Plaża na wyspie Phi Phi, to chyba najbardziej znana plaża w Tajlandii i okolicy. To miejsce w którym kręcono film "Niebiańska plaża" z Leonardo Di Caprio. Wybieramy się na nią speedboatem czyli szybką motorówką. Jest naprawdę szybka, przy starcie zwiewa mi czapkę z głowy ;) Krajobraz jest naprawdę boski, Railey Beach widziana z morza robi niesamowite wrażenie... Mijamy też wyspę ze skałą w kształcie kurczaka - Chicken island oraz niezliczone formacje skalne z plażami. W końcu docieramy do Phi Phi na plażę Maya Beach. O kameralnej atmosferze nie ma co marzyć, na plaży tłumy, dzikie tłumy. Przy brzegu mnóstwo szybkich motorówek, co chwilę odpływają i przypływają... Siadamy na niebiańskim piasku i pijemy tajskie piwo :) Byłoby tu piękniej gdyby nie ludzie :) W drodze powrotnej odwiedzamy jaskinię Vikingów, plażę z małpami, snurkujemy w okolicy Hin Kiang i Lohsanna Bay oraz opalamy się na Bamboo Island. Bardzo pracowity dzień...
7 grudnia 2009 - Krabi, Tajlandia
Opublikowano środa, lipca 14, 2010 przez Lady
6 grudnia 2009 - Bangkok --> Krabi
Opublikowano wtorek, lipca 13, 2010 przez Lady
Lumpini Park to jedno niewielu miejsc w Bangkoku gdzie można spotkać spokój, naturę i świeże powietrze. Założony ok 1920 r. miał służyć ekspozycji tajskiego rękodzieła i kwiatów, na szczęście cel nigdy nie został osiągnięty. Obecnie park służy mieszkańcom jako miejsce uprawiania różnego rodzaju aktywności. O świcie można spotkać ćwiczących jogę, tai chi, biegających, rozciągających się, tańczących z wachlarzami. Co ciekawe, ćwiczą tu ludzie w każdym wieku, z jednej strony babcie z wachlarzami z drugiej młodzi i break dance. Jesteśmy w parku o świcie, oczy mi się zamykają, postanawiam się przespać na ławce. Niestety zaraz po wyciągnięciu nóg, podchodzi policjant i mnie szturcha, jego mina wskazuje "nie wolno spać w parku"...
Popołudniu jedziemy do Chinatown i na India Market. Ilość i różnorodność towarów poraża, jeśli czegoś tu nie ma, tzn. że nie ma tego w ogóle. Można kupić worek butów za niecałe 5 dolarów ;) Z marketu na KhaoSan Road wracamy statkiem. To jeden z szybszych sposobów poruszania się po mieście. Na łodzi jest taki ścisk, że nie zawsze można zapłacić za bilet... "Konduktor" dzwoni blaszaną tubką i daje znać, że czas płacić, niestety nie zawsze można się do niego dopchać, w związku z czym kilka przejazdów (a raczej przepływów) jedziemy na gapę.
Wieczorem lecimy na Krabi.
Popołudniu jedziemy do Chinatown i na India Market. Ilość i różnorodność towarów poraża, jeśli czegoś tu nie ma, tzn. że nie ma tego w ogóle. Można kupić worek butów za niecałe 5 dolarów ;) Z marketu na KhaoSan Road wracamy statkiem. To jeden z szybszych sposobów poruszania się po mieście. Na łodzi jest taki ścisk, że nie zawsze można zapłacić za bilet... "Konduktor" dzwoni blaszaną tubką i daje znać, że czas płacić, niestety nie zawsze można się do niego dopchać, w związku z czym kilka przejazdów (a raczej przepływów) jedziemy na gapę.
Wieczorem lecimy na Krabi.
5 grudnia 2009 - Chiang Mai --> Bangkok
Opublikowano poniedziałek, lipca 12, 2010 przez Lady
W dżungli w nocy jest cicho jak makiem zasiał. Trochę zimno, ale zawsze mogłoby być gorzej. Budzę się rano, myję w sadzawce i jestem gotowa na słonie. Rano dwie małe dziewczynki, z którymi Fil zawarł znajomość przy wielkim owocu strąconym z drzewa ;), wyruszają z naszej wioski do szkoły. Taszczą dumnie ze sobą zeszyty i kredki od Fila.
Słonie są fantastyczne, co prawda nie jestem z nimi oswojona i raczej zachowuję bezpieczną odległość. Małe słoniątko jest urocze jak rzuca się w wodzie i ochlapuje wszystko dookoła, tzn. najpierw ochlapuje, a potem obsypuje piaskiem. Ludzi też. Sierść słonia jest bardzo sztywna, jak drut.
Nasz program obejmuje jeszcze rafting, o czym nie wiedzieliśmy ;) To typowe w Tajlandii, że coś masz gratis albo czegoś gratis nie ma. Nie lubię raftingu tzn. nigdy nie spływałam, ale czuję, że to nie jest sport do którego jestem stworzona. Ubieramy kaski i razem ze Szwedami taszczymy ponton. Początek jest nawet fajny, płyniemy leniwie i nawet mi się podoba... A potem już krzyczę! Na szczęście nie tylko ja :) Zasady BHP? Trzymajcie się mocno i jak krzyknę to się przechylacie - tak mówi nasz szef łódki. Wszystko jest śliskie i mokre, ponieważ jestem lekka to moje przechylanie nie wiele pomaga ;) Adrenalina rośnie do końca spływu. Na brzegu jestem z siebie dumna, dałam radę. Drugi raz się nie piszę! W trakcie robią nam zdjęcie, wszyscy mamy na nim głupie miny, zdjęcie stoi nad moim łóżkiem na wypadek gdybym jeszcze kiedyś zapragnęła wybrać się na rafting w Tajlandii.
Wieczorem - pełni wrażeń - wracamy do Bangkoku.
Słonie są fantastyczne, co prawda nie jestem z nimi oswojona i raczej zachowuję bezpieczną odległość. Małe słoniątko jest urocze jak rzuca się w wodzie i ochlapuje wszystko dookoła, tzn. najpierw ochlapuje, a potem obsypuje piaskiem. Ludzi też. Sierść słonia jest bardzo sztywna, jak drut.
Nasz program obejmuje jeszcze rafting, o czym nie wiedzieliśmy ;) To typowe w Tajlandii, że coś masz gratis albo czegoś gratis nie ma. Nie lubię raftingu tzn. nigdy nie spływałam, ale czuję, że to nie jest sport do którego jestem stworzona. Ubieramy kaski i razem ze Szwedami taszczymy ponton. Początek jest nawet fajny, płyniemy leniwie i nawet mi się podoba... A potem już krzyczę! Na szczęście nie tylko ja :) Zasady BHP? Trzymajcie się mocno i jak krzyknę to się przechylacie - tak mówi nasz szef łódki. Wszystko jest śliskie i mokre, ponieważ jestem lekka to moje przechylanie nie wiele pomaga ;) Adrenalina rośnie do końca spływu. Na brzegu jestem z siebie dumna, dałam radę. Drugi raz się nie piszę! W trakcie robią nam zdjęcie, wszyscy mamy na nim głupie miny, zdjęcie stoi nad moim łóżkiem na wypadek gdybym jeszcze kiedyś zapragnęła wybrać się na rafting w Tajlandii.
Wieczorem - pełni wrażeń - wracamy do Bangkoku.
4 grudnia 2009 - Chiang Mai, Tajlandia
Opublikowano niedziela, lipca 11, 2010 przez Lady
Głównym celem wyprawy do Chiang Mai jest oczywiście trekking w górach. Wyruszamy z grupą "świeżo poznanych" znajomych. Co ciekawe (ale normalne w Tajlandii) każdy z nas zapłacił inną cenę i miał wręczony inny plan wyjścia. Jak to mówią Tajowie "same, same but different", na szczęście nie przepłaciliśmy ;) Trzeba mocno uważać aby nie dać się przekręcić. Nowi znajomi to para ze Szwecji, para ze świata (ona Argentyna, on Nowa Zelandia") i Kim z Korei. Ciekawa mieszanka.
Pierwszy przystanek to farma motyli i orchidei. Nigdy nie widziała tylu storczyków na raz, nie wiedziałam też, że są hodowane bez ziemi, widzą swobodnie na sznurkach i... rosną! Oczywiście farma jest stworzona w celach czysto zakupowych, tu broszka, tu matrioszka. Po farmie udajemy się na ostatnie zakupy przed nocą w dżungli. Na straganach prężą się owoce i mięso. Sprzedaż mięsa w Azji to jedna z tych rzeczy, które wywołują we mnie dziwne uczucie. Mięso i temperatura 40 stopni - to się nie łączy. Co ciekawe, aby odgonić muchy, sprzedawcy przyczepiają do wiatraków reklamówki. I tak mięso leży sobie kilak godzin na straganie owiewane wiatrakiem z workiem. Niestety nie sądzę aby mięso na moje ulubione sattaye było przechowywane w inny sposób.
Zatrzymujemy się w wiosce gdzie są kobiety o długich szyjach. Wioska komercyjna, dziewczyny siedzą i próbują sprzedać co tam wyrzeźbili w lesie... Ich szyje są naprawdę długie i podtrzymywane dzięki metalowym obręczom. Część z nich ma jednak obręcze w wersji soft, czyli zespawane i przecięte z tyłu, tak aby było łatwiej zdejmować. Zakładam jedno takie "urządzenie" - jest strasznie ciężkie, od razu boli mnie obojczyk. Nienaturalnie długie szyje kobiety zawdzięczają nie tyle wydłużeniu się kręgów szyjnych, co osunięciu się kości obojczyka i żeber pod ciężarem metalu. Plemię Padaung bo to z niego wywodzą się kobiety o długich szyjach, zamieszkuje północną Birmę i tereny Tajlandii.
Po drodze odwiedzamy jeszcze wioskę Karen i Lahu people. Siadamy w chacie na herbatę w bambusowych kubkach. Do chaty wchodzimy oczywiście bez butów, zostawiamy je przed drabinką. Pod chatą, czyli tam gdzie nasze buty znajduje się kurnik. Głupio mi taszczyć buty ze sobą na górę więc trzymam kciuki aby kury omijały moje buty szerokim łukiem. Wszystko kończy się dobrze i wybierają inną parę ;)
Tajskie góry nie robią na mnie wrażenia, są w sumie niskie, nie ma super widoków, ciekawa jest przyroda. To co u nas kupuje się w doniczce, tutaj rośnie w lesie. Tak jest z gwiazdą betlejemską, którą stawiam na stole podczas Św. Bożego Narodzenia, a tutaj jest wielkim krzakiem. Po drodze można zrywać banany z drzew - te małe, zielone są najlepsze.
Na koniec dochodzimy do małej wioski Pralong Village gdzie zostajemy na noc. Śpimy na podłodze w dużej chacie, na szczęście są moskitiery. W trakcie dnia było piekielnie gorąco, jesteśmy przepoceni i co tu ukrywać - brudni. Łazienek w dżungli nie ma ale jest strumyk :) Idealne miejsce na kąpiel :) Wieczorem długo siedzimy przy ognisku i zastanawiamy się, co by było gdybyśmy zostali tylko my na świecie... Dwójka ze Szwecji specjalizuje się z opiece nad starszymi ludźmi - czyli mamy zapewnioną starość, Kim jest nauczycielką matematyki więc będzie nas edukować, Fil jest inżynierem więc może coś zbudować, chłopak z Nowej Zelandii jest kucharzem - więc mamy jedzenie... A ja jestem panią od seksu ;) Długo rozważamy nasze położenie ;)
Podłoga nie była zbyt miękka ;)
Pierwszy przystanek to farma motyli i orchidei. Nigdy nie widziała tylu storczyków na raz, nie wiedziałam też, że są hodowane bez ziemi, widzą swobodnie na sznurkach i... rosną! Oczywiście farma jest stworzona w celach czysto zakupowych, tu broszka, tu matrioszka. Po farmie udajemy się na ostatnie zakupy przed nocą w dżungli. Na straganach prężą się owoce i mięso. Sprzedaż mięsa w Azji to jedna z tych rzeczy, które wywołują we mnie dziwne uczucie. Mięso i temperatura 40 stopni - to się nie łączy. Co ciekawe, aby odgonić muchy, sprzedawcy przyczepiają do wiatraków reklamówki. I tak mięso leży sobie kilak godzin na straganie owiewane wiatrakiem z workiem. Niestety nie sądzę aby mięso na moje ulubione sattaye było przechowywane w inny sposób.
Zatrzymujemy się w wiosce gdzie są kobiety o długich szyjach. Wioska komercyjna, dziewczyny siedzą i próbują sprzedać co tam wyrzeźbili w lesie... Ich szyje są naprawdę długie i podtrzymywane dzięki metalowym obręczom. Część z nich ma jednak obręcze w wersji soft, czyli zespawane i przecięte z tyłu, tak aby było łatwiej zdejmować. Zakładam jedno takie "urządzenie" - jest strasznie ciężkie, od razu boli mnie obojczyk. Nienaturalnie długie szyje kobiety zawdzięczają nie tyle wydłużeniu się kręgów szyjnych, co osunięciu się kości obojczyka i żeber pod ciężarem metalu. Plemię Padaung bo to z niego wywodzą się kobiety o długich szyjach, zamieszkuje północną Birmę i tereny Tajlandii.
Po drodze odwiedzamy jeszcze wioskę Karen i Lahu people. Siadamy w chacie na herbatę w bambusowych kubkach. Do chaty wchodzimy oczywiście bez butów, zostawiamy je przed drabinką. Pod chatą, czyli tam gdzie nasze buty znajduje się kurnik. Głupio mi taszczyć buty ze sobą na górę więc trzymam kciuki aby kury omijały moje buty szerokim łukiem. Wszystko kończy się dobrze i wybierają inną parę ;)
Tajskie góry nie robią na mnie wrażenia, są w sumie niskie, nie ma super widoków, ciekawa jest przyroda. To co u nas kupuje się w doniczce, tutaj rośnie w lesie. Tak jest z gwiazdą betlejemską, którą stawiam na stole podczas Św. Bożego Narodzenia, a tutaj jest wielkim krzakiem. Po drodze można zrywać banany z drzew - te małe, zielone są najlepsze.
Na koniec dochodzimy do małej wioski Pralong Village gdzie zostajemy na noc. Śpimy na podłodze w dużej chacie, na szczęście są moskitiery. W trakcie dnia było piekielnie gorąco, jesteśmy przepoceni i co tu ukrywać - brudni. Łazienek w dżungli nie ma ale jest strumyk :) Idealne miejsce na kąpiel :) Wieczorem długo siedzimy przy ognisku i zastanawiamy się, co by było gdybyśmy zostali tylko my na świecie... Dwójka ze Szwecji specjalizuje się z opiece nad starszymi ludźmi - czyli mamy zapewnioną starość, Kim jest nauczycielką matematyki więc będzie nas edukować, Fil jest inżynierem więc może coś zbudować, chłopak z Nowej Zelandii jest kucharzem - więc mamy jedzenie... A ja jestem panią od seksu ;) Długo rozważamy nasze położenie ;)
Podłoga nie była zbyt miękka ;)
3 grudnia 2009 - Chiang Mai, Tajlandia
Opublikowano sobota, lipca 10, 2010 przez Lady
zwiedzanie Chiang Mai: Wat Phan Tao, Wat Chedi Luang, Wat Phra Sing, Wat Suan Don, Wat Chedi Yet, Archer's Bar (Mark Archer), night market
2 grudnia 2009 - Bangkok --> Chiang Mai
Opublikowano piątek, lipca 09, 2010 przez Lady
1 grudnia 2009 - Sihanoukville --> Bangkok
Opublikowano czwartek, lipca 08, 2010 przez Lady
30 listopada 2009 - Sihanoukville, Kambodża
Opublikowano środa, lipca 07, 2010 przez Lady
10 piw na śniadanie, 20 piw na kolację, plażowanie od rana do wieczora