od 14:00. Patrzę na zegarek – mamy mnóstwo czasu, dziwię się, dlaczego Fil mnie tak pospiesza. Pod koniec każde mi biec „Szybko zostało nam kilka minut do wejścia!”, jestem zła, że muszę śmigać w temperaturze ponad 30 stopni sprintem po schodach… Na miejscu okazało się, że nie przestawiłam zegarka na loklany czas, po nas zamknęli drzwi.

Muzeum to jedyna rzecz warta zwiedzenia w Doha. Jest achitektoniczną perełką, bardzo nowoczesny budynek pasuje do kraju, kultury, religii… W środku fantastycznie wykończony, ogromna przestrzeń, bardzo ciekawa aranżacja. Niestety nie udaje nam się obejść całego muzeum bo zamykają równo o 20.

Kolejny dzień zaczynamy od śniadania, jak na arabski hotel jest całkiem wypasione. Fil je na własne ryzyko mortadele z osła. Fil żyje, osioł nie. Po śniadaniu idziemy na spacer nad zatokę, oglądamy dzielnicę biznesową, podobna do tej w Szanghaju. Jest bardzo gorąco i sucho. Nie zostało nam za wiele czasu, pakujemy się, łapiemy taksówkę i ruszamy na lotnisko. O 14:00 wylatujemy do Bangkoku. Na lotnisku odprawa przebiega bardzo szybko, nawet jestem zdziwiona, że godzinę przed większość z nam jest już w autobusie do samolotu. Jedziemy i jedziemy, jedziemy i jedziemy, jedziemy i jedziemy… Krążymy po pasach ponad 30 minut! Na horyzoncie widać już samolot…

A w BKK lądujemy o północy, wychodzimy z lotniska i jest tak jak zwykle – mokrą szmatą w twarz… Kilka oddechów i człowiek przyzwyczaja się do powietrza… i całej reszty.


Muzeum Sztuki Islamskiej


Meczet



Katar - kraj przyjaźnie nastawiany tylko zmotoryzowanym, do bankomatu podjeżdża się samochodem :)

21 września 2013 - Bieszczady jesienią

0

Wołosate – Przełęcz Bukowska 1110 mnpm - Rozsypaniec 1280 mnpm - Halicz 1333 – Kopa Bukowska 1320 mnpm – Przełecz Goprowska 1160 mnpm – Przełecz pod Tarnica – Wołosate

Jesteśmy w Bieszczadach ok. 9 rano, w Ustrzykach Dolnych zatrzymuje nas straż graniczna - rutynowa kontrola. Strażnik mówi, że dziś będzie padać i w górach jest zimno, czy na pewno jesteśmy dobrze przygotowani. Odpowiadamy, że tak (nie tłumaczę mu co to jest esbit i że dzięki temu można mieć gorący barszczyk na szczycie). Dojeżdżamy do Wołosatego i oczywiście zaczyna padać. Najpierw mżawka, potem drobny deszczyk, deszcz. Siedzimy w samochodzie i powoli wyjadamy zapasy na trasę… Iść czy iść, oto jest pytanie. Po zjedzeniu kanapek, kremowych ptysi i jabłek przestaje kropić. Podejmujemy wyzwanie, ubieram wszystko co mam i ruszamy w trasę


Trasa na Przełęcz Bukowską prowadzi wygodną, kamienistą drogą. Nie czuć, że nabiera się wysokości. Od Przełęczy Bukowskiej do Rozsypańca szlak wiedzie w błocie, tak będzie przez większą część trasy. Połonina Bukowska ma kilka charakterystycznych, wystających skał, duże kępy jarzębiny i oczywiście piękne widoki.

Pogoda w trakcie dnia była całkiem niezła. Nie padało, raczej świeciło słońce, momentami szliśmy z głową w chmurach.

Wieczór zakończyliśmy w Wilczej Jamie – podejście numer 3. Tym razem trafiliśmy na wesele, ale antresola była przeznaczona dla zwykłych gości. Zamówiłam pasztet z dzika z sosem z rydzów i żurawiną oraz gulasz z sarny z kopytkami i buraczkami. Fil zamówiła zupę myśliwską i pieczeń z dzika w winie z żurawiną, również z kopytkami. Wszystko było pyszne, świeże, podane w miarę szybko, wielkościowo ok. Warto było dać temu miejscu trzecią szansę. Zdecydowanie tam wrócimy.




Rozsypaniec








Droga na Halicz


Droga na Halicz cd.






Kopa Bukowska








Zejście z Tarnicy w chmurach



Co zabrać na... camping!

0

Do tego roku nie miałam zbyt wielu doświadczeń związanych ze spaniem na campingu i szczerze mówiąc zawsze czegoś zapominałam zabrać… Wracając z Wenecji postanowiłam zrobić listę rzeczy, które należy mieć ze sobą pod namiotem. Oczywiście każdy wyjazd jest inny, dlatego przyjęłam założenia: jedziemy we dwie osoby, camping o standardzie min. 2 gwiazdki (jest łazienka, toaleta i ciepła woda), wyjazd nie dłuższy niż kilka dni, robimy jedzenie sami, mamy do dyspozycji samochód, chcemy spędzić czas wygodnie :)

KATEGORIA: WYPOSAŻENIE OGÓLNE

- namiot – jeśli jedziemy we dwie osoby bierzemy trójkę (będzie miejsce na plecak)
- dmuchany materac – o niebo wygodniejszy niż karimata
- pompka elektryczna do materaca – podpinamy do samochodu
- 2 śpiwory – ja mam śpiwór do -10st C i jest dla mnie w sam raz :)
- 2 latarki czołówki
- latarka – najlepiej taka podwieszana, którą można zamocować na suficie namiotu
- 2 krzesła turystyczne + stolik – oczywiście można się bez tego obejść i robić/jeść śniadanie prosto na trawie ale to nie jest wygodne; sprzyjają życiu towarzyskiemu, wieczornemu piciu piwa/wina przed namiotem
- karimata – przyda się do leżenia przed namiotem
- duża świeczka
- rozdzielacz do gniazdka w samochodzie – w tym samym czasie można ładować dwie rzeczy
- przedłużacz (długi) i złodziejka – na polu namiotowy zwykle jest gdzieś prąd
- miotełka – przydaje się podczas pakowania namiotu
- sznurek – np. na pranie – o ile będzie nam się chciało je robić ;)

KATEGORIA: JEDZENIE

- butla z gazem + kuchenka – jeśli będziemy coś gotować (np. makaron, kisiel…)
- esbit + paliwo w dropsach – jeśli potrzebujemy tylko niewielkiej ilości wrzątku
- 2 kubki – najlepiej termiczne z przykrywką
- garnek / menażka do gotowania + przykrywka
- 2 sporki (nożo-widelco-łyżka)
- nóż (zwykły)
- 2 miski do jedzenia / 2 talerze
- jednorazowe talerze
- jednorazowy grill – bardzo dobre rozwiązanie
- lodówka na wkłady – trzyma chłód nie dłużej niż 1,5 dnia
- ręczniki papierowe
- 1,5 litrowe butelki z wodą – tańsze niż małe pojemności i idealne do przynoszenia wody

Co się sprawdza do jedzenia (dania ekspres):
- kiełbaska z grilla
- dania typu „noodle w pudle”, które wystarczy zalać wrzątkiem (nie trzeba brudzić miski)
- nutella + bułeczki maślane – nieśmiertelny zestaw
- serek Almette + chrupkie pieczywo
- kabanosy
- żywność liofilizowana, kisiel
- należy ze sobą zabrać również herbatę, cukier (o ile ktoś słodzi), ketchup (prawie wszystko można z nim zjeść), owoce i warzywa (chyba, że będziemy mieli czas kupić je po przyjeździe)

KATEGORIA: UBRANIE / KOSMETYKI (rzeczy inne niż standardowe)

- coś na komary (zanim nas ugryzą ;)
- coś na ugryzienia po komarach
- klapki / japonki – szybko schną, idealne pod prysznic
- wisząca kosmetyczka – zwykle pod prysznicami nie ma półek
- parasol – składany, mały
- opaska do włosów
- papier toaletowy i ręczniki papierowe

KATEORIA: LUXUS (czyli poradzimy sobie bez tego ale jeśli mamy miejsce...)

- lodówka na prąd
- toster
- mały czajnik
- deska do krojenia
- miska na brudne naczynia